Witajcie, witajcie, tu Radio CiPi na częstotliwości 207,7. Zaraz usłyszycie nowy świąteczny hit, który zmiótł w tym roku muzyczną konkurencję. Szalenie inspirujący, głęboki, wręcz metafizyczny tekst, który - jestem tego pewien - już niedługo będzie mocno analizowany na lekcjach języka polskiego (co autor miał na myśli i dlaczego nie to co myślisz, uczniu!). A sama muzyka to świąteczna wersja piosenki “Love Is All Around You”, czyli “Christmas Is All Around You”. Prosto z filmu “Love Actually” w wykonaniu Billy’ego Macka (w tej roli wspaniały Bill Nighy). Nie jest to kolęda, ale mi się ten numer zawsze kojarzy ze świętami, a sam film polecam, bo to jeden z niewielu około-świątecznych filmów, który mogę oglądać co roku (tańczący Hugh Grant - bomba! :)). No to lecimy…
https://www.youtube.com/watch?v=t_KI-mRyE_0&ab_channel=IngaNozadze
Czuję to w mych palcach
I w mym nadgarstku też,
Cyberpunk jest wszędzie
Patchy gonitwa trwa
Napisano w GOL-u
Że jest to mocna rzecz,
A jeśli kochasz Keanu
Zagrać na pewno chcesz!
Ja bardzo kocham ten dziwny świat,
Zainstaluje wszczepek stos,
Oderwać od kompa nie mogę się,
Z cyberpunkiem tak już jest!
V to jest najlepszy
podchoinkowy gość,
Night City wraz zwiedzamy
nigdy nie mamy dość.
Ja bardzo kocham ten dziwny świat,
Zainstaluje wszczepek stos,
Oderwać od kompa nie mogę się,
Z cyberpunkiem tak już jest!
Bo na Cyberpunk
Liczyć możeeee-eeeesz!
Napisano w GOL-u
I wszędzie indziej też
Więc jeśli jesteś fanem,
To pokaż wszystkim to,
To pokaż wszystkim to...
Z postanowieniami noworocznymi sprawa jest tak naprawdę bardzo prosta. Idealnym sposobem na ich systematyczne, rokroczne i bezstresowe realizowanie, jest wyznaczanie ich w odpowiedni sposób. Przykłady takich postanowień, które świetnie sprawdziły się u mnie:
1/ Będę chodził na basen co najmniej 3 razy w tygodniu.
Realizacja bez problemu, bo od trzech lat chodzę 4 razy w tygodniu.
2/ Nie będę siadał do grania przed godziną 22.
Temat pod kontrolą: “od zawsze” siadam do PC-ta dopiero jak już wszyscy pójdą spać. Wtedy słuchawki, nikt mi głowy nie zawraca i immersja jest jak trzeba.
3/ Nie będę palił.
Nigdy nie paliłem. Odhaczone.
Idąc tym tropem, moje growe postanowienia na 2020 rok, byłyby takie:
1/ Nie kupię sobie kolekcjonerskiej edycji Fallout 76.
2/ Nie będę grał w Star Wars: Battlefront z mikropłatnościami.
3/ Ukończę The Outer Worlds oraz Wiedźmina z oboma dodatkami (wszystko jest na dysku i tylko czeka na uruchomienie).
4/ Nie będę grzmocił klawiaturą w biurko ze złości (gram na laptopie, bez zewnętrznej klawiatury).
Metodę polecam, tym bardziej, że jak za rok przyjdzie do podsumowania 2020, to 90% ludzi będzie narzekać, że nic ze swoim postanowień nie zrealizowało. Wtedy ja wchodzę, cały na biało, i mówię, że ja to swoje na 100% wykonałem.
Ferie zimowe już całkiem blisko, więc trzeba podjąć decyzję co do miejsca wyjazdu. Wpisujemy uww.wakacje.iagffa (dla niewtajemniczonych: Universe Wide Web - wakacje - In A Galaxy Far Far Away) i patrzymy co tu mamy ciekawego...
Najtańszy Dagobah, ale tam to nie wiem kto w ogóle jeździ. Jeden hotelik o niskich stropach, fatalnym jedzeniu i z obsługą, z którą ciężko dogadać się jest. Skreślamy.
Hoth - bez sensu, żeby jechać z zimnego do bardziej zimnego.
Genosis też nie. Tony piachu i pyłu i jeszcze ci bzyczący tubylcy. Wprawdzie jak się psiknie OFF!-em, to przestają się naprzykrzać, ale i tak odpada.
