Zabawne, że pytacie. Właśnie dotarło do mnie zaproszenie na święta, czytane niepowtarzalnym głosem pana Henryka Talara, do Easthaven. Wspomnienia… są jak za mgłą. Coś mi świta, ale wybaczcie, pamięć już nie ta. O co tam chodziło? To było tak dawno, dawno temu...w każdym razie, w księgach ilustracje okolicy wyglądają zachęcająco. Monumentalne góry, śnieg, daleko od świątecznego gwaru wielkich miast, biało jak okiem sięgnąć. Jak dobrze się przyjrzeć, są nawet małe figurki schowane w cieniach oszronionych choinek. Pewnie świąteczne skrzaty, pomocnicy Mikołaja. Tylko te czerwone ślepia...no nic, trzeba się zbierać, droga długa. Obiecane mam niezapomniane przeżycia, ani chwili nudy i całą masę nie-zawsze-spodziewanych wędrowców z własnymi sztućcami. A, i śnieg ma spłynąć szkarłatem, a głosy mieszkańców mają się nieść aż po krańce przedwiecznej zmarzliny. Ja tam barszczu rozlewać nie lubię, ale kolędy chętnie pośpiewam! I później niepodzielnie zawładnie wszystkim wokół... Cicha noc.
Drodzy Panowie i Panie, do napisania tego postu skłonił mnie ostatni mecz naszej reprezentacji na MŚ z Meksykiem, ale także kilka (naście?) lat oglądania i kibicowania naszej kadrze. Wygląda to mniej więcej tak - FC Barcelona, Napoli, Roma, Wolfsburg, Feyenoord, Juventus. To kluby, w których gra część z naszych zawodników ofensywnych. I to nie gra od wielkiego dzwonu, jak się trener zlituje, z braku laku, tylko gra realnie wpływając na silę i skuteczność takiej drużyny - wystarczy popatrzeć na liczby Lewandowskiego, Zielińskiego, Szymańskiego itd. Umówmy się też, w La Lidze czy Serie A nie wychodzisz w pierwszym składzie tylko dlatego, bo masz potencjał, ktoś kiedyś widział, że potrafisz prosto kopnąć piłkę. Tam za rywala masz trzech, czterech graczy światowej klasy z innych krajów, którzy czekają tylko na twój słabszy okres, więc w formie musisz być co tydzień, nie ma zmiłuj. Stąd moje pytanie - jak do cholery ktoś taki jak p. Michniewicz czy inny Brzęczek jest w stanie wmówić ludziom stanowiącym o sile europejskich potęg, że jedyne na co ich stać to bezwładne bieganie na połowie rywala i wybijanie piłki z obrony na osamotnionego napastnika? Jaką siłę musi mieć "Polska Myśl Szkoleniowa", że zawodnik o takich indywidualnych umiejętnościach jak Zieliński, Szymański czy Zalewski jedyne o czym marzy, to pozbycie się piłki? Mecz z Chile, Meksykiem wyglądał, jak wyglądał, mądre głowy w prasie i internecie pisały, że nasza reprezentacja jest parę klas niżej od wyżej wymienionych. Ok, ale nikt nie wmówi mi, że mamy gorszych zawodników. Że Zieliński jest mniej kreatywny od Lozano, a Lewandowski w ataku mniej groźny od Sancheza. No nie. Z boku wygląda to tak, jakby ktoś chłopakom zaciągnął hamulec ręczny, zabronił być kreatywnym, odważnym czy nawet trochę szalonym. Od lat gdzieś tam w przestrzeni medialnej pokutuje taki banał, że na końcu to i tak grają piłkarze, a nie trener i to od nich trzeba przede wszystkim wymagać, do nich mieć pretensje. Na pewno? Czy faktycznie to sam Lewandowski wymyślił sobie, by w meczu z przestraszonym Meksykiem, cofać się tak głęboko i rozgrywać piłkę, a cała obrona kolektywnie stwierdziła, że najlepsze, co można zrobić to walić lagę na otoczonego przez pięciu gości chłopa, tylko dlatego że ci w zielonych koszulkach są niżsi i może piłka się tak odbije, że uda się strzelić w kierunku bramki? Jak to jest, że drużyny takie jak Arabia Saudyjska, Tunezja potrafią grać w piłkę i piłką z dużo silniejszym od naszego rywalem, a my przy takim potencjale z przodu skupiamy się na wybijaniu piłki przy posiadaniu piłki 40-60 dla rywali? Dla mnie jest to niesamowite, jak Polska Myśl Szkoleniowa potrafi wytrącić nam wszelkie argumenty z ręki, pozostawiając całość w rękach przypadku. Niesamowite jest też to, że niektórzy z takiej gry i takiego remisu potrafią się cieszyć, bo to turniej, nie przegraliśmy, pokazaliśmy się solidnie w obronie bla bla bla. No nie. Dziś cały świat zastanawia się, co tak grająca drużyna ja Reprezentacja Polski robi na Mistrzostwach Świata. Jak styl gry rodem z wczesnych lat 90 ostał się do naszych czasów. Smutne.
