TAMTEGO LATA PRZYJMOWALIŚMY OBELGI I BŁOGOSŁAWIEŃSTWA Z TĄ SAMĄ OBOJĘTNOŚCIĄ. MASZEROWALIŚMY NA PÓŁNOC, A WOKÓŁ NAS KRAINA OBRACAŁA SIĘ W POPIÓŁ.
Spojrzałem raz, spojrzałem dwa i nic nie było wokół. Kichnął mój koń, ująłem miecz w dłoń, zbliżało się ostatnie lato tego roku.
Choć ciemna noc, przydałby się koc, a niebo powinna spowić czerń. Ogień i iskry przebijały mrok, niczym ostry cierń.
Towarzysz Iskier mój, wskazał mi wnet.
Wróg zbliża się, jak orła cień, zabrzmiało jak sonet!
Kichnął mój koń, znów chwyciłem miecz w dłoń, susem zeskakując, wąchając walki woń.
Kompanka ma, Arisa Set. Rzuciła czar, zabiła trzech. Prawa ręka ma, Iskier Vię. Złapał za łuk, cztery głowy poturlały się.
Wsiadłem na rumaka, spojrzałem na krew pod nami. Prychnął raz tylko i ruszając zdeptał ją kopytami.