Pierre Curie
1898
Cholera, jak tu mokro.
To była moja pierwsza myśl dzisiejszego środowego poranka. W sumie to była moja pierwsza myśl w ogóle. W głowie poza pustką, bezwstydną tęsknotą za domowym winem oraz zapachem kobiecych perfum, hulał strach i poczucie, że powinienem się ukryć. Ale chwila. Przed czym mam uciekać? Czego mam się bać? Bezkres założeń, wywodów logicznych, gotowych odpowiedzi zaczęły kołować się w zmarzniętej głowie. Zajęty rozprawianiem o celowości mojego strachu, mimochodem spojrzałem w witrynę pobliskiego sklepu. Tam był on!
Rozkazałem więc prędko swoim nogom, aby nie czekały łaskawie na dalsze przekomarzanie moich myśli, tylko ratowały całą resztę ciała przed niechybną śmiercią.
.
Cholera, co ja tu robię?
Ukrywając się w ostatniej ławie bocznej nawy kościoła św. Magdaleny czułem się jak idiota. Irracjonalnie czułem na sobie wrogie spojrzenia ludzi z obrazów i rzeźb. Każdy amorek celował strzałę w moją stronę. Wiedziałem, że jestem tu intruzem. Jak choroba dla rozkosznego ciała mojej kochanej żony. M. nie uwierzyłaby w to, że sam tu przyszedłem.
Nie chciałem tam być, nie mogłem tam być. A jednak tylko tam czułem się bezpiecznie. Wiedziałem, że mnie tu nie zaatakuje. Mogłem spokojnie myśleć.
.
Cholerne pogrzeby. Człowiek stoi, wraz z tłumem nieznanych mu ludzi napierających z każdej strony, nad martwą kukłą, która do niedawna nosiła w sobie pierwiastek przyjaciela. Zamiast żalu nad utraconym człowiekiem, myślałem tylko o tym, jak niewiele brakowało do kolejnego sukcesu. Nie uroniłem ani jednej łzy.
Właśnie tego wieczora, przy środowej kolacji Gabriel miał zamiar podzielić się wynikami swoich badań, które przeprowadził w Londynie. Niestety nie zdążył zjeść z nami barszczu, bo na godzinę przed planowaną kolacją powiesił się w parku niedaleko Wydziału. Oprócz „samobójczego” naboju tkwiącego w żebrach drogiego przyjaciela, wisielec pozostawił list pożegnalny, w którym prosił Boga o wybaczenie, a nas o modlitwę.
Wyniki badań przepadły, a wraz z nimi lata obserwacji, eksperymentów, pracy mojej kochanej M. i Gabriela. Na myśl o tym spod mojej powieki wytoczyła się łza. Wszystko stracone. Sięgając do kieszeni płaszcza poczułem w niej coś.
.
M. nie wiedziała, dlaczego tak mocno uściskałem ją tego wieczora. Nie wiedziała, że na pogrzebie przyjaciela otrzymałem prezent. Nadpalone fragmenty notatek mojego przyjaciela, nabój oraz informacja, że rozpoczął się sezon na czarownice. To, co spowodowało chwilowe zatrzymanie akcji mojego serca, był wycinek z gazety z informacją o ostatnich odkryciach M.
Chciałem spakować się i ukryć się wraz z M. na wsi na dalekim wschodzie. Tak podpowiadało mi serce. Wiedziałem jednak, że takiego diamentu jak M. nie można ukryć. On musi błyszczeć. Już wtedy wiedziałem, że muszę być gotowy na wszelkie poświęcenie. Byłem to winny światu.
.
1906
Cholera jasna, czemu te schody takie długie. Taka myśl przyświecała mi, gdy wybiegłem z zebrania Stowarzyszenia Profesorów Wydziałów Nauk Ścisłych. Przez okno zobaczyłem moją M. wraz z naszymi maluchami. M. rozmawiała z wysokim mężczyzną z charakterystycznym krzyżem na ramieniu płaszcza. Cholera jasna to on.
.
Ostatnie, co pamiętam to krzyk rozpaczy mojej M., obraz malutkiej Ewy na rękach tego potwora oraz rżenie koni.
Ta śmierć była przeznaczona Ewie. Jej utrata złamałaby serce i umysł M.
Umierając wierzyłem, że wraz z ostatnim spojrzeniem na Ewę, udało mi się wszczepić w tę małą istotkę wiarę. Ale nie wiarę w jakiegokolwiek boga. Wiarę w naukę.