A już tak zupełnie na marginesie, bez emocji, okiem zwykłego zjadacza chleba. Nasi reprezentanci mają szczęście być tym promilem zawodowych piłkarzy, którzy mogą reprezentować swój kraj na tak wielkiej, ogólnoświatowej imprezie. Dla części z nich przygoda z piłką się kończy, dla części zaczyna. Dlaczego będąc trenerem nie dać się im cieszyć grą w piłkę? Niech pokażą, co w nich najlepsze, co im w sercu gra, co kochają przecież robić. Piłka nożna to w gruncie rzeczy tylko zabawa, chociaż dziś obudowana wielką kasą i masą g.wna, to wszystko sprowadza się do strzelania na bramkę, tak jak większość z nas robiła za dzieciaka. Robienie z tego kwestii życia lub śmierci to ponury żart. Że presja? Trzeba zapytać ludzi schowanych w ziemiance pod Chersoniem czy Donieckiem, jak ruskie rakiety latają im na głowami, czy nie woleli by pokopać w piłkę. Hej, chłopaki, wy tam w Katarze, bawcie się tym co robicie, bo jesteście szczęściarzami. Możecie i potraficie zapaść światu w pamięć super grą, udowadnialiście to nie raz i nie dwa.
Dom z Papieru - Helsinki zginął w trakcie pierwszego napadu? Obawiam się, że ACHTUNG spoiler! przeżył on biedną Nairobi. Drogi Autorze, pomyliłeś grubasków.
Wściekłe wycie policyjnych syren i kakofonia klaksonów, mimo grubego pancerza policyjnego transportera nieustannie wdziera mi się do uszu, lodowatym strumieniem spływając wzdłuż kręgosłupa. Moja pierwsza akcja. Koniec z symulatorami i atrapami. Ciężko pracowałem na ten dzień. Oto jadę przez miasto z prędkością 70 mil na godzinę ku tym kilku chwilom, dla których się urodziłem.
Drżącymi dłońmi sprawdzam sprzęt. Dlaczego tak się denerwuję? Czy to adrenalina czy jednak strach? Poprawiając kamizelkę, dziwnie dziś ciasną, spoglądam na moich towarzyszy. Tyle wspólnych chwil, siniaków, wspomnień.
Nad nami stoi dowódca, człowiek, który miłosną serenadę złożoną z krzyków, strzałów i latających nad głowami helikopterów słyszał nie raz. Czterdziestoparoletni kapitan Dean Moore, wdowiec, którego nieświadomy przechodzień, widząc w prywatnych ciuchach, prędzej weźmie za piekarza niż glinę. Autorytet. Gość nie stracił podwładnego na żadnej akcji od początków służby. Bardzo nie chciałbym zepsuć mu dziś tej statystyki. Transporter przyśpiesza.
„Słuchajcie, młodzi...” – kapitan ledwo przekrzykuje hałas – „...to, że trzęsą wam się ręce, a serce wyrywa z klatki jest zupełnie normalne. Każdy tak zaczyna, ja z tej okazji na przykład obrzygałem od stóp do głów śliczną panią negocjatorkę. Strach jest dobry, uczy pokory i urywa łeb rutynie. Zaprzyjaźnijcie się z nim, będzie jeździł z wami tym furgonem do końca waszej służby. A pierwsza akcja – wspomnienie na całe życie, mam nadzieję, że dłuższe niż ten następne kilka godzin.” – i ten jego uśmieszek, pomieszanie dobrotliwego tatusia z kotem bawiącym się ubitą myszą. Samochód podskakuje na jakiejś nierówności. Głos dowódcy coraz donośniejszy.