Tatooine... To ponoć dobre miejsce, żeby razem z teściową obejrzeć Saarlaca... I wyścigi podracerów to naprawdę fajna sprawa. Ale to może innym razem. Ostatnio kolega tam był i mówił, że Tuskeni nic tylko łażą za człowiekiem i jęczą, a Jawowie mu ostatnio zabrali nowego smartfona, że w środku jest android, czyli niby robot i musiał się wykłócać.
Betonowo-biurokratyczna dżungla na Curoscant też nie.
Endor byłby fajny, z tymi swoimi nadrzewnymi hotelikami, ale ponoć Ewoki tak namolne, że nie idzie z nimi wytrzymać więcej niż dwa dni.
Na Kashyyk też ładnie, ale znów problem z obsługą. Nie da się znaleźć we wszechświecie rasy mniej hołdującej zasadzie "nasz klient, nasz pan" niż Wookie. W zeszłym roku głośno przecież było o akcji w hotelu "Rharr Gharr Chewie" ("Włochata kołyska Chewiego"). Jak się klient czepił, że są włosy w zupie, to mu kucharz wyrwał rękę i teraz ma protezę. I jeszcze pokręcony właściciel, Chewie Chewbacca, dał temu kucharzowi premię! Nie, nie, Kashyyk nie!
Bespin przeciwnie. Bardzo wysoki poziom hoteli i usług. No i słynne ciasteczka, które można kupić tylko i wyłącznie tam - Karbonitki Hana. Ale minus jest tam taki, że gaz tibanna się czasem ulatnia z instalacji, a jest to ponoć fetor nie do pomyślenia.
Mustafar - nie. Ciepły klimat - jak najbardziej, ale piekielny klimat, to już przesada.
Kamino... Standard hoteli, obsługa, jedzenie - wszystko na super poziomie. Dużo wody, a pływać uwielbiam. Ale ta pogoda... Jakiś czas temu był tam tydzień bez deszczu i to była pierwsza sytuacja od 820 lat. W najbliższych kilkuset latach powtórki nie ma się co spodziewać.
O! O! Tak! To jest to! Naboo. Ciepło, ale bez przesady. Piękne, idyllyczne krajobrazy. Do tego w cenie wycieczka po podwodnym mieście Gungan i możliwość spotkania (za dopłatą - drogo jak nie wiem, ale warto!) z jednym z największych celebrytów - Jar Jar Binksem!
Klik, klik i kupione!
Ciemnym korytarzem pełzł miarowy szept.
Przyciągany jego niespiesznym rytmem powoli zbliżałem się do miejsca, skąd dochodził.
Zajrzałem do niewielkiego, oświetlonego jedynie kilkoma świecami pomieszczenia.
W środku stały zakapturzonych postacie.
Jedna z nich zaczęła odwracać się w moją stronę…
Obudziłem się. Ten dziwny sen prześladował mnie od kiedy pamiętam, ale przez lata pojawiał się najwyżej raz na kilka miesięcy.
Teraz to samo śniło mi się każdej nocy.
Nie pozostawiało wprawdzie wrażenia koszmaru, ale z pewnością budziło niepokój.
A po przebudzeniu nie byłem już w stanie ponownie zasnąć.
Tym razem też nie było sensu przewracać się w łóżku z boku na bok. Usiadłem więc…
- Proszę się nie przestraszyć - usłyszałem głos z okrytej cieniem części mojego pokoju. - Nie chcę zrobić panu krzywdy. Przyszedłem tylko porozmawiać.
- Co? Co pan tu robi? - wzdrygnąłem się, jednocześnie rozglądając się w poszukiwaniu jakiegokolwiek przedmiotu, którego mógłbym użyć do obrony przed tym… złodziejem.
- Naprawdę, proszę się nie denerwować - raz jeszcze spokojnym głosem powiedział mój “gość”. - Może pan zapali? Wiem, że jest wcześnie, ale...
Nieznajomy wstał z fotela i zbliżył się do mnie. Zdecydowanie nie wyglądał na bandytę. Przeciwnie: ubrany był elegancko, choć nie do końca zgodnie z aktualną modą. Pod kapeluszem nie byłem w stanie dostrzec rysów jego twarzy. Ruchy miał powolne, ale zdecydowane. Wyciągnął papierośnice i otworzył ją. Machinalnie wziąłem papierosa. Od razu rzuciły mi się w oczy inicjały JP oraz dekoracja z ozdobnych gałązek na ustniku.
