Ok, po 71 godzinach osiągnąłem 100% ukończenia gry, więc myślę, że mogę się o niej wypowiadać z przekonaniem. Notabene, dawno żadna gra mnie nie wciągnęła tak, że aż chciało mi się ją „stuprocentować” i szkoda mi było się z nią rozstawać. Najczęściej kończę w tytułach główny wątek i jakieś tam zadania poboczne, po czym przechodzę do następnego. Całkowicie maksować rzadko który mi się chce.
Silksong wywołał u mnie wachlarz emocji jak rzadko który tytuł w który kiedykolwiek grałem, a może nawet jak żaden kiedykolwiek - od radości, przez wnerw, euforię, smutek, frustrację, determinację, rezygnację, ulgę, wzruszenie, zachwyt, zdumienie. Cóż to była za emocjonalna przejażdżka, ale jest jedno odczucie, którego nie doznałem ani przez chwilę obcowania z tą grą, a które miewam aż za nadto grając w niektóre produkcje, jak Horizon Forbidden West lub Doom: The Dark Ages, mianowicie nuda! Tego ani trochę nie uświadczyłem tutaj.
Hollow Knight pierwszy był dla mnie po prostu fajną grą i tyle. takie 8/10. Przyjemnie się grało, ale szału nie było i wśród najlepszych tytułów w jakie grałem w życiu bym nie wymienił. Gameployowo była po prostu przyzwoita i tyle, a graficznie gra była szara, ponura, monotonna i… pusta hehe :) (wiem, wiem, jedni powiedzą, że to pasowało do tonu gry/świata), tak że myślę, że nie miałem jakichś turbo wyśrubowanych oczekiwań wobec Silksonga, a jednak gra mnie mnie uroczyła i jest to dla mnie podrasowanie oryginału praktycznie w każdym aspekcie.
Plusy:
- Graficznie gra jest po prostu bajeczna. Nie ma monotonii. Wręcz przeciwnie. Jest pięknie, barwnie i żywo.
- Rewelacyjny movement i moveset. Pierwsza część była trochę sztywna w tym aspekcie. A tu… Szerszenica porusza się niesamowicie szybko i zwinnie. Normalnie gra zbiła mi z tronu Ori and the Will of the Wisps jako najlepszą grę w tym gatunku jeśli chodzi o poruszanie się
- Fantastyczna elastyczność herbów. Nie ma tak, że któryś niepodważalnie lepszy, inny bezdyskusyjnie fatalny. Każdy znajdzie idealnie dostosowany do swojego stylu grania.
- Bossowie są jeszcze lepsi i bardziej zapadający w pamięć niż ci w pierwszej części. Prawdę mówiąc, z pierwszej części to ja nawet mało których pamiętam. Może na palcach byłbym w stanie wymienić tych, których pamiętam z nazwy. Za to tych z SIlksonga będę dłuuugo pamiętać.
- Soundtrack. Christopher Larkin, Ty geniuszu. Pierwsza część miała całkiem całkiem oprawę muzyczną, ale tu, normalnie chyba wędruje do moich top 10 najlepszych soundtracków.
Dla mnie jedynymi minusami gry były tak naprawdę co następuje:
- Przyznam się, że w niektórych miejscach korzystałem z jakichś poradników, co gdzieś można znaleźć. Z jednej strony super, że Team Cherry nie mają gracza za głąba i nie mówią wprost gdzie coś można znaleźć, ale z drugiej strony to też chyba nie chodzi o to, żeby kurczę każdy zakamarek mapy sprawdzać czy tam może jest ukryte przejście/rozbijalna ściana.
- Gra jest zbyt brutalna z początku. Wiem, wiem, metroidvania to nie ma być łatwo z początku, trzeba ekspolorować, ulepszyć postać, zdobyć lepszy sprzęt i lepsze umiejętności, , itp. itd. tyle, że na początku gra za bardzo nie daje takich opcji i jest mega niewybaczalna. Potem dopiero się otwierają możliwości. Tak że wydaję mi się że Team Cherry ciut przesadziło z progiem wejścia, może nawet nie ciut. Ale wiecie, ja tu jakoś nie narzekam, bo przebolałem i przezwyciężyłem, a od drugiego aktu naprzód, właściwie już z niczym nie miałem jakichś większych problemów.
spoiler start
no może poza niesławną areną w Wysokich Salach, kto tu dotarł wie pewnie którą mam na myśli :)
spoiler stop
Mi to bardziej żal twórców, bo chyba sobie strzelili w stopę tym wysokim progiem wejścia. Taki hype się zrobił na Silksonga, a nie wiem czy na potencjalną trzecią część ludzie się tak rzucą skoro od drugiej się tak masowo odbili. Może trzeba było jednak inaczej wyważyć poziom trudności. Kto boryka się z trudnościami w pierwszym akcie i ma gry dość z powodu poziomu trudności, zapewniam, że później gra się dużo dużo łatwiej i dużo dużo przyjemniej.