[1] „Upalny dzień, wieki temu, w jakiejś zapadłej dziurze na Florydzie. Duchota, wilgoć, komary i zaparowane gogle. W samym centrum tego piekła [2]austriacki psychol,[16] Herman Krauze, eks członek Jagdkommando, ze swoimi ludźmi [3], któremu ubzdurało się porwać [6] ukochaną córeczkę kongresmena Taylora, Nadię. Miało być łatwo i przyjemnie, wchodzimy, tu strzał, tam strzał, wychodzimy – tłum wiwatuje. Niestety, nasz wywiad nawalił, zrobiło się bombowo [12], i musieliśmy wycofać się już na schodach. Nasz saper [23], Alicia, prymuska z Yale, dostała takiej trzęsiawki, że nie można było jej uspokoić. Była z nami na szczęście najtwardsza babka jaką znałem, [26]Tyra Zersalvski, która teraz robi w DEA w Waszyngtonie. Zaskakujące, jakie słowa potrafią znać kobiety… W każdym razie, zespół znów był gotowy do akcji. Nasza trójka [30] przeciw [22] doskonale wyposażonym najemnikom z różnych stron świata. Po fakcie dowiedzieliśmy się, że był tam i zabijaka z Bliskiego Wschodu [8], ulubieniec płk. Kaddafiego, który zabił trzynastu agentów Mosadu, i wyrzucony ze Spetsnazu za niesubordynację [9] Ivan Ivanowitch, kochający mąż i ojciec siódemki dzieci, i taki Ezekiel O’Hara, Irlandczyk, nielichy fach-bomber. A na drugim końcu lufy my – nieopierzeni gliniarze, prosto po szkole. I wiecie co…” – dowódca każdemu z nas spojrzał głęboko w oczy – [27,28,32]„..daliśmy radę. Bo byliśmy szkoleni - jak być jednością, jak myśleć, oddychać, iść i stać jak jedno ciało. Oni byli lepsi, ale każdy z nich walczył dla siebie. My byliśmy Oddziałem. Nie mieli szans. Uratowaliśmy ją [35]. ”
Policyjna furgonetka właśnie się zatrzymała. Dowódca otworzył drzwi, uśmiechając się po swojemu. Na zewnątrz chaos w strugach rzęsistego deszczu. I my – panaceum na całe zło. Odbezpieczam broń, wsłuchując się w rozkazy. Robota czeka.
@wysłannik - Tak, w części konkursu z panią Anną też mi się udało. Trzeba walczyć do końca, bo jak normalnie Edycje Kolekcjonerskie jakoś nie wzbudzają we mnie większych namiętności, to akurat ta od Dragon Age wygląda bardzo sympatycznie. Niestety, w walce o nagrodę główną na razie są lepsze prace :o).
Krasnolud splunął siarczyście na truchło jednego z pomiotów, patrząc niepewnie wprost w wielkie, czarne jak dwa węgle oczy elfki - Nikt mi tu nie zginie, złodziejko. Gdy Oghren wstępuje na Głębokie Ścieżki, jego stara kochanka kostucha wskakuje na plecy Pomiotom! Im i tylko im. Taka kobieta, taka wojowniczka jak Geda Helmi zabita jednym, marnym ciosem podrzędnego genlocka? Niedoczekanie! - choć bardzo chciał, Oghren tą tyradą nie podniósł na duchu nawet samego siebie. Nie zdziwił sie więc, gdy Alara kręcąc głową ponownie powędrowała ku zatrzaśniętym wrotom, mrucząc coś pod nosem o szaleństwie zapijaczonego krasnoluda. Stojący teraz w milczeniu pośród zmasakrowanych, sączących czarną posokę ciał pomiotów Oghren z każdą chwilą czuł się coraz bardziej zagubiony i samotny. Czy może być gorzej? - zapytał sam siebie Szary Strażnik zapominając, że nigdy nie należy prowokować losu takimi pytaniami.
- Zrobiłem, co mogłem, czyli niewiele...- Maren wstał znad nieprzytomnej Gedy, wspierając się delikatnie na ramieniu Belli. - Jeżeli chcemy wyciągnąć ją ze Ścieżek żywą, nie mamy czasu do stracenia. Oghrenie, rozumiem że twoja deklaracja tycząca się gotowości poniesienia rannej jest wciąż aktualna? Razem z Bellą opatrzyliśmy ją, zdjęliśmy zbroję i większość żelastwa. Za nic na świecie nie możemy tylko odebrać jej tej starej, małej tarczy, przytroczonej do ramienia. Nawet w gorączce i majakach nasza mała kobietka zdaje się jej trzymać, jakby to była jedyna pewna rzecz na tym świecie. Nie ma chyba sensu dalej się siłować, niech póki co ją zatrzyma. Taki nędzny, dodatkowy ciężar nie powinien być dla ciebie problemem, siłaczu. A teraz ruszajmy... Alaro, zostaw te wrota, naszą jedyną drogą zdaje się być teraz ten cuchnący korytarz po drugiej stronie sali. Ktoś najwyrażniej nie chce, byśmy zbyt szybko opuścili ciepłe progi tego miejsca. A może po prostu mamy pecha...- młody czarodziej uśmiechnął się, choć w tym uśmiechu więcej było troski, niż radości.
