To tylko budowanie napięcia.
Każda inicjatywa w którą zamieszane są takie pieniądze, musi być mniej lub bardziej tajna, ale nie dajmy się zwariować. Scenarzyści pewnie podpisali umowę z wielozerową kwotą, jaką zabulą w razie zbyt chętnego gadania o serialu - i tyle.
Mogliby zrobić jakąś odświeżoną wersję tej kultowej gry. Teraz próbuję przechodzić ponownie, ale w pewnym momencie musiałem się zatrzymać, bo gra zaczęła strasznie krzaczyć, jakbym odpalał Wieśka na Celeronie. Żadne mody nie działają, czy te od FPS-ów, czy te poprawiające ponoć grafikę.
Nie wiem jak ludzie to robią, ale próbowałem kilka razy i żadna, literalnie ŻADNA modyfikacja nie idzie. Powiedzieć, że mnie z tą grą już chvj strzela, to tak jakby nic nie powiedzieć.
Gra jest na dychę, mam do niej mega sentyment, ale ze względu na upierdliwe bugi w gold edition, prawdopodobnie sobie tym razem podaruję.
Nie widzę większego sensu w ponownym przechodzeniu tego tytułu, to nie jest gra z wyborami moralnymi, żeby obranie innej ścieżki, innej odpowiedzi, otwierało przed nami nowe zakończenie, czy wątki poboczne. Owszem, to dobra gra, ale jak wspominam toporną, oblaną rzygogennym patosem fabułkę (w Hidden Once jest nawet gorzej), to mnie skręca. Dla samej bieganiny za znajdźkami i ponownym, żmudnym jak skurczybyk zdobywaniu fortów, to to nie ma sensu.
Jak ktoś wyżej wspomniał: to jest gra na raz.
Mechanika bez zmian, fabularnie chyba nawet gorzej niż w podstawce, tradycyjne wiadro patosu na finał i Bayek we friendzone. Kilka misji na krzyż, rozległy, choć upierdliwie górzysty teren. Co by tu jeszcze... W sumie kosztuje to to kilka groszy, więc można się szarpnąć. Następny dodatek w marcu, może wyjdzie lepiej.
Ok, rok czasu minął od tego posta, ale stary! Z klawiatury mi to wyjąłeś! Toczka w toczkę to samo, co sam bym na ten temat napisał, a mam chyba tylko trochę krótszy staż od Ciebie.
Zastanawiająca rzecz jeszcze, choć nie wiem czy ktoś to ma: jak wychodzi jakaś łatka, to nagle się okazuje, że niektóre maszyny już dawno wymaksowane na drzewku widnieją jako samoloty bez "asa" - co łatwo zmienić, bo wystarczy jeden przelot i już jest z powrotem max. I to zawsze dotyczy tylko jednej części w udoskonaleniach. Pies trącał, jak ostatnio w Me-410 były bodaj rakiety do odblokowania - no ok, nad tym trzeba było posiedzieć, bo to już była dodana przez Gajin część do odblokowania.
Ale tak łatka po łatce jest cały czas ten sam problem i tym sposobem pomykam różnymi pierwszo- tierowymi latadłami, bo chcę na powrót mieć samolot wymaksowany.
PS: też latam na niższych poziomach, jak wielu innych, bo chcąc pośmigać odrzutowcem, to na bitwę mógłbym czekać do końca dnia czasami. Zresztą, bywały bitwy, gdzie się latało dwupłatowcami, a 1/4 składu to były same "marszałki" :D
Jaram się jak kościoły w Norwegii :D (ok, nie każdy załapie).
Szalenie podoba mi się ten styl, grafiki Różalskiego, nawet samo to, że to będzie po części strategia. Na żadną grę tak nie czekam w Anno Satanae 2018, jak właśnie na I.H.
Naprawdę duże zaskoczenie na plus. Porównując do trochę kreskówkowego Syndicate, to tutaj naprawdę zacny skok jakościowy.
Trochę przeszkadza fakt, że zadania poboczne są właściwie zrobione na jedno kopyto, bo czyiś krewny siedzi zamknięty w obozie bandytów/ legionistów i trzeba go uwolnić - jak również pewnie wziąć na grzbiet. Fabuła... no, jakaś jest i chyba tylko tyle da się o niej powiedzieć. Pomysł niby ciekawy, uganianie się za mordercą syna, ale postacie poboczne, które spotykamy po drodze, to jakiś żart. Widzimy je na może dwóch cutscenkach, przez co nie można się nawet z nimi zżyć. Tacy ludzie jak Apollodoros, czy Kleopatra nic dla gracza nie znaczą, bo tego jest za mało - to zwyczajni npc o niezwyczajnym wyglądzie, tylko tyle.