- Wiem, że ludzie też narzekają na wyzwania arenowe, że rzekomo to leniwy design sztucznie wydłużający grę. Dla mnie areny gdzie byli sami zwykli przeciwnicy były akurat ok. Natomiast jeśli były areny przed bossem i po padnięciu na bossie, trzeba było arenę przed bossem tez powtarzać, to akurat było ciut przegięcie dla mnie :/ no ale dało radę
Nie miałbym za złe jakby Silksong wygrało tytuł gry roku, ale kurczę, Ekspedycja 33 chyba jednak bardziej zasługuje na to miano według mnie. Sądzę, że świetny to był rok gamingowo i dużo było fantastycznych tytułów. Co nie zgarnie nagród, będzie to zasłużone.
No, można by rzec, że mi gra służyła właśnie do tego, na co wskazujesz, bo nie jestem jakiś nie wiadomo jaki wysportowany albo atletyczny. Jak pisałem, grałem sporadycznie, głównie jesienią/zimą, żeby nie zastać kości i mięśni w oczekiwaniu na wiosnę/lato, kiedy to mam ruch w formie biegania na powietrzu (chociaż dostałem niedawno w prezencie strój termoaktywny do biegania zimą i plan jest taki, by w kolejną zimę z niego skorzystać - zobaczymy co z tego będzie :)) Niemniej, myślę, że gdyby ktoś korzystał z Ringa regularniej i intensywniej niż ja, to zapewne nie uczyniłoby to z niego/niej pakera/sportowca, ale myślę, że spokojnie sam Ring, bez dodatkowych ćwiczeń, pozwoliłby takiej osobie dbać o względnie dobrą kondycję. Natomiast, proszę wziąć poprawkę na to, że nie jestem żadnym specjalistą od ćwiczeń ani trenerem fitness, więc oczywiście mogę się mylić i to tylko moje zdanie.
Dodam jeszcze tyle, że w Adventure Mode, czyli w fabularnym trybie gry, o którym pisałem we wcześniejszym komentarzu i którego ukończenie zajęło mi półtora roku, niemalże połowa gry to przewijanie dialogów, wydawanie punktów umiejętności, zarządzanie ekwipunkiem, wybieranie umiejętności, decydowanie o tym do jakiego poziomu się udać, itp. niczym w zwyczajnej/innej grze. Po każdej sesji w Adventure Mode gra prezentuje nam statystyki ćwiczeń na tę daną sesję. Ja z reguły grałem około 30-60 minut za każdym razem, a wg statystyk ćwiczeń w tym miałem raptem 20-25 minut (przez te wszystkie growe sprawy między ćwiczeniami). Statystyki po każdej sesji z reguły pokazywały mi, że przebiegłem około 1,5-2 km i że spaliłem 150-250 kalorii.
Odkąd ukończyłem Adventure Mode dwa miesiące temu grywałem jeszcze parę razy w Ringa (nawet akurat dzisiaj rano miałem okazję), ale teraz już gram tylko w Custom Mode. Tam nie ma żadnych gadek z NPC, dialogów, itp., tylko nieustanne ćwiczenia i po 20-30 minutach z tym trybem, jestem bardziej zmachany niż kiedykolwiek byłem korzystając z Adventure Mode. W Custom Mode niestety jednak nie pokazują się żadne statystyk na koniec ćwiczeń.
Jest jeszcze tryb gry rytmicznej (machanie ringiem w rytmie pokazujących się przycisków na ekranie niczym w Guitar Hero), ale to chyba bardziej taki gimmick i odniosłem wrażenie, że to nawet nie działa jakoś super poprawnie. Włączyłem to tylko raz i chyba więcej tego nie zrobię. Jest jeszcze jakiś Multitask Mode, dzięki któremu można ściskać ringa mając wyłączonego Switcha i to się podobno jakoś rejestruje na urządzeniu mimo wszystko, ale nawet nigdy tego nie testowałem prawdę mówiąc.