Nie minęło zatem więcej niż chwila, gdy pierwsze trzy postacie zatopiły się powoli w mroku skrywającym korytarz i strome schody prowadzące gdzieś w głąb legendarnej, prastarej krasnoludzkiej dziedziny, zwanej Głębokimi Ścieżkami. Oghren obserwował odchodzących kompanów w milczeniu, zastanawiając się w duchu, jak długo będzie w stanie maszerować po nieprzystępnych korytarzach zarówno za siebie, jak i za Gedę. Jako że wynik obliczeń nie zadowolił brodacza, ten tylko zaklął szpetnie i sapiąc jak kowalskie miechy przerzucił sobie nieprzytomną krasnoludkę przez ramię. Gdy układał sobie dziewczynę do dalszej drogi, przez poszarpaną szatę ujrzał on plecy rannej. Plecy sine od krwiaków, poorane głębokimi, ledwo zagojonymi bliznami. Zbyt starym wygą był Oghren, by o zadanie tych okrutnych ran podejrzewać Pomioty. Nie, to musiało się stać dużo wcześniej. Ranili tak, żeby nie zabić. Czyżby...Nagły, metaliczny, rozdzierający wszędobylską ciszę huk wyrwał krasnoluda ze snucia kolejnych domysłów. Dzierżony przez Gedę puklerz spadł na kamienną, popękaną od gorąca posadzkę i po chwili znów zrobiło się cicho. Niepokojąco cicho. Gdy złorzeczący na czym świat stoi Oghren schylił się po małą tarczę, zauważył on, że upadek oderwał od jej wewnętrznej części płat rdzy i starej farby. Pod spodem coś było.
- Mapa? Po co ktoś miałby ryć w tarczy fragment mapy i ukryw...- krasnolud nie zdążył dokończyć pytania, czując na grdyce chłodny pocałunek stali.
- Nie powinieneś był tego zobaczyć - głos Gedy Helmi był cichy i słaby - Tak jak ja tamtej nocy...
W porządku, w ruch poszły klawiatury kolejnych uczestników, czyli zamieszanie z poprzednią częścią konkursu należy jak najszybciej zapomnieć, tak? Szkoda, że nikt z redakcji, a tym bardziej sam autor, nie ustosunkował się do tego wszystkiego, o czym była mowa przez ostatnie kilka dni. Podsumowując: jedynymi obowiązującymi zasadami są te odnośnie ilości znaków bez spacji, o alkoholu, "dupach', "cyckach" etc jednak pisać można (bo nie widzę powodu, dla którego używać ich może tylko p. Chmielarz), a podpunkt nazwany "Zasadami Autora" to tak naprawdę "Lużne wskazówki autora, stosować wedle uznania"? Tak czy inaczej, dobrej zabawy i powodzenia wszystkim uczestnikom.
Akurat te literówki to bzdury, które zdarzają się każdemu, łatwo można to naprawić. Martwi tylko trochę łamanie zasad Organizatorów przez p. Chmielarza oraz to, że w kolejnym opowiadaniu będzie trzeba taszczyć za bohaterami nieprzytomną postać. Zobaczymy co z tego wyjdzie, ja osobiście nie jestem fanem kilku uber-mocnych bohaterów, rzezających tłumy oponentów na lewo i prawo.
@Musich @ Mam pytanie do Pana Wojciecha - mianowicie czy limit 10-15 zdań jest u Pana płynny jak w poprzedniej części zabawy, czy prace z 15+ zdaniami są z góry skreślane?
Jest istnieje niewielka, ale naprawdę niewielka tolerancja, na dłuższe fragmenty. Proszę pamiętać, że Was jest wielu, ja jestem sam. Nie dam rady przeczytać wszystkich tekstów, jeśli będą za długie. Dlatego jeśli potrzebujesz jeszcze jednego dodatkowego zdania, żeby mieć puentę - ok. Jeśli potrzebujesz dwa, to już jest za długo.
Da się to zinterpretować inaczej, niż info, że 16+ zdań to automatyczny błąd skreślający pracę? Autor napisał, że praca powyżej 15 zdań nie wygra, koniec kropka. Nie pisz więc proszę bzdur.
@Saerwen Jeżeli nie widzisz różnicy między notką p. Brzezińskiej w zasadach autora o "około 15 zdaniach", a jasnym limicie 15 zdań u drugiego autora plus dobitne potwierdzenie tego warunku w poście na forum to przykra sprawa. Z pełną premedytacją dopytałem o to u samego żródła, otrzymałem jasną i czytelną odpowiedż i się do niej zupełnie niepotrzebnie zastosowałem. Moje pytanie i odpowiedż autora nie pozostawia miejsca na interpretacje, tyle.
@Nennesis Ja przez "dobrą zabawę" rozumiem chyba coś innego niż Ty. Nie wiem, dlaczego inni mają mieć łatwiej, olewając zasady autora, które miały być jednym z kryteriów oceniania całości pracy. I zauważ łaskawie, zanim zaczniesz pisać farmazmony o "bólu dolnych części pleców", że każdy z tu piszących ma pretensje nie o treść, styl czy jego brak prac zwycięskich, ale o jawne łamanie przez oceniającego zasad zabawy, które sam ustalił.