- “Marszałkowskie”? - zatkało mnie. - Przecież one są robione tylko dla Naczelnika…
- Mamy swoje sposoby. Mają mniej nikotyny - dlatego je lubię. Poza tym zawsze robią odpowiednie wrażenie. - w jakiś sposób byłem pewny, że ukryta w cieniu twarz uśmiecha się.
- No tak, wrażenie wrażeniem, ale chętnie bym wreszcie usłyszał co pan tutaj robi! - zaciągnąłem się głęboko. Papierosy faktycznie były bardziej delikatne.
- Chciałem porozmawiać o panu. Oraz o panu Narutowiczu.
- Prezydencie Narutowiczu. Od czterech dni. - poprawiłem go.
- Racja. W każdym razie jeśli nam pan nie pomoże, to będzie krótka prezydentura. Zakończy się jutro.
Na takie słowa ciężko wymyślić sensowną odpowiedź. Milczałem więc.
- Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale pana losy są związane z tajnym bractwem, które od wieków wpływa na historię świata.
Wariat. Na pewno wariat. Tylko, że wariaci się tak nie zachowują. Ani nie częstują “marszałkowskimi”.
- Rozumiem. To skoro już jesteśmy przy niewiarygodnych historiach, to niech pan sobie nie przeszkadza i kontynuuje: co ja mam wspólnego z Narutowiczem i zakończeniem jego prezydentury?
- A jak tam pańskie sny? - przerwał mi. - Ciemny korytarz, szepczące postacie w kapturach? Kojarzy się to panu z czymś?
Całkowicie zbił mnie z tropu. Nikomu nigdy o tym nie mówiłem.
- Ten sen to swego rodzaju spuścizna, ściśle wiążąca się z pana pochodzeniem. Jestem człowiekiem racjonalnym, ale najlepiej byłoby tutaj powiedzieć, że to przeznaczenie pana ścigało. I właśnie dzisiaj dopadło.
- Czego właściwie ode mnie chcecie? - zdołałem z siebie z trudem wydukać. Słowa jakoś nie chciały przechodzić przez gardło.
- Zna pan Eligiusza Niewiadomskiego?
- Trochę. Mieliśmy okazję współpracować. Z pięć razy byliśmy w większej grupie na górskich wycieczkach. Zrobił świetną mapę Tatr. - zacząłem, ale nieznajomy przerwał mi cichym i chłodnym jak stal głosem:
- On jutro będzie chciał zabić prezydenta. A pan musi mu przeszkodzić
Wiedźmin Trzy–bez wątpliwości,
bo to w niej wszak grzechoczą kości
Króla Dzikiego Gonu wstrętnego,
co z Wieśkiem bawi się z w ściganego.
Na pewno będzie fabuła boska
i o wybór mniejszego zła troska,
piękna grafika, postacie krwiste,
a od emocji aż pięści zacisnę.
Drugie miejsce to PES lub FIFA,
bo bardzo mi się ucieszy micha,
na symulację piłki prawdziwą,
co nie jest bezmyślną bieganiną.
A miejsce trzecie to eRPeG znowu,
co Kickstartowego jest chowu.
O Pillars of Eternity mi chodzi.
Że oldskulowe? To nic nie szkodzi!
Cześć, tak z ciekawości za ile ją sprzedałeś? Nie wiesz czasem czy gdzieś to można jeszcze kupić?
Raz jeszcze dziękuję za docenienie mojej pracy i miłe słowa od p. Wojciecha. Patrząc całościowo była to naprawdę świetna, ale i dość wymagająca zabawa - oby nie był to ostatni raz ;)
Dla rozluźnienia przyciężkawej atmosfery związanej z zawirowaniami w konkursie graficznym mam jeszcze jeden temat. We wcześniejszej fazie konkursu udało mi się wygrać cyfrową edycję specjalną i wtedy obiecałem sobie, że jeśli wygram kolekcjonerkę, to edycję cyfrową oddam komuś z forumowiczów. Kto pierwszy skreśli maila na mój adres [email protected] dostanie kod, jak tylko sam go otrzymam od organizatorów konkursu.
Proszę o NIE wysyłanie maili przez osoby, które były zwycięzcami lub wyróżnionymi w konkursie!!!