Ach, Um Jammer Lammy, gra na którą czekałem 25 lat, żeby w nią zagrać! Oczywiście to takie uproszczenie i to nie tak, że rzeczywiście tyle czasu bezczynnie siedziałem i oczekiwałem by w nią zagrać i nic innego się nie działo w moim życiu przez ten czas :). Wątek gry nie ma pod sobą żadnych komentarzy, więc pozwolę sobie zanudzić swoją opowieścią związaną z tą grą.
Pamiętam jakby to było wczoraj jak w 99 zagrywałem się w demko tej gry dołączone do jednego numeru oficjalnego magazynu PlayStation. Wtedy było ciężko z dostępnością pełnych wersji gier na PlayStation u nas, więc jedynie marzyłem o zagraniu w pełną wersję kiedyś. :(
Lata mijały i na jakiś czas zapomniałem o grze. Potem, bodajże w 2009 roku, kiedy w końcu miałem lepszego PC i miałem chwilową fazę grania w gry z PSXa za pośrednictwem emulatora, przypomniałem sobie o Um Jammer Lammy i próbowałem odpalić tę grę, ale pamiętam, że na jednym emulatorze gra nie wiedzieć czemu nie odpalała w ogóle, na innym wieszała się po pierwszym filmiku, a na trzecim wywalało z gry po pierwszym poziomie, i się poddałem. :( Może jakbym się zaparł to jakoś udałoby mi się w końcu ją uruchomić, no ale najwyraźniej nie miałem do tego cierpliwości.
Znowu mijały lata i znowu zapomniałem o grze. Niedawno mój dobry przyjaciel podesłał mi link do stronki internetowej na której można w przeglądarce grać w gry z PSXa (chyba wolno tutaj linki do takich stron wklejać? :) W razie czego oto link - https://www.retrogames.cc/psx-games), w rezultacie czego przypomniałem sobie o Um Jammer Lammy i w końcu po tylu latach mogłem zagrać w grę i w końcu wszystko działało jak należy. Nareszcie! :)
To wręcz obowiązkowa giera do ogrania dla niedoszłych gitarzystów jak ja! To Guitar Hero na nieomalże dekadę przed Guitar Hero. :) chociaż w Um Jammer Lammy chyba jeszcze nie było tak dopracowane sterowanie jak parę lat później w innych grach gitarowych, bo miewałem wrażenie, że czasami naciskanie przycisków w losowym rytmie gra bardziej nagradzała niż próby grania w faktycznym rytmie. Gra jest też dużo krótsza niż kiedyś się spodziewałem, że jest, tak że jak wspominałem, to raczej zabawa i gratka dla fanów gitarowego grania. Ktoś inny może stwierdzić, że to badziewie. :)
Jeśli wierzyć danym podanym w Internecie, Ring Fit Adventure sprzedało się nakładem kilkunastu milionów kopii i jest jednym z najlepiej sprzedających się exclusive’ow na Switcha, a na GOLu mamy raptem jeden komentarz o tej grze? Czyżby użytkownicy niniejszego serwisu stronili od aktywności fizycznej? :) Ach, droczę się tylko. Domyślam się i zgaduję, że niska popularność gry tutaj wynika raczej z faktu, że Switch zwyczajnie nie cieszył/nie cieszy się jakąś ogromną popularnością w Polsce, a przynajmniej w stosunku do pozostałych platform gamingowych (PS, Xbox, PC).