@otnok101 Organizatorzy formułę konkursu i zasady moim zdaniem przygotowali bez zrzutów, zawalił człowiek spoza redakcji.
Tak, ja też mam prośbę do autora - jurora: szanujmy się. Na mój post gdzieś wyżej, odnośnie liczby znaków vs liczba zdań wyrażnie napisał Pan, że limit 15 zdań z JEDNOZDANIOWYM okładem jest wszystkim, na co pozwolić mogą sobie uczestnicy, po czym nagradzane są prace z liczbą zdań powyżej 40. Ręce opadają, rozumiem, zabawa zabawą, ale jak człowiek dopytuje się o zasady i dostaje jednoznaczną odpowiedż to oczekuje, że reguły będą takie same dla wszystkich. Forumowicz "wysłannik" ma rację, dużo trudniejsze jest pisanie fragmentu, mając z tyłu głowy obowiązujący (teoretycznie...) limit zdań. Przebudowywanie całości tak, by miało to ręce i nogi w wyznaczonym obrębie wymaga zachodu. Irytującym jest, że człowiek po fakcie dowiaduje się, że spędził kawał czasu nad modyfikacją swojej pracy niepotrzebnie.
"Na Głębokich Ścieżkach śmierć kryła się nie wśród cieni, ale w oślepiającym blasku lawy. Mnie jednak ona miała już nie przerażać, miałem nie bać się kresu życia i spotkania ze szlachetnymi przodkami. Słowa sędziwego Olghrina wypowiedziane niby wieczność temu, wciąż rozbrzmiewają w mojej głowie, gdy w ponurym milczeniu, razem z resztą zakutej w szare zbroje kompani idę bez celu nienaturalnie cichymi, cuchnącymi plugastwem korytarzami Ścieżek - Yrrwicku, synu Goldmura, od teraz jesteś martwy. Stare tradycje, honor, półprawdy i jawne kłamstwa uśmierciły mnie dla rodu i Orzammaru, wpychając razem z innymi zatraceńcami w objęcia najbardziej przeklętego ze znanych mi miejsc. Naznaczeni tatuażami, obdarci z przyszłości, mamy spełnić swoją ostatnią posługę, dając się zarżnąć gdzieś w ciemnej pieczarze panującym tu teraz mrocznym istotom. Ujmując rzecz prościej - mój los został przypieczętowany dawno temu, gdy przy zimnych wrotach prowadzących do upadłej dziedziny przodków zmuszono mnie do wstąpienia w szeregi Legionu Umarłych. Nie żyję - dlaczego więc wciąż tak bardzo się boję..?"
- Na litość, szlachetny Yrrwicku, skończ zapisywać tę przeklętą księgę, łap za swój topór i dołącz do nas, bo mam nieliche przeczucie, że zaraz będzie okazja do zrobienia z niego użytku. W tej części głębi coś jest, mało tego, jesteśmy takimi szczęściarzami, że to coś idzie prosto w naszym kierunku, spójrz - wysoki, poorany bliznami krasnolud o przenikliwym wzroku ruchem głowy wskazał w głąb tonącego w pulsującym mroku korytarza, na końcu którego, gdzieś na granicy widzialności, tliła się nikła sugestia światła.
"Nie jestem bohaterem, moim marzeniem nigdy nie było to, by jakiś szalony bard w swych balladach sławił moje wiekopomne czyny i moją, zapewne równie wiekopomną, śmierć. Chciałem żyć wśród kojącego chłodu Kamienia, kochać i kuć najlepszą broń w całym Orzammarze, ale odebrano mi to, wydarto wciąż pragnące bić serce z trzewi i po zapakowaniu w niewygodną, znoszona zbroję wtrącono w gorące, kipiące lawą piekło, gdzie w każdym niepewnym kroku i zbyt długim cieniu znajdowało się śmierć. Czy to, że chcę żyć, że brzydzę się tym, co zgotował mi mój dławiący się swoją własną trucizną ród czyni mnie złym krasnoludem? Jakim mianem w takim razie nazwać kogoś, kto w myśl obłąkanej tradycji skazuje swojego krewnego, swojego syna, męża czy brata na pewną, niczym niezasłużoną śmierć? Mój koszmar ma jednak szansę wkrótce się skończyć, wypełniłem swoją część umowy, a wątły, mlecznobiały blask, zbliżający się niepowstrzymanie ku naszemu obozowi zwiastuje ruch moich wybawicieli - zaczyna się."