Nie mam dostępu do komputera a nie cierpię pisać z telefonu więc na razie bardzo krotko: wielkie dzięki!!!
Nie wiedzieli, co zaskoczyło ich najbardziej - widok stwora, nagłe ozdrowienie Gady czy jej wyznanie - ale nie był to koniec niespodzianek. Krasnoludka wstała i chwiejnym, ale zdecydowanym krokiem zbliżyła się do potwora. Ten cofnął się nieco, jakby nie był pewny, czego ma się spodziewać. Gada jednak uśmiechnęła się smutno i powoli wyciągnęła rękę w jego kierunku. Bestia opuściła łeb i dała się delikatnie pogłaskać - niebieskawe płomienie błyskające między jej palcami przygasły, a ciało potwora przeszył delikatny dreszcz ekstazy.
- Oczywiście poznałam go, gdy... miał inny kształt. Nazywa się Raxghathon. Przyszłam tu, żeby mnie zabrał. Nie idźcie za nami, bo w tym labiryncie nigdy nas nie znajdziecie. To jego królestwo. - cicho powiedziała Gada, nadal łagodnie pieszcząc stwora. Ten mruknął i szybko, ale delikatnie chwycił ją w prawą łapę. Spojrzał na stojącą przed nim trójkę, jakby miał nadzieję, że go zaatakują, ale nic takiego nie nastąpiło. Zanim odwrócił się, by zniknąć w ciemności Gada zawiesiła jeszcze swoje spojrzenie na Oghrenie i powiedziała:
- Miłości siła jest wszechmocna, w przedziwny sposób bywa owocna...
Jeszcze przez chwilę było słychać leniwe kroki bestii zabierającej ze sobą tą, którą mieli uratować. A potem została tylko cisza.
- Ohyda! - wykrzywiła się Bella. Maren nic nie powiedział, ale miał taki wyraz twarzy jakby znienacka wrzucono go do wypełnionej lodowatą wodą balii. Krasnolud natomiast zmarszczył brwi, wyraźnie starając się sobie coś przypomnieć.
Po chwili odezwał się robiąc krótkie przerwy co dwa, trzy wyrazy:
- Czasem wzniesie cię na gór szczyty,
budząc radość, nad światem zachwyty.
A czasem, gdy uśpi słodycz uczucia
rozsądku ściany padają bez kucia
i bywa, że smutek lub śmierć to przywieje,
gdy boski wiatr znienacka zawieje.
Maren i Bella spojrzeli na Oghrena - deklamujący wiersze krasnolud to już było dla nich zdecydowanie za wiele jak na jeden dzień. Szary Strażnik pokręcił głową i wycedził:
- No co? Myślicie, że my tam pod ziemią tylko kilofami wywijamy? Że pod tymi brodami nie kryje się czasem bardziej utalentowana dusza? Mamy lepsze pieśni i poematy niż moglibyście podejrzewać, tylko po prostu nie wycieramy sobie nimi gęby przy byle okazji! - prychnął i kontynuował już spokojniej. - Te wersy pochodzą z jednego z najsłynniejszych poematów naszej rasy. Gada wiedziała, że muszę go znać oraz że wy go na pewno nie znacie. Uznała pewnie, że sam mam podjąć decyzję czy wyjaśnić wam, o co chodzi. Mam nadzieję, że nie zrobiłem błędu - popatrzył wymownie na swoich towarzyszy - Usłyszeliście te wersy czy tylko ich słuchaliście?
Na kilka uderzeń serca zapadła cisza, a potem odezwała się Bella:
- Gada chce go zabić. Zeszła tu, żeby go przywabić, żeby jej zaufał, żeby uśpić jego czujność. Wtedy go zaatakuje.
- I liczy się z tym, że może przy tym zginąć - wtrącił się Maren - Albo nawet ma na to nadzieję.
- Tak - kiwnął głową Oghren - A powiedziała mi to, bo potrzebuje naszej pomocy.
- Pomocy? Sama przecież powiedziała, że nie damy rady ich odnaleźć! - wykrzyknął Maren. Bella poprzestała na wzruszeniu ramion.
Oghren podszedł do worka, w którym upchnęli zbroję Gady i zaczął w nim grzebać.
- Kolejne linijki są takie:
"Zakuć więc swe serce w zbroję musisz,
nim z mroku złe moce skusisz."
