Na Głębokich Ścieżkach śmierć kryła się nie wśród cieni, ale w oślepiającym blasku lawy. Już czwartego dnia podróży Torstein utopił w niej znaczną część naszych zapasów. Wymierzyłem młodemu solidne lanie, ale nie zmieniało to faktu, że brakowało nam pożywienia. A stawka była zbyt wielka, aby wracać na powierzchnię. Zresztą, inkwizytor by nam nie pozwolił. Wyniosły elf patrzył na nas z wyższością. Nic nie mówił o celu wyprawy, a my ślepo za nim podążaliśmy, kuszeni perspektywą nieodkrytych skarbów.
Nasza ekspedycja liczyła 19 krasnoludów. Za ostatnie wolne miejsce inkwizytor wręczył Oghrenowi solidną sakiewkę i gorzki uśmiech. Tym samym przejął nad nami kontrolę i decydował o kierunku podróży. Elf od początku wzbudzał moją niechęć. Był podejrzanie zbyt cichy, zbyt zdystansowany. Uspokajała mnie jedynie obecność Bianki.
Wędrówka od początku przebiegała dobrze. Ścieżki były łatwe do przejścia i nigdzie nie było nawet śladu mrocznych pomiotów. Zrelaksowani i pełni optymizmu zanurzaliśmy się w głąb, snując wizje o morzu bogactw rozciągającym się przed nami. A potem ten dureń, Torstein potknął się o coś i runął w przepaść. A wraz z nim wóz pełen pożywienia. Młodego daliśmy radę wyciągnąć, jednak niemal całe zapasy na dwumiesięczną wyprawę przepadły. Przed nami rozpościerały się kilometry podziemnych korytarzy, a nam brakło jedzenia. Po kilku kolejnych dniach całkowicie się skończyło. Pierwszą ofiarą był chyba ten stary krasnolud z Denerim. Osłabł na tyle, że nie dawał rady się podnieść. Inkwizytor kazał go zostawić, a na naszą odmowę pogroził sztyletami. Błysk w jego oku wymusił na nas brak sprzeciwu. Poważnie wątpiłem, czy dalibyśmy mu radę. Nawet Bianka wydawała się niewystarczająca wobec tej siły, którą emanował. Padaliśmy z głodu jak muchy, a pozostająca przy życiu garstka była zakładnikami paskudnego elfa.
Sytuacja wydawała się beznadziejna, jednak inkwizytor nadal nie zezwalał nam na powrót.

"Poprzez kłęby dymu patrzyłem oniemiały, jak czar rozrasta się błyskawicznie, oplątując potwora ciasną pajęczyną i krępując ruchy, aż wreszcie runął ciężko na ziemię."