Ten, do którego zwrócono się mianem Yrrwicka wstał ciężko, chowając rozpadającą się księgę i powolnym ruchem sięgnął po swoją broń, okrutny, wspaniale zdobiony podwójny topór - pamiątkę z poprzedniego życia. Po chwili światełko, obserwowane w milczeniu przez stojących za prowizoryczną barykadą wojów zakołysało się i zgasło, wypluwając z ciemności falę rozdętych, wyjących wściekle pomiotów. Jeden z krasnoludów, przerażony młodzian o wąskiej twarzy i czarnej bródce podbiegł do Yrrwicka, prosząc o rozkaz do odwrotu, którego nie dane mu było doczekać, bo zamiast krótkiej komendy usłyszał tylko dwa słowa "Wybacz mi", gdy ciężkie toporzysko spadło mu na głowę, w oka mgnieniu kończąc jego służbę na skąpanych we wrzaskach konających Głębokich Ścieżkach.
Mam pytanie do Pana Wojciecha - mianowicie czy limit 10-15 zdań jest u Pana płynny jak w poprzedniej części zabawy, czy prace z 15+ zdaniami są z góry skreślane? Chciałbym tą kwestię wyjaśnić raz na zawsze, bo limit 3000 znaków swoją drogą, a konstruowanie całości fragmentu opowiadania w granicach 15 zdań swoją drogą. Trzeba się nieżle nagimnastykować, by upchnąć wszystko to, o czym chce się opowiedzieć w limicie zdań, pomijając już nawet fakt, że zdania wielokrotnie złożone są mniej dynamiczne i trudniej się je czyta od tych krótkich i bardziej prostych. Pozdrawiam.
Jaki ten świat jest zabawny - atrakcje w opowiadaniu typu szlachtowanie dzieci są w porządku, ale wzmianka o alkoholu jest już niedopuszczalna. Dziwne są to wartości, nasza cywilizacja wlazła w jakiś ślepy zaułek i tkwi tam w błocie po kolana.
Crawler, mimo że regulamin jest jednoznaczny i jest już po czasie, może po prostu zaznacz co trzeba w ustawieniach konta, a zostaniesz wzięty pod uwagę. Oczywiście, wszystko zależy od dobrej woli Redakcji i samej pani Ani, ale w konkursach takich jak ten chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę. Skoro Twoja praca spełnia wszystkie wymagania merytoryczne, a cały problem sprowadza się do "zaptaszkowania" odpowiedniej opcji w ustawieniach konta, może da się sprawę uratować. Nie wiem jak reszta kolegów i koleżanek z forum, ale ja, jako Twój potencjalny "rywal" w walce o wyróżnienie nie mam nic przeciwko wzięcia, mimo wpadki, Twojej pracy pod uwagę. Może uda się skruszyć lód na zimnym sercu Redakcji ;o). Pozdrawiam.
(...)
Ta przeklęta noc na Moczarach Nahashin trwała zdecydowanie zbyt długo, co gorsza, jaśniejący srebrnym blaskiem księżyc na usianym migoczącymi gwiazdami firmamencie jak na złość świadczył o tym, że do jej końca wciąż jest dalej niż bliżej. Wreszcie uwolniliśmy się od ciężkiej mgły i duszących oparów, i gdyby nie smród porozrzucanych jak okiem sięgnąć zwęglonych ciał i wypalonego do szczętu fragmentu bagniska gotów był bym pomyśleć, że oto jestem świadkiem tego, co powierzchniowcy zwykli nazywać "pięknymi okolicznościami przyrody". Bez wątpienia, ta noc była piękna: cicha, jasna i spokojna. Była, zapewne tak - dla każdego, oprócz nas...
Wyczerpani, głodni i w większym lub mniejszym stopniu ranni - w tamtym momencie nie widzieliśmy sensu dalszej wędrówki przez mokradła. Wszystko, co do tej pory mogło pójść źle, poszło źle. W milczeniu, razem z Żelaznym Bykiem, pochowałem jego dwóch poległych kompanów, czyli przeniosłem to, co dało się w jednym kawałku donieść do wykopanego przez niego gołymi rękami dołu w szarej, wilgotnej ziemi. Mdły zapach spalonego ciała powodował, że zbierało mi się na wymioty, mimo to z zaciśniętymi zębami dokończyłem swoją robotę, chcąc choć trochę ulżyć w tej ciężkiej chwili coraz bardziej ponuremu kompanowi. Nie liczyłem na podziękowania - i słusznie, bo żadnych się nie doczekałem. Po wszystkim olbrzym stanął przy zaimprowizowanej mogile i począł coś szeptać w swoim szorstkim języku, najpewniej rodzaj modlitwy lub podziękowania. Nie było tam już miejsca dla krasnoluda, skierowałem się więc bez słowa w kierunku zwalonego, ogromnego drzewa, przy którym siedziała ciężko oddychająca Morrigan, pilnująca naszego opatulonego czerwonymi od krwi kocami skarbu - inkwizytorki.