Jeden z ostatnich złodupców do zabicia to już w ogóle tajemnica, bo widać go na jednym filmiku może przez pięć sekund - ani nie wiadomo kto to, ani co zrobił. Zostaje ksywa, znacznik i koniec tematu. Daliby więcej questów fabularnych zamiast na siłę dowalać poboczne. Choć mapa gigantyczna i rozumiem, że czymś to trzeba było zapełnić.
Grało się fajnie, ale to już nie jest Asasyn. Kiedyś największą frajdę sprawiało ciche zabójstwo, przygotowania do tego finałowego aktu, a tu? Levele, srewele, RPG pełną gębą i wręcz promowane jest zrobienie jak największej rzezi.
Bayek wypadł całkiem dobrze, jego żona może trochę mniej, ale liczę na to, że w następnej części bohaterem będzie ktoś bardziej, hmmm... wyluzowany. Nawet kolejność by za tym przemawiała, bo zawsze było w kratę - poważny bohater z takim bardziej rozrywkowym. Wystarczy prześledzić od pierwszej części.
Daję siódemkę i czekam na DLC, bo, jak już mówiłem, z Asasyna to tu zostało tyle co nic, ale nadal granie sprawia frajdę. Gdyby jeszcze postawili na fabułę, to byłoby miodnie, a tak to tylko (albo aż) kolorowa napieprzanka w od dawna wyczekiwanym settingu.
Po szybkiej przygodzie z jedną książką Bowdena ("Assassin's Creed: Bractwo"), która zżyna dosłownie wszystko z gry, łącznie z dialogami, nie podejdę już do żadnej książki na bazie gry. Szkoda czasu.
Czy zachęci? W tym kraju? Nie. Co roku z okazji przedstawienia wyników stanu czytelnictwa podnosi się larum na branżowych (w senie: książkowych) serwisach, że jest gorzej, niż rok wcześniej, ale żadne kampanie promocyjne nie odnoszą sukcesu. Dzieciarnia nie chce czytać i koniec pieśni. A zmuszanie ich do tego, daje wręcz odwrotne efekty.
Niestety, trzeba przywyknąć do myśli, że rośnie nam społeczeństwo pół- analfabetów, którzy przeczytanie trzech stron jakiejś czytanki uznają za sukces.
Mam wrażenie, że Torment podzieli los kilku produkcji, na które ludzie najbardziej liczyli, na który był największy (nienawidzę tego słowa) hype, a które okazały się w najlepszym razie grami takimi sobie. No Man's Sky, czy nieszczęsny The Last Guardian, którym jarają się tylko zapaleńcy i wielbiciele wzruszeń, to ładne wydmuszki.
Przecież nie było tygodnia, żeby nie trafić tutaj na kilka informacji odnośnie tych gier. Podekscytowanie rosło, a potem było zderzenie się z realiami.
Zresztą, takie nastawienie widać od kilku dobrych lat: wydawcy i dziennikarze nakręcają gawiedź coraz bardziej, ludzie dostają spazmów na myśl zapowiadanych grach, robią sobie skaryfikacje z datami premier na czołach, wykupują pre-ordery, seasson passy, srasy, dupasy, inne pierdoły, a potem żal tyłek ściska, bo dostali szajs okrojony o 1/3, żeby wpakować tę zaginioną zawartość w DLC za ciężki hajs. Już się tak nie jaram zapowiedzią takiej, czy innej gry, bo zazwyczaj wychodzi raczej średnio.
Mogę się mylić, ale chyba w AC: Revelations była wzmianka o tym, że Jabłko przejął gagatek udający się do Nowego Świata.
Nie grałem w to sto lat, więc coś mogło mi się pochrzanić, ale tu bym bronił twórców, co do wpakowania do filmu Krzysia Kolumba.
Czy tylko mnie tutaj dziwi, że gdy mowa o NFS: Porsche Unleashed, to w tle leci nagranie z jakiejś zupełnie innej gry?
Spodziewałem się urokliwego widoczku mydelniczki 356 coupe "prującej" przez Normandię, a nie jakichś upiornych klocków.
Zecori:
O to to! Tam była masa żmudnego biegania, ale gracz wiedział, że to po coś jest, że metamorfoza od zera do bohatera nie nastąpi po godzinie gry. A frakcje? Żeby tam zdobyć dostęp do tajemnic danej gildii, trzeba było naprawdę się nałazić, narobić tych misji (nierzadko bardzo wymagających), żeby coś osiągnąć.