Podniósł się z triumfem w oczach oraz owalnym kamieniem w dłoni. W chwili, gdy skierował rękę w kierunku korytarza, w którym zniknęła Gada, kamień zaczął delikatnie świecić, tak, jakby w środku zapłonął rozchwiany płomień świecy.
- Kamień poprowadzi nas do Gady. Przeżyjemy czy zginiemy - to już zależy od nas.
Oghren rzadko zapominał języka w gębie, ale tym razem go zatkało. Zdał sobie sprawę, że Alara ma rację. Jeśli Geda umrze, a oni wydostaną się na powierzchnię, to z pewnością dojdzie do śledztwa i wtedy nikt nie uwzględni jego dobrych intencji, ale suche fakty. To on strącił strzałę Belli, to on przeszkodził Alarze - widzieli to wszyscy. Nerwowo spojrzał na nieruchomą Gedę.
"Trzymaj się, dziewczyno. Dla siebie i dla mnie.".
Kompania przygotowała prowizoryczne nosze i ruszyła dalej, głębiej w buchające smrodem, ciemne korytarze. Już w poprzednich dniach podróż była niełatwa, ale teraz przedzieranie się przez zdradliwe, kamieniste, pełne zamkniętych odnóg tunele było drogą przez mękę. Krasnoludzkie kobiety nie były wiele lżejsze od mężczyzn, więc każdy pokonany korytarz kosztował ich wiele wysiłku. Zamiast jednego postoju musieli w trakcie umownego dnia zrobić ich aż pięć, a gdy postanowili rozbić wreszcie obóz, wszyscy byli do cna wyczerpani. Sił nie dodawała im świadomość, jak mało przeszli oraz fakt, że nie pojawił się nawet cień nadziei, że znajdą drogę na powierzchnię.
Posilili się niemal w całkowitej ciszy, a potem Maren ponownie użył swojej magii, by choć trochę pomóc Gedzie. Ta nawet nie jęknęła, podobnie zresztą jak przez całą dzisiejszą drogę. Alara rozstawiła pułapki, a mag rzucił zaklęcie alarmujące. Ogromne zmęczenie spowodowało, że zasnęli błyskawicznie.
Rano czekała ich niespodzianka.
Alara miała najlżejszy sen - w Mrokowisku mówiono, że kto nie śpi z jednym okiem otwartym, ten jakby sam sobie wbijał nóż w serce. Słysząc szelest podniosła się płynnym ruchem i zamarła.
- Ej, wstawajcie - powiedziała głośno. - Ona się obudziła.
Pozostała trójka również poderwała się z miejsc. Siedząca ze skrzyżowanymi nogami Geda popatrzyła na nich spokojnym wzrokiem i całkiem normalnym głosem powiedziała:
- Pamiętam potyczkę, waszą pomoc i ból. Potem już nic. Minęło dużo czasu?
- Nie - odpowiedziała Bella - to było raptem wczoraj.
Geda skinęła głową:
- Rozumiem. A raczej... nie rozumiem. Obejrzałam ranę. Nie wygląda dobrze. Ranni w ten sposób zwykle w ogóle się nie budzą. A już na pewno nie następnego dnia...
- Uzdrowiciel - wpadł jej w słowo Oghren, powoli spoglądając w twarze swoich towarzyszy.
Teraz już nie miał wątpliwości, że jego podejrzenia były słuszne. Ktoś z nich jest mistrzem w leczeniu, ale nie chce się do tego przyznać. Niby byli zespołem do zadań specjalnych, niby długo się znali i ufali sobie. Ale... Każdy miał jeszcze jakieś własne, ukryte cele. Maren oficjalnie pracował dla Wieży i dla królowej, więc nieoficjalnie zapewne jeszcze dla kogoś. Im bardziej Bella się wściekała, że nie ma nic wspólnego z Horrowmontem, tym bardziej należało w to wątpić. Alara? Krasnoluda i elfkę łączyło wprawdzie poczucie humoru i zamiłowanie do napitków, ale to że ją lubił nie zmieniało faktu, że ufał jej tylko o przysłowiowy włos z krasnoludzkiej brody bardziej niż pozostałym. Jest złodziejką? Skrytobójczynią? Może i uzdrawiać umie?
Przecież nawet Oghren, choć na pewno nie był uzdrowicielem i nie postawił Gedy na nogi, miał jako Szary Strażnik swoje tajemnice i zadania, o których nie mógł powiedzieć nikomu...
Wyglądało na to, że jeden z tych sekretów przynajmniej na razie był bezpieczny.
