Jechałem kiepską Lopską wozostradą, za przejazd którą przyszło mi zapłacić 12 boratyńców – zdzierstwo! Na bogów! – ile jeszcze wody upłynie w Ślewi zanim doczekamy się takich wozostrad, jakie mają Cymeni czy Tariasu? – pomyślałem. Na dodatek jeszcze ci wieśniacy na moim wozie – banda parszywych hobgoblinów wykrzykujących co sił w ich jeszcze bardziej parszywych płucach, tekst jakieś zbereźnej piosenki… I pomyśleć, że ja, Arcymistrz Prehistoryków z siedziby Gildii Magów
w Naniupoz, zamiast siedzieć sobie spokojne i rozmyślać w zaciszu gabinetu o pucharach lejkowatych i amforach kulistych, będę musiał znosić tą rozwrzeszczaną zgraję do następnej pełni księżyca! Żeby tylko na stanowisku było spokojnie: żadnych strażników, zombiaków i tym podobnych, nie mam ochoty na problemy… Z zamyślenia wyrwał mnie znak wozostradowy – skręciłem gwałtownie
w prawo i zahamowałem.
- To tutaj, wysiadamy! – zakrzyknąłem. Wyciągać z wozu specjalistyczny sprzęt eksploracyjno - badawczy do powierzchni płaskich!
- Panie my nie wiedzieć, o co chodzić – odważył się wydukać szef parszywej kompanii!
- No nie – nie dość, że ohydna aparycja, to jeszcze skończony kretynizm – to pomyślałem,
a powiedziałem głośno: to znaczy ŁOPATY, panowie – rozpoczynamy wykopaliska!!!