Co mogę powiedzieć o tej grze? Zgaduję, że wiele osób kupuje Switcha dla Mario, Zeldy czy innych Splatoonów albo by móc grać w gry multiplatformowe poza domem (chociaż do tego aktualnie chyba lepszy jest Steam Deck?), a dla mnie grą, która sprawiła, że zechciałem mieć „pstryczka” i zdecydowałem się go kupić było właśnie Ring Fit Adventure. Gdzieś kiedyś zobaczyłem trailer i uznałem, że to musi być fajna sprawa i to mnie przekonało do kupna Switcha, chociaż oczywiście skoro już nabyłem konsolę to z jej innych funkcji również korzystam i gram/grałem także w inne tytuły na niej. Dla niewtajemniczonych może się wydawać, że Ring Fit Adventure to tylko zabawka, ale zapewniam, że da się nieźle wypocić dzięki temu pierścieniowi, a ja nawet nie grałem na najintensywniejszym poziomie ćwiczeń. Produkcja zawiera szeroki wachlarz ćwiczeń, a dzięki wbudowanym czujnikom pilnuje nas czy wykonujemy je należycie, tak że nie ma mowy o oszukiwaniu. Drobna uwaga i wada tylko, że pas na nogę czasem się obsuwał, chyba, że ubierałem nieco bardziej szorstkie spodnie (stare dresy zamiast sportowych spodenek)
Jeśli kogoś interesuje długość gry, Ring Fit Adventure to gra, której ukończenie zajęło mi najdłużej ze wszystkich gier, w które grałem w życiu. Nabyłem ją w czerwcu 2022 roku i wtedy zacząłem w nią grać, a skończyłem ją dopiero w styczniu tego roku. Tzn. to jest bardzo specyficzna gra i w nią w sumie się nie gra, żeby ją przejść i można w niej spędzić setki godzin i jej nigdy nie przejść, a i tak się świetnie bawić, no ale summa summarum jakąś tam namiastkę fabuły ma i ostatecznie jakieś tam zakończenie również i w końcu udało mi się do niego dotrzeć, choć myślałem, że nigdy nie dotrę do niego, bo gra jest naprawdę długa i bogata w kontent! Myślę, że jakby ktoś się uparł i grał w nią typowo tylko po to, żeby cisnąć fabułę, to byłby w stanie ją skończyć nawet w miesiąc. Niemniej ja w to nawet nie grałem codziennie, ba, miewałem nawet kilkutygodniowe całkowite przerwy (zwłaszcza latem, bo wtedy preferuję ruch na powietrzu). Statystyki wewnątrz gry pokazują mi, że na przestrzeni półtora roku grałem 70 razy i za każdym razem między 30-60 minut, z tym, że robiłem w grze niemalże wszystko poboczne co się tylko dało i nie parłem, żeby ją skończyć. Jakbym grał tylko pod fabułę, to pewnie też bym dużo szybciej skończył grę pomimo grania w to sporadycznie. No i można oczywiście grać nawet po skończeniu wątku fabularnego i jest też tryb tak jakby New Game+ motywujący do tego.
Może jeszcze odpowiem, dopowiadając do stwierdzenia UrobroSa. Zgadza się, gra nie ma trybu multi-player. Można co najwyżej wymieniać się ringiem z inną osobą co rundę/serię w trybie swobodnych ćwiczeń.
Gdy niecały roku temu zobaczyłem Marvel's Guardians of the Galaxy na jakimś trailerze, tudzież na fragmencie gameplaya, pomyślałem, że będzie to niczym niewyróżniający się akcyjniak TPP i że raczej nigdy w to nie zagram, tym bardziej, że spodziewałem się, że pewnie będzie to coś podobnego do Marvel’s Avengers. Niedługo po premierze gry usłyszałem, że przyjęła się raczej ciepło, ale to jeszcze nie przekonało mnie, by dać jej szansę. Jakiś czas później zagrał w nią mój przyjaciel i też mi ją polecał. Stwierdziłem w końcu „No dobra! Niech będzie. Zagram w to!” ale wciąż nie oczekiwałem niczego specjalnego. Jakaż później była moja radość! Wygląda na to, że chyba warto czasem do jakiejś gry podejść bez absolutnie jakichkolwiek oczekiwań, bo może nas niespodziewanie zaskoczyć.
Fabuła to sztampowa opowieść o superbohaterach, więc nic przełomowego nie ma w tej dziedzinie, ale relacje między bohaterami są tak ciekawe oraz pełne świetnych dialogów, które są potęgowane przez rewelacyjny voice acting, że warto w grę zagrać chociażby dla tego, bo myślę, że to jeden z jej największych atutów (grałem z dialogami po angielsku jak coś, nie wiem jak brzmi polska wersja, ale słyszałem, że podobno nie odbiega jakością angielskiej). Nie jestem jakimś ogromnym fanem MCU, ale widziałem obie części Strażników Galaktyki i początkowo trochę mnie to raziło, że w grze postaci wyglądają i mówią nieco inaczej niż filmowe odpowiedniki, ale bardzo szybko się do nich przekonałem i polubiłem je nawet bardziej niż te z filmu.
