No uniosłem się trochę czytając ten artykuł i to coś żem popełnił:
Wara od Uncharted
No kurde, coś się nie zgadza. Rozglądam sie dookoła, teren sprawdzam, wzrokiem penetruję, ale zagrożenia bezpośredniego nie widzę. Nogą ruszam, łokcie swoje wyprostowuję, plecy w koci łuk naprężam, ale dalej niczego nie dostrzegam, więc chyba jestem bezpieczny. Teren przed sobą obserwując skrupulatnie, zaczynam pełzać powoli, jak jaszczurka, jak gibbon, jak krzyżówka meduzy z kameleonem, no nikt nie jest w stanie mnie dostrzec, wszak ja sam siebie nie widzę, normalnie masakra jakaś, Wietnam i Czarne Berety, tak dobry, kurka wodna, jestem. Oddycham powoli, nie spinam się, wiem doskonale, iż maraton to to nie jest, szybki bieg po zdobycz raczej, jednakowóż gdzieś w tyle głowy mojej myśl świta, że bez bez ofiar, poświęcenia, krwi i potu, misji mojej wypełnić się nie da. Kąty oczu moich nie notują żadnego ruchu, słońce stoi dokładnie tam gdzie stało a wiatr od przodu wiejący utwierdza mnie tylko w przekonaniu, iż obecność moja, jakkolwiek w miejscu tym wysoce niepożądana, niewykryta pozostać może. Mięśnie moje mizerne naprężam i zaczynam czołgać się powoli, jak ostry cień mgły jestem, muskam powierzchnie tnące bezszelestnie, przeszkody terenowe omijając i, niczym wąż jakowyś oślizgły wysoce, zapory na drodze mojej skutecznie omijam, dźwięku żadnego przy tym nie wydając.
Utwierdzając się w przekonaniu, iż ninja to lamery jakieś są, w porównaniu ze mną oczywiście, centymetry kolejne pokonuję, do celu operacji mojej się zbliżając. Tak lekko licząc pokonałem ze dwa razy dystans jak stąd do wieczności, ale warto było, bom w końcu zobaczył cel operacji mojej. Nie zważając na siwe włosy, ktore to znikąd sie na skroniach moich pojawiły, przeszywający ból ciała całego ignorując, głowę uniosłem i zobaczyłem TO. Jakieś pół metra nade mną, w promieniach słońca się pławiąc, wisiał sobie on, delikatnie brązowy, niewyobrażalnie wręcz majestatyczny w doskonałości swojej, kiść dojrzałego winogronu. Moim pierwszym odruchem było sięgnąć po niego, zerwać go, uciec, i, zabunkrowawszy się w zaułku jakimś, skonsumować go z czcią mu należną. Nie była to jednak moja pierwsza operacja tego typu, toteż świadom byłem, iż nic i nigdy nie jest aż tak proste. Przykleiłem się do ziemi, stałem się ziemią, jestem robakiem, żukiem gnojownikiem i sejsmografem w jednym. Moje wyostrzone zmysły wychwytywały, odległy o jakieś osiem mil stąd, tupot mrówek niosących pojedynczy kryształ cukru do kopca a łopotanie motylych skrzydeł przyprawiało mnie o palpitację lewej komory serce. Wiedziałem, że coś się czai za zakrętem, na rogu, albo w pozornie pustej skrzynce po bananach.
Nie, nie jestem jasnowidzem, Kaszpirowskim ani prezesem NBP, to kwestia doświadczenia, lata praktyki, tysiące powtórzeń i miliardy symulacji. Pierwszy raz wziął mnie z zaskoczenia, przyznaję, spociłem się, małe co nieco popuściłem a krople potu o wadze betonowych butów oczy moje zalały. Potem to już z górki poszło a przewidywalność tego, co mnie spotka, wydała mi się, na początku przynajmniej, na wskroś głupia i mądrości mojej, w mniemamiu moim ogromnej, uwłaczająca. Jak to jednak mówiła moja babcia: jeden menel stojący zawsze w tym samym miejscu lepszy jest, niż dwa randomowe Sebixy z syndromem Batmana spadające na ciebie z dachu. Ogarnąłem się, pozę odpowiednią przyjąłem i nigdy, ale to nigdy, nie pozwalam sobie na to, aby spodnie mi na kolana opadały, no bo wtedy to już jest trup, mogiła, kaplica, wybory do Sejmu i kolejne podatki. Czujny jestem, jak łasica, wyrwały i odporny, zawsze do walki gotowy, lubo też ucieczki. Wracam jednak zawsze, nie poddaję się nigdy i w ogóle nie przeszkadza mi to, iż ci, którzy na drodze mojej stoją, zbyt inteligentni nie są. Fakt, bywa ich czasami tak wielu, że liczby mi się kończą w systemie dziesiętnym i muszę się na szesnastkowy przestawć. Największe zaś trofea pilnowane są przez takie, nomen omen, kupy (he, he, kupy, czaicie, no nie?) przeciwników, że normalnie muszę ich binarnie liczyć, bo się skale wszelakie kończą. Zdarzają się wyjątkowi upierdliwcy, zafiksowani totalnie na obronie tego, co prawnie do mnie należy. Twardzi są, nie ma co ukrywać, ale jak już pierwsze siniaki z tyłka znikną i rany na orzeszkach (migdałach, morelach, tudzież brzoskwiniach?) moich jedynych się zagoją, to można ich wycyrklować, zamotać i, ten tego, zwolnić z pełnienia ich obowiązków.
Odbiegłem od tematu odrobinę, w zadumę delikatną popadłem ale już rękę wyciągam, kiść winogronu delikatnie dotykam i w tym samym momencie bramy niebios się otwierają i blask przygody mnie oświeca. Skaczę, kucam, turlam się, podskakuję, salta robię, najwyższe noty w gimnastyce zdobywam, ale prę dalej, na opór nie zważając, amunicję uzupełniam, złom przez adwersarzy moich upuszczony podnoszę i przeciw nim używam, w locie rany moje krwawiące opatrując. Nie do zdarcia jestem, więc cel swój osiągam a krew i pot to odznaki jedynie, medale kolejne, no bo wiecie, dobry jestem w tym co robię. A jak jest się w czymś dobry, no to wiadomo, one się pojawiają, wiecie, te kobiałki, bo one to tak na bohaterów takich jak ja, to okiem tak przyjaznym patrzą, że aż spodnie moje się samoistnie wygładzają (?). Nudne to wszystko, mówicie? Cóż, wolę codziennie biegać po ten kiść winogronu, przygody przy tym niesamowite przeżywając, niźli kopać jakąś szmacianą kulkę i próbować trafić nią jakiegoś biednego typa, który broni jakichś dziwnych patyków wbitych w ziemię. Moje życie to wieczna przygoda a gruby i tak zawsze stoi na bramce.
Lenin/Freezers & Joker & Yabol Prod.