Przywódcy zawsze znajdą sposób, by nakłonić innych do posłuszeństwa. To właśnie czyni ich przywódcami.
Oliver Bowden
15 lipca 1410
W powietrzu wisiało coś niespokojnego. Ziomek mój Jagiełło, krążył niespokojnie po poletku w szarówce poranka Wierzbicy. I ja w oddali, sam, a jednak nie sam, chcący pomścić brata który zginął z rąk von Jungingena.
Wtem Jagiełło dał sygnał, gdy kur zapiał pierwszy, zerwali się litwini, dobyli mieczy, na koń. Lachy też ruszyli, ramię w ramię, pobratymcy. Obóz jak był tak zniknął. To i ja ruszyłem za nimi, stary Asasyn, chcący zemsty. Od zachodu śmy szli w stronę Stębarka pod Grunwald.
W dali widziałem ich, zastępy Krzyżaków.
Trąby zagrały, Bogurodzica się poniosła. I ruszyły chorągwie litewsko-ruskie. A wtem ruszyły chorągwie polsko-litewskie a ja ruszyłem z nimi. Dwa miejsca skąpane bitwą i krwią były. Pod Stębarkiem i zaś na Łodwigów. Król jeno patrzył, nie zbrukał miecza krwią. Obstawiony strażą, w oddali. Skrzydło litewko-ruskie zostało załamane. Walczyłem ramię w ramię z Lachami, pomścić mego brata, wbijając miecz w Krzyżaków. Trwało to wieki, tak mnie się wydawało. W powietrzu tylko szczęk mieczy, rżenie koni, krzyki i zapach krwi.
Zarzynali nas jak prosięta. Jeno słychać było Christ ist erstanden. Stawiali opór, Bóg się zlitował, obeszliśmy ich na wskroś i zbledły miny wroga. Wszyscy w paszczy miecza poginęli. Król nakazał gnać za niedobitkami, powybijać. Król triumfował. Jungingen. Jego szukały me oczy. Jest i on. Słaby, ledwo żywy. Mieczem się zamachnąłem, i koniec nastał jego. Złamaliśmy krzyżaków, ja brata pomściłem.
Wieczór nastał, dosiadłem mego niezłomnego przyjaciela. I ruszyliśmy.