- Popatrz na nią, bez jednego pantofelka i w podartym odzieniu, z poparzonymi aż do łokci rękami i spalonymi włosami - a mimo to w jej oczach wciąż jest ta iskra...ta duma. Cała Morrigan. - zanim pomyślałem, skąd dochodzi i do kogo należeć może spokojny głos rozlegający się w nocnej ciszy, zorientowałem się, że wierna Bianka już celowała w rozlewający się półmrok. To był Blackwall, o którym w całym tym zamieszaniu zapomniałem. Szary Strażnik wyglądał fatalnie, leżał wsparty o zmurszały głaz, a z jego boku wciąż sterczał mój bełt. Twarz miał białą jak śnieg, tylko jego czarne, wciąż bystre oczy świadczyły o tym, że nie przemawia do mnie trup. Schowałem swoją kuszę i sięgnąłem po bukłak, by podać mu wody, jednak on gestem odmówił.
- Wiesz, to zabawne Varricku, ale czuje się teraz najlepiej odkąd weszliśmy w to cudowne miejsce. Miło jest znowu kontrolować swoje ciało, nie słyszeć ciągłego wrzasku w swojej głowie. Choć i taki bełkot pozwala zrozumieć pewne rzeczy. Na przykład to, z czym się mierzymy. - Strażnik spojrzał mi w oczy z pozbawionym radości uśmiechem i dodał: - Pomioty, wiedźma z bagna, Morrigan, Byk, ja i Ty. Wszyscy jesteśmy pionkami, Ona rozgrywa nas od dawna. Pomyśl...Apostatka żądna potęgi, nasza czarodziejka i jej chęć dorównania matce, qunari i jego upór, bezrefleksyjny zapał inkwizytorki, Szary Strażnik, Ty...To szczególny rodzaj... demona, siedzący po trochu w każdym z nas, toczący nas, przybierający różne kształty. Zaiste, mający wielu przyjaciół. Co jeśli spaczona magia może nadać Jej formę? Miecza i magii Ona się nie boi. Wiesz o czym mówię, prawda?
Nie wiedziałem. Kręcąc głową odszedłem bez słowa od konającego Blackwalla, nie świadom tego, że nawet w tamtej chwili dokarmiałem Ją, nie przyznając się przed samym sobą do swojej ignorancji.
Wyziewy splatały się i rozplatały nad naszą kępą, to przesłaniając, to odsłaniając księżyc, który wydawał się kołysać jak żółta cmentarna latarenka.
- Niebawem uderzą – odezwała się Morrigan, wypowiadając na głos to, co i tak wszyscy przecież wiedzieliśmy.
Wiedziałem i ja, choć pewność, z jaką swoją ponurą wróżbę obwieściła nam czarodziejka spowodowała, że serce zaczęło mi bić jak oszalałe, a nogi zrobiły się zdecydowanie zbyt miękkie. Kątem oka dostrzegłem leniwie podnoszącego się Żelaznego Byka, który mówiąc coś szorstko do swoich szarżowników, splunął przez ramię uśmiechając się gorzko do Morrigan. To kiepski moment i towarzystwo, by okazać się skończonym tchórzem pomyślałem, coraz intensywniej wypatrując złowieszczych kształtów wśród powykręcanych w milczącej agonii drzew otaczającej nas kniei, a to, że niczego w niej w co można by uderzyć stalą nie znalazłem, przepełniło mnie grozą jeszcze bardziej.
Wirująca wściekle mgła, niczym już nie powstrzymywana, jak wygłodniały drapieżnik osaczyła nas szybko ze wszystkich stron, mlecznobiałym murem odgradzając naszą grupę od reszty Bagien Nahashinu. Cały mój świat skurczył się teraz do niewielkiego poletka cuchnącej rozkładem ziemi, porozrywanego brunatnymi korzeniami niewidocznych już drzew. Morrigan, stojąca dumnie kilka kroków ode mnie, pachnący ziołami i piżmem klejnot naszej burej kompani, zdawała się patrzeć w jeden punkt, gdzieś za nieprzebrany opar. Właśnie miałem zapytać wiedźmę, czy faktycznie jest w stanie cokolwiek dostrzec przez otaczającą nas ścianę niespokojnej mgły, gdy usłyszałem kroki. Cichy, miarowy mlask, wydawany tu przy każdym stąpnięciu, stawał się coraz głośniejszy i oczywisty. Nasłuchujący w milczeniu Byk już ściskał rękojeść swojej okrutnej broni, a jego dwóch współplemieńców stanęło w ciszy przy nieprzytomnej inkwizytorce i miotającym się w swoim własnym koszmarze Blackwellu.