Główna ścieżka dźwiękowa to właściwie składanka największych hiciorów lat 80., więc ciężko, żeby się komuś nie spodobała i każdy znajdzie tu coś dla siebie (Take on Me, Never Gonna Give You Up, The Final Countdown, itp.), ale myślę, że nieco niedoceniona jest oryginalna muzyka heavy metalowa pochodząca z gry. Najpierw myślałem, że to przygrywa jakiś zespół metalowy z lat 80, którego może akurat nie znam, ale później sprawdziłem i doczytałem, że to specjalnie na potrzeby gry producenci pod kryptonimem fikcyjnego zespołu Star-Lord nagrali cały album muzyczny w tym stylu. Szacunek za ten wkład i trud! Dla kogoś wychowanego na Iron Maiden i Judas Priest był to miód dla uszu.
Słyszałem, że jednym z największych minusów wskazywanym przez ludzi jest system walki, który "sprowadza się do nudnego strzelania". Z początku faktycznie strzelania jest dużo, ale gdzieś tak od połowy gry miałem już odblokowanych tyle mocy Strażników, że od tamtej pory podczas potyczek tak właściwie już tylko wydawałem im polecenia jakimi mocami mają atakować, podczas gdy sam trzymałem się z tyłu, ewentualnie ściągałem wrogom osłony za pomocą żywiołów. Można by rzec, że gameplay przypominał jakby RTSa (tyle, że z widokiem zza bohatera, a nie z góry) aniżeli shootera.
Gdybym ja miał wskazywać jakieś minusy gry, to może tyle, że pod koniec gry faktycznie walki mogły już nieco nużyć. Większość gry polegało na żonglowaniu pomiędzy sekwencjami walki, sekwencjami zawierającymi zagadki środowiskowe i sekwencjami chodzonymi, podczas których miała miejsce ekspozycja fabularna, jednak pod koniec mieliśmy walkę za walką.
spoiler start
No i może motyw z fanatykami religijnymi trochę był oklepany. Ileż to już było gier wideo, w których walczyło się z członkami jakiejś sekty/kultu religijnego?
spoiler stop
No i jeszcze niekoniecznie minus, ale taka uwaga, że gra jest strasznie łatwa. Grałem na średnim poziomie trudności i przez całą grę zginąłem tylko dwa razy, więc jeśli ktoś chce chociaż minimalne wyzwanie, chyba lepiej grać na trudnym.
Ten wpis, jak wiele moich, jest już i tak bardzo długi, więc tylko podsumuję, że moim zdaniem świetna gra. Gra AAA dla jednego gracza, która nie jest upchana powtarzalnymi questami pobocznymi, milionem znajdziek i talentów do rozdania oraz która jest relatywnie długa, ale nie na tyle, żeby zdążyła znudzić? W tych czasach to skarb. Ja poproszę więcej takich gier! Osobiście polecam!
Nareszcie! Był czas, że myślałem, że DLC nigdy nie ujrzy światła dziennego, ale na szczęście mamy to w końcu. Będzie grane. A brawl is surely brewing!

W Twojej wypowiedzi sprzed 2 dni było tyle potwierdzeń słuszności moich wcześniejszych tez, że w sumie wystarczyłoby bym wkleił swój poprzedni komentarz i byłby tak samo adekwatny. Niemniej, chętnie podejmę się wyzwania, by ten komentarz zdyskredytować z osobna, tak że dziękuję za danie mi tej szansy.
I już nie myśl, po co założyłem konto
Ależ ja nie muszę nic sobie myśleć. Jak już wspominałem, historia Twojego profilu mówi sama za siebie i jest publicznie dostępna, więc każdy może sobie to zobaczyć i właśnie do tego zachęcałem każdego zanim wda się z Tobą w dyskusję.
W sumie to zabawne, że akurat odkąd w styczniu wytknąłem cel, do którego służy Ci konto stałeś się dużo bardziej aktywny w innych wątkach odnośnie innych tematów. Czy dlatego potrzebowałeś paru miesięcy na odpowiedź do mnie? Żeby teraz móc obwieścić „Patrz! Wcale jednak nie zajmuje się tylko obrażaniem ludzi pod wątkami dotyczącymi TLOU2”? No cóż, cieszę się, że próbujesz innych rzeczy poza obrażaniem każdego kto jest chociażby w najmniejszym stopniu krytyczny wobec jakiejś tam gry wideo i tak trzymaj, ale to nie zmienia faktu, że to, co napisałem te parę miesięcy temu wtedy było aktualne, więc niczego nie udowadniasz teraz, a jedynie poniekąd przyznajesz mi rację.
