Gdy Garrett się ocknął doskwierał mu przenikliwy ból z tyłu głowy, leżał na ziemi i miał skrępowane ręce.
-Co się stało, gdzie ja jestem?- powiedział pół szeptem.
Rozejrzał się dookoła, aby zapoznać się z miejscem w którym się znajdował. Była to stara, drewniana szopa. Na zewnątrz było słychać szum liści co wskazywało na to, że jest poza miastem. Wiatr przeciskał się przez szczeliny między deskami wywołując głośny gwizd co dręczyło Garretta, konstrukcja szopy trzeszczała i zgrzytała jakby miała się zaraz zawalić. Wśród tych dźwięków usłyszał jakąś rozmowę lecz z powodu bólu głowy i szumu nie mógł dokładnie jej zrozumieć. Pierwsza myśl, która przyszła mu do głowy to aby zawołać o pomoc, ale po chwili sobie uświadomił że mogą być to jego porywacze, więc się wstrzymał. Zaczął próbować zdjąć więzy, ale były one zbyt mocno splątane, więc musiał je czymś rozciąć, ale cały jego sprzęt zastał zabrany. Powoli się czołgał w stronę leżących w rogu szopy koszy z nadzieją, że znajdzie coś ostrego czym mógłby je przeciąć. Niestety niczego tam nie znalazł. Nagle poczuł, że coś go uwiera w prawą dłoń, była to mała brzytwa, która była ukryta w małej kieszonce od środka rękawa, która służyła mu do wycinania wartościowych obrazów.
-Jednak wszystkiego mi nie zabrali.- rzekł z lekkim uśmiechem na twarzy.
Powoli wyjął brzytwę i zaczął ciąć sznur. Nie trwało to długo. Gdy się uwolnił powoli wstał i podszedł do drzwi, zerknął przez szparę miedzy deskami i ujrzał dwóch ludzi siedzących przy ognisku, jeden był z mieczem, a drugi z kuszą.
-Nie wyglądają jak strażnicy z Miasta, gdybym zawołał ich o pomoc pewnie byłbym już trupem.- pomyślał.
Obejrzał dokładnie drzwi, nie miały one zamka, lecz były zamknięte na haczyk z zewnętrznej strony. Garrett wyjął brzytwę i powoli podważył haczyk, otwierając drzwi. Gdy już był jedną stopą na zewnątrz, zastygł w bezruchu, gdyż ujrzał dwa metry od szopy w której się znajdował klatkę z psem. Pies spał więc nie zauważył Garretta, ale musiał się cicho poruszać by go nie obudzić. Wyszedł, zamknął drzwi na haczyk i zwinnym ruchem schował się za pobliskie drzewo. Wychylił się powoli i ujrzał, że przy jednym z mężczyzn jest skrzynia, a przy niej leżał jego łuk wraz z kołczanem.
- Skoro tam jest mój łuk to w skrzyni musi być reszta mojego sprzętu.Muszę jakoś ich rozdzielić i wykończyć pojedynczo.-uznał.
Nagle ujrzał niewielki kamień, który w sam raz nadawał się do odwrócenia uwagi przeciwników. Porozglądał się i spostrzegł, że na jednej z gałęzi małego drzewka siedzą ptaki. Celnym rzutem trafił w krzaki, które znajdowały się pod drzewkiem co spłoszyło ptaki.
- Słyszałeś to?- odezwał się jeden z porywaczy- Tam chyba coś jest.
- Daj spokój, to pewnie jakiś zając lub lis.- stwierdził drugi porywacz.
- No nie wiem, lepiej pójdę to sprawdzić.
- Jak chcesz, ja się nie ruszam.
Garrett właśnie na to czekał. Gdy postać mężczyzny znikła w cieniu, złodziej zwinnymi i szybkimi ruchami przechodził z jednego drzewa za drugie tak aby ten drugi go nie zobaczył. Jak zbliżył się do wroga wolnym, lecz pewnym krokiem się zbliżył i obezwładnił go zadając mu cios łokciem.
- Dobra, jeden z głowy, teraz pora na drugiego.
Bezszelestnie niczym duch znalazł się za plecami drugiego przeciwnika. Także zadał mu cios łokciem. Ciało zaciągną tam gdzie obezwładnił pierwszego.
Wziął swój sprzęt i się rozejrzał. Ujrzał Miasto które było kilka kilometrów od niego.
- No to ruszam- powiedział i szybkim krokiem poszedł w kierunku Miasta. Gdy przeszedł niecały kilometr usłyszał, że coś nadjeżdża. Było wóz, który wiózł jedzenie do miasta. Garrett niepostrzeżenie wśliznął się do wozu i czekał, aż dojedzie do miasta. Jak przekroczyli bramę usłyszał głos.
- Co tam wieziesz starcze?- zapytał strażnik.
- Mam dostarczyć jedzenie i wino do domostwa Verminusa.- odpowiedział starzec.
- Muszę to sprawdzić, weź lampę i choć ze mną.
Jak tylko Garrett usłyszał te słowa padające z ust strażnika szybko wyskoczył z wozu i ukrył się w cieniu.
- Muszę się spotkać z Basso- stwierdził i ruszył do jego kryjówki.
Jak wszedł do kryjówki Basso nie mógł wykrztusić słowa.
- Patrzysz jakby cię zdziwił mój widok?- zapytał Garrett.
- Bo zdziwił- odparł Basso- widziałem jak dwóch ludzi wrzuca cię do wozu, myślałem że ludzie Verminusa cię nakryli w domu i teraz jadą się z tobą rozprawić.
- Verminus nie żyje, został otruty.
- Ty go otrułeś?- zapytał paser.
- Nie ja, tylko Maggie, mówi ci coś to imię?- spytał Garrett podejrzliwym głosem.
- Tak, Maggie była moją znajomą, wiedziałem że można jej zaufać i poinformowałem ją że się tam pojawisz.- odpowiedział spokojnie.
- No dobra to mamy tę sprawę wyjaśnioną, ale co z Formułą?
- Widziałem jak jakiś wysoki mężczyzna wziął ją od ciebie i zabrał ją do doków.
- W takim razie ruszam do doków.- stwierdził złodziej.
Gdy dotarł do doków zauważył wysokiego mężczyznę, który trzymał coś w ręku.
- To musi być Formuła.- pomyślał.
Był sam, prawdopodobnie czekał na jakieś spotkanie. Złodziej nie mógł się podkraść niepostrzeżenie, gdyż facet stał na pomoście.
Garrett szybko wyją łuk, wziął strzałę i naciągną cięciwę z całej siły, wycelował i strzelił. Strzała trafiła prosto w szyję mężczyzny, który wpadł do łodzi zacumowanej obok. Złodziej podszedł wyciągną z zaciśniętej dłoni Formułę i wrócił do swojego pasera.
Gdy dotarł do kryjówki Basso w niecierpliwości czekał.
- Wiedziałem, że ci się uda!- krzyknął radosnym głosem.
- A co miało się nie udać, w końcu jestem Garrett Mistrz Złodziei.