Jak sobie przypomnę skyrimowych Towarzyszy, to mnie pusty śmiech ogarnia, bo nawet nie ma jak tego porównywać.
Hakim:
Coś mi się o oczy kiedyś obiło, potem jakby o temacie zapomniałem, niemniej dzięki wielki za link, będę miał rękę na pulsie. Dobra i wersja fanowska - lepsza tak, niż żadna ;)
No niestety, ostatnie ich dokonania nie nastrajają optymistycznie, więc raczej podzielam obawę autora: czeka nas minimalizm i fabularna dziadostwo pod płaszczykiem kabotyńskich zagrywek.
Jednak gdyby pojawił się pomysł odświeżonej wersji Morrowind, to bym już drżącymi łapami sięgał po portfel - tamta część miała wszystko to, co powinien mieć TES VI (no ok, może niezbyt lotną fabułę, ale i tak lepszą niż w V).
Teraz się zaczynam poważnie zastanawiać nad TESO, bo trochę kusi.
Od kilku lat obserwuję Kacpra i muszę przyznać, że rozwinął się niesamowicie. Obecnie jest zdecydowanie najlepszym redaktorem z najlepszymi i najbardziej merytorycznymi wrzutkami. Oby tak dalej :)
Wilhelm, a ty słyszałeś o takiej tajemnej dziedzinie jak "interpunkcja"? Człowieku, aż oczy bolą.
Swoją drogą: tytuł jasno sugeruje jaki będzie materiał, więc po grzyba toruńskiego wlazłeś? Ponarzekać dla samego narzekania?
Facet jest koronnym przykładem na to, że nie każdy powinien się brać do przedstawiania materiału na wizji.
Temat ciekawy z mojego punktu widzenia, ale padł na pysk przez prowadzącego, jego dziwaczną manierę, "humor" i błędy. Komediodramat.
Próbowałem grać jednostkami naziemnymi i... dramat. Albo komedia. Kartonowe czołgi, błyskawiczne bitwy, gdzie ni z gruchy ni z pietruchy jednym strzałem kończy się twoja zabawa, "sojusznicy" którzy napierdzielają w swoich zaraz na starcie, a i w trakcie bitwy się trafia.
Gameplay w samolotach - ok, jak najbardziej, ale wszystko inne leży i kwiczy. Całe wieki gram samolotami, ale nijak nie przywyknę do tych bonusów pieniężnych kompletnie za nic, tego że statystyki stoją w miejscu, a choćbyś nie wiem ile nagrzmocił jednostek naziemnych atakiem bombowym, to w tej sprawie statystyka zniszczonych jednostek się nie zmienia. I konkretny ubaw: według gry rozegrałem siedem zwycięskich bitew w trybie symulacyjnym. No fajnie, ale sęk w tym, że do bitew symulacyjnych ani razu się nie dotknąłem. Kabaret, nie gra.
Wiem że to gra raczej zręcznościowa, nie symulator, ale trochę realizmu wypadałoby zachować. Trasy są dobre kiedy jedziesz słabym lub średnim autem, ale jak masz do dyspozycji same 600 konne potwory (albo Koenigsegga i Veyrona- ok 1200 bhp każdy), to się robi tak ciasno, ze aż niegrywalnie. Rywale jadę jak po szynach, a Tobą miota od boku do boku. Bez problemu wykonują na Tobie PIT, ale sami są tak skonstruowani, że równie dobrze można przestawiać czołg gołymi łapami- tylko bezpośrednie i cholernie mocne pieprznięcie zmieni ich tor jazdy. Model zniszczeń dosyć szczegółowy. Drift przemilczę, bo takiej katastrofy chyba nigdy w żadnym głośnym tytule nie widziałem. Co do wcześniej wspomnianego poziomu trudności poszczególnych zawodów, to się zgodzę że jest nierówno. Była taka trasa, bodajże Hong Kong. Choćbym nie wiem jak gnał, jak ryzykownie nie jechał, wyżej czwartego się zwyczajnie nie dało. Co jest nawet zabawne, bo większość wyścigów można przejechać z palcem w wiadomym miejscu. Do tego zauważyłem (na średnim i trudnym poziomie), że często jadący na pierwszej pozycji rywal, w wyścigu jeden na jednego, sprawia wrażenie jakby.. zwalniał, czekał aż gracz go wyminie. No jaja jakieś.
Staruszek GRID bije na łeb swojego następcę.