Geda ani słowem, ani gestem nie zdradziła się, że dobrze zna stojącego przed nią krasnoluda.
Nawet krasnoludy, które w innych podziemnych labiryntach czuły się równie swobodnie jak orzeł szybujący po przejrzystym niebie, tutaj stawały się nerwowe i niepewne. Bo wiedziały, że nawet pomimo zachowania wszelkich środków ostrożności, pomimo doświadczenia i odwagi, wielu stąd nie wróciło.
Dlatego też nic dziwnego, że Thendirin od razu na początku powiedział jasno: tylko krasnoludy mogą wziąć udział w tej eskapadzie, by - jak sam to ujął "rzucić na szalę swoje życie i choć przez chwilę utonąć w blasku Thaigu Yuliona, najbardziej tajemniczego z krasnoludzkich miast". To właśnie on, jeden z największych bogaczy Kirkwall i największy handlarz bronią w Imperium, był głową tego przedsięwzięcia.
Ściągnął do drużyny dwóch znajomych z czasów, gdy był jeszcze najemnikiem - Erethala oraz Gelophena, którzy byli bardzo sprawni, jeśli chodzi o umiejętność patroszenia wrogów ostrzem topora, ale inteligencją niestety nie grzeszyli. Był też z nami Walughen, największy krasnolud, jakiego w życiu widziałem, o głowę przerastający najwyższego z nas. Niestety jego gabaryty były skutkiem choroby, która wyryła - i to dosłownie - swoje ślady także na jego twarzy: tak brzydkiego krasnoluda jak on też nigdy nie widziałem, a przecież choć wiele dobrego można powiedzieć o mojej rasie, to na pewno nie to, że jesteśmy piękni niczym elfy. Walughen był bardzo małomówny i najmocniej ożywiał się wtedy, gdy zatrzymywaliśmy się na odpoczynek - nucił wtedy coś pod nosem i zapisywał na kartach pergaminu. Pieśni układał czy listy? - może go o to spytam któregoś dnia.
Był wśród nas także słynny Oghren, który walczył z Plagą u boku Szarych Strażników, a potem nawet został jednym z nich. Na żywo nie robił takiego wrażenia, jak w opowieściach - więcej w nim było karczmowego hulaki niż bohatera Fereldenu. No i kilka razy dziennie, gdy zdawało mu się, że nikt nie słyszy, wzdychał z tęsknotą, ale i złością do swojej żony Felsi. To właśnie przez nią znalazł się na Głębokich Ścieżkach - jak przyznał pewnego wieczoru, stwierdziła ona, że wreszcie czas, aby zaryzykował swoje cztery litery oraz wymyślne warkoczyki na brodzie dla czegoś bardziej namacalnego niż sława i chwała.
No i jeszcze Varric, który na początku był duszą towarzystwa i zasypywał nas opowieściami, szczególnie tymi, w których stał u boku Hawke'a, bohatera z Kirkwall. Oj, barwne to były historie - aż sam nie wiedziałem, czy bardziej podziwiam go za to, co w nich robi czy za to jak wspaniale potrafi zmyślać. Ale im głębiej schodziliśmy, tym bardziej zamykał się w sobie, a już od wczoraj niemal stale wlókł się kilka stóp za nami, od czasu do czasu gwałtownie się rozglądając. A tą swoją słynną Biankę ściskał tak mocno, że miałem wrażenie, że połamie się albo ona, albo jego palce.
Ostatnim członkiem byłem ja - ich przewodnik, który jakoś od wczorajszego wieczora nie mógł się przyznać swoim kompanom, że musiał się pomylić na którymś zakręcie i nie był całkiem pewien, gdzie aktualnie byliśmy. Mówiąc wprost: zgubiłem drogę...
Witam, czy początek drugiego opowiadania gdzieś już jest, tylko nie mogę go znaleźć czy też jeszcze się nie ukazał?
Dziękuję za wyróżnienie oraz za uwagi krytyczne. Nie mogę się już doczekać 20.11, a żeby czas szybciej mijał, to trzeba będzie zdecydowanie przypomnieć sobie DA 2 :)
Od razu mam też pytanie czy zwycięzcy i wyróżnieni mogą grać dalej?
A właściwie nie grać (bo tego nikt chyba nie zabroni :)) ale wygrać? Czy jak wyślę swoją propozycję do kolejnego etapu, to moja praca pójdzie do Autora do oceny, czy nie pójdzie, czy też pójdzie, ale z 10 "punktami karnymi" na dzień dobry? :)
(...)