Nagle, gdzieś za sobą, usłyszałem kolejne kroki, potem kolejne, kolejne i kolejne - mlask, mlask, mlask. Coś karykaturalnie niskiego wyłoniło się z gęstniejącej mgły, a ja, niemal nieprzytomny ze strachu i rozrywającej żyły adrenaliny spojrzałem prosto w nieco bladą, pucułowatą twarz kilkuletniej dziewczynki w żółtej sukience z wyhaftowanym motywem misia. Kilka szybkich oddechów później otaczała nas już cała gromadka dzieci, chłopców i dziewczynek w różnym wieku, patrząca na nas bez słowa niepokojąco mętnymi oczami. Zdezorientowani spojrzeliśmy po sobie, by po chwili przenieść wzrok na kolejne dziecko - wysoką, blondwłosą, trzymającą jarzący się słabnącym, niebieskim światłem kaganek dziewczynkę o wyłupanych oczach, niechybnie córkę jarla. I uwierzcie mi - to, co wydarzyło się chwilę później, towarzyszyć mi będzie aż do kresu moich dni - Ona spojrzała na mnie tymi ziejącymi nieprzejrzaną pustką otworami w twarzy i zupełnie spokojnie wyszeptała: "Chodźcie z nami, przyszliście nas ocalić, teraz my ocalimy was...". Histeryczny, opętańczy śmiech Blackwella, który niespodziewanie rozległ się zaraz potem, zdawał się rozchodzić daleko poza granice zgniłych i przeklętych niczym dusza pomiotu Bagien Nahashianu...
Nie rozumiałem nigdy i już chyba nie pojmę fenomenu Skyrima. Ta gra, oprócz sympatycznej oprawy audiowizualnej i dżwiękowej to ciągnąca się w nieskończoność, nużąca eksploracja skonstruowanych tak samo miejsc, podlana budzącą uśmiech politowania fabułą, napisaną chyba w parę minut na kolanie. Mało tego, system walki, z której składa się 90% rozgrywki jest tak mało satysfakcjonujący i ubogi, że po chwili z grą odechciewa się wszystkiego. Ja grając w Skyrima czułem się, jakbym był w jakiejś parodii świata fantasy, gdzie smoki dają się rzezać jak tuczniki a miasto szturmuje się w kilka osób, z marszu. Czytając zapowiedzi i recenzje nastawienie do Skyrima miałem jak najlepsze, spodziewając się kupy zabawy. I patrząc z perspektywy czasu kupę dostałem, bez zabawy.
Gra jak gra, szału nie ma. Doceniam natomiast kreatywność autorów recenzji na stronie: "Rome: Total War II - tryumfalny powrót do Rzymu, Age of Wonders III - udany powrót do świata Evermore, Men of War - udany powrót na fronty II wś." Dalej mi się szukać nie chce. Kto zgadnie, jaki i gdzie będzie powrót przy recenzji np. Wolfensteina New Order dostanie medal z ziemniaka.
Bezi2598 - w mojej kryształowej kuli widzę wyrażnie, że bez umiejętności czytania ze zrozumieniem w życiu będzie ci ciężko. Strzeż się.
Po ukończeniu sezonu pierwszego nie mam najmniejszej ochoty kupować kolejnych odcinków tej niby-gry. Nie mogę ogarnąć swoim widocznie zbyt małym rozumkiem, jak takim produktem można się zachwycać. Co tu jest przełomowego, wciągającego czy intrygującego? Rozumiem, że jako gra "niszowa", TWD korzysta z innych standardów oceniania, ale na litość...fabuła jest słabiutka, do bólu przewidywalna i nie uwierzę, że ktoś o percepcji większej od rybki akwariowej nie domyśla się po góra trzech odcinkach, jak wszystko się skończy. Wybory, niby taki atut TWD, są iluzoryczne i nie mają ŻADNEGO wpływu na fabułę. Gamplay. Nie ma go, wodzenie myszką w poszukiwaniu jedynego klikalnego obiektu i przesunięcie go do innej interaktywnej rzeczy to nie granie, to wkręcanie ludzi, że "grają". O trudności tych "zagadek" nie ma co się rozpisywać, kto widział, ten wie. Więc co tak zachwyca te tłumy graczy? Licencja? Grafika? Dżwięk? A może to, że grają w tak niekomercyjny tytuł, nie dają zarabiać wielkim korporacjom, są tacy alternatywni a tak w ogóle to wypada się TWD zachwycać, bo 80 nagród. Kwestia gustu, jasna rzecz. Tylko że w tych czasach Justin Bieber jest fenomenem muzyki. A ja i tak wolę Queen.