- Inkwizytorka próbowała ocalić niewinne dziecko przed magią krwi – powiedziałem.
- A my – Byk popatrzył na mnie posępnie – nic nie wiedzieliśmy i nie mogliśmy was powstrzymać. A kto zapłacił za to najdrożej? Moi ludzie oczywiście. Dla was to tylko bitewne mięso. - niedbałym gestem wskazał na ciała szarżowników: jedno na wpół pożarte przez genloki, a drugie niemal upieczone przez smoczy ogień. Potem spojrzał na księżyc i dodał cicho:
- Godzina sowy. Dobry czas na oddanie ich ciał Płomieniom.
Popatrzył na Morrigan, a ona skinęła głową.
- Tylko szybko.
Żelazny Byk mruknął potakująco. Dobrze wiedział, że nie ma czasu na przeprowadzenie pełnego Rytuału Płomieni. Zresztą nawet nie znaliśmy go dokładnie, bo Byk nie był skory do dzielenia się tą wiedzą. “Szczegóły niewiele wam powiedzą. To zrozumie tylko qunari. - powiedział - Wszystko co powiem będzie tylko jak domalowywanie na obrazie cieni i refleksów, których i tak nie dostrzeżecie swym niewprawnym okiem.” Było to jedno z wielu stwierdzeń, które powodowały, że o Byku nie dało się myśleć jak o zwyczajnym najemniku, który w ramach odpoczynku od bitwy zajmuje się przepijaniem żołdu i roztrzaskiwaniem czaszek w karczmie.
Dłonie Morrigan zawirowały, a cicho wypowiedziana inkantacja odbiła się głuchym echem. Na ile było możliwe starała się poskładać ciała szarżowników w przypominającą qunari całość. Nie specjalizowała się w magii leczniczej, ale Flemeth nauczyła ją wystarczająco, aby efekt był bardziej niż zadowalający. Byk podszedł najpierw do jednego, a potem do drugiego ciała. Przy każdym zatrzymał się tylko na chwilę. Mówił coś cicho ze spuszczoną głową. Zetknął ze sobą kciuki obu dłoni, a także palce wskazujące. Ułożył je w kształ trójkąta, co symbolizowało triumwirat ducha, ciała i umysłu, najważniejszy element filozofii Qun.
Potem odsunął się, a palce Morrigan wykonały subtelny taniec. Oba ciała zapłonęły złotofioletowym płomieniem, w którym poutykano pomarańczowe i czerwone nitki, grube jak bełt mojej Bianki. Temperatura takiego ognia była ponoć niewiele niższa niż smoczego, choć magia sprawiała, że nie czuliśmy tego nawet stojąc w odległości raptem kilku stóp.
Po chwili ciał już nie było.
“Życie jest jak płomień świecy. Wystarczy mocniej dmuchnąć i już go nie ma” - przypomniało mi się zdanie dawno temu przeczytane w jakiejś księdze. Rzadko rozmyślałem o kruchości życia, bo zbyt dużo widziałem i wiedziałem, aby tracić na to czas. Ale tym razem nic nie mogłem poradzić i wierzcie mi, że wcale nie chodziło o moją skromna osobę. “Co ja powiem Rhegisowi?” - pytanie zaczęło coraz mocniej tłuc się w mojej głowie. Obiecałem, że przyprowadzę do niego wnuka w jednym kawałku, a tymczasem jakieś jego fragmenty leżą może gdzieś na pobojowisku, które nas otaczało. Wprawdzie nie dostrzegłem twarzy dzieciaka wśród bestii, które nas zaatakowały, ale przecież nie miałem czasu by im się przyglądać. To Bianka im się przyglądała tuż przed wysłaniem swojego pocałunku. Cały czas miałem więc nadzieję… Choć była licha.
Byk zakończył rytuał, a ja spojrzałem na inkwizytorkę. Po raz kolejny zdziwiłem się, że jest z mojej rasy. Krasnoludy nie cierpiały Inkwizycji, a poza tym nie posiadały zdolności koniecznych, by do niej dołączyć. Ta jednak posiadała.
Kim ona była, do diaska, i co tutaj tak naprawdę robiła?
I oto, moi zacni panowie, okazało się, że może doczekam się odpowiedzi na to pytanie. Słów lub czynów. Bo dokładnie w tym momencie Inkwizytorka otworzyła oczy.
PS. Word: 2765 znaków bez spacji
Napięcie udzieliło się wszystkim i nie było mowy o tym, aby ponownie zapaść w sen. Przez moment chciałem nawet żartem zaproponować Żelaznemu Bykowi, aby uśpił mnie w taki sam sposób, jak Blackwalla, ale po namyślę zrezygnowałem z tego. Najemnik nie grzeszył poczuciem humoru i mógłby mnie zdzielić, zanim wyjaśniłbym mu, że nie mówię poważnie.
W każdym razie Byk ze swoimi szarżownikami zajął się grą w kości, a Morrigan - jak we wszystkie ostatnie wieczory - oddaliła się od ogniska i od naszego towarzystwa, aby zająć się swoimi myślami. Z braku innego pomysłu wyciągnąłem notatki, które robiłem w trakcie rozmów, prowadzonych przez czarodziejkę z rodzinami zaginionych dzieci. Moje skrobanie na pergaminie wyraźnie ją denerwowało, ale powstrzymywała się od komentarzy, a zresztą i tak bym się nimi specjalnie nie przejął. Takie notatki nie raz mi się już przydały i miałem nadzieję, że tym razem też tak będzie.
Ognisko płonęło rzucając wokół nas przedziwne, tańczące cienie, które na początku utrudniały mi skupienie się na zapiskach. Ale w końcu wpadłem w tą gęstwinę prawd, półprawd i wymysłów, jak w studnię. Czas jednak mijał, a ja nie byłem w stanie odnaleźć żadnego elementu łączącego porwane dzieci. To, że ich status społeczny była różny, było oczywiste. Ale znikały zarówno dziewczynki, jak i chłopcy; dzieci dwuletnie i dwunastoletnie; silni i ofermy; duzi i mali; zdrowi jak ryba, kulawi, chorzy, a nawet dziecko-karzeł, które ku zdziwieniu nas wszystkich nie zostało porzucone przez rodziców w lesie. Nic, co podpowiedziałoby nam, co robić dalej.
Zniechęcony odłożyłem notatki na bok i sięgnąłem do drugiej sterty. Ta relacja była najobszerniejsza i dotyczyła jedynego odnalezionego dziecka - córki setnika w Garotte. Mała Darya nie była nam w stanie nic powiedzieć, gdyż cały czas pozostawała nieprzytomna. Co za tym idzie, nie byliśmy pewni, czy jej zniknięcie jest związane z innymi przypadkami porwań, ale musieliśmy mieć taką nadzieję, bo był to nasz jedyny punkt zaczepienia.
Darya kilka dni przed zniknięciem zaczęła się zachowywać niepodobnie do siebie: długie chwile siedziała osowiała przed domem, jak zaczarowana wpatrywała się w stojące przed nią jedzenie, przestała pomagać ojcu w pracy. Dwukrotnie rodzice znaleźli ją stojącą na spadzistym dachu ich domu, wpatrującą się usilnie w jakiś odległy punkt na horyzoncie. "A tam, gdzie ona patrzyła, to nic nie było. Nic." - z uporem zarzekała się jej matka. Zniknęła niespodziewanie - rodzice i sąsiedzi zgodnie twierdzili, że jednej chwili słyszeli jak głośno śpiewała, a następnej zapadła cisza. Odnalazła się po dwóch dniach pod progiem swojego domu, nieprzytomna, z ledwo wyczuwalnym pulsem i słabym oddechem. Nie było na jej ciele żadnych ran, kości miała całe, więc zaniesiono ją do jej pokoju i ułożono w łóżku. Wszelkie próby obudzenia nie powiodły się. Następnego dnia, gdy matka próbowała obudzić córkę, tuląc ją i łkając, zauważyła dziwne znamię, które pojawiło się za uszami dziewczynki. Kształt przypominał usta złożone do pocałunku i na pierwszy rzut oka wyglądało to na piętno wypalone gorącym żelazem. Ale nie była to rana ani blizna, a samo znamię miało zbyt wiele szczegółów, jak na ślad po rozgrzanym żelazie.
Do dziś nie wiem, co sprawiło, że w tym momencie spojrzałem na nieprzytomną Inkwizytorkę. Jakiś impuls kazał mi wstać i podejść do niej. Nachyliłem się i delikatnie odgarnąłem jej włosy znad ucha.
Miała znamię i wyglądało ono identycznie jak to u Daryi. Pocałunek Demona.