O GoW, CP czy FF7 mogą sobie ludzie pisać co chcą i mało mnie to interesuje, bo w nie grałem w te gry
Ale to nie przeszkadzało Ci w ocenieniu CP2077 na 4/10, a FF7 Remake na 3/10. Czyli twierdzisz, że idiotyczne jest wypowiadanie się na temat gry, w którą się nie grało, jednocześnie przyznając, że nie miałeś problemu z niskim ocenieniem gier, w które sam nie grałeś? Nawet nie muszę tego komentować w takim razie. Uwierz mi, że naprawdę staram się brać Cię na poważnie i chcę Ci pomóc, żeby inni faktycznie mogli Cię zacząć uznawać za autorytet w kwestii TLOU2 i ogólnie gier wideo, ale Twój udział jest w tym potrzebny. Nie możesz tak sam się orać.
A bzdur odnośnie TLOU2 to hejterzy produkują zastraszające ilości (nawet na początku tej strony widzę, że ktoś tłumaczy fakty jakiemuś gamonionowi, co "nie grał, ale wiem najlepiej
Jeśli dla Ciebie hejterem jest nawet ktoś, kto grze wystawił ocenę w przedziale 8-9, co myślę, że obiektywnie jest oceną bardzo dobrą i komu ogólnie gra się podobała oraz ją docenia, ale po prostu pewne aspekty uniemożliwiły wystawienie wyższej noty, bo tak było w przypadku moim i paru innych osób wypowiadających się na tym forum, które obrzuciłeś mięsem, to jednak jesteś jeszcze bardziej oderwany od rzeczywistości niż myślałem.
TLOU2 rzeczywiście zebrało sporo niezasłużonego hejtu. Tu się jak najbardziej zgadzam z Tobą, tyle, że dużo gier ma swoich szyderców, a TLOU2 jest najwyraźniej jedną z najbardziej specyficznych gier w historii, bo nie kojarzę, żeby jakakolwiek inna produkcja skupiła wokół siebie ludzi jak Ty, czyli czegoś pokroju przeciwieństwa hejtera, tzn. tak zaślepionego fanboja, że nie akceptuje nawet najmniejszej krytyki wobec uwielbionej gierki i obraża każdego kto śmie się tego podjąć. Oceniając jakąkolwiek inną grę nikt nie powie „Ale jak mogłeś dać grze tylko 9/10?”. I to najwyraźniej nie tylko moja obserwacja, bo widziałem, że parę innych osób podziela to odczucie, jak chociażby SpecShadow i dzl powyżej.
Nie ma nic złego w tym, że akurat do Ciebie gra przemówiła tak bardzo, że wychwalasz ją pod niebiosa. Nie byłoby nawet nic złego w tym, że polemizujesz z każdym, kto ma inne zdanie niż Ty, bo od tego jest forum i sekcja komentarzy, żeby o tym sobie podyskutować. Gry wideo, tak jak ogólnie dzieła fikcji, mają to do siebie, że każdy ma prawo je subiektywnie interpretować (zapewne obce Ci jest pojęcie „śmierci autora”?). Sam nieraz jestem zdumiony tym, jak zupełnie inne wrażenia z tej samej gry mieliśmy ja i mój najlepszy przyjaciel, ale dyskutując na jej temat szanujemy odmienne poglądy - agree to disagree - tyle wystarczy.
Natomiast Ty swoją protekcjonalną postawą i złośliwymi obelgami nie sprzyjasz kulturalnej wymianie poglądów oraz rozmowie na poziomie. Argumenty, którymi się posługujesz sprowadzają się do wyrażeń pokroju „Ty się nie znasz, a ja się znam”, „Ty jesteś kretynem i nieukiem, a ja mędrcem i erydutą”, no i jest jeszcze hit „ale krytycy wychwalali TLOU2, a ich zdanie się liczy bardziej od zwykłych graczy”, tyle że tu już ustaliśmy, że akurat powołując się na ten argument się kompromitujesz, bo God of Wara rugasz, a na MC ma wyższą średnią ocen od profesjonalnych krytyków niż TLOU2. Tworzysz toksyczną atmosferę i jedynie szkodzisz wizerunkowi osób, które też pokochały TLOU2, ale które nie są tak zarozumiałe i potrafią uszanować cudze stanowisko. Nie bez powodu oprócz memów o TLOU2 jako o grze samej w sobie powstało też pełno memów wyśmiewających osoby czułe na punkcie gry.
Dziwisz się, że ludziom się chce jeszcze po 2 latach tak obrażać tę grę, ale robisz to samo tylko po przeciwnym froncie. Twoje podejście jest nawet gorsze, bo nie masz problemu z ekstremalnym drwieniem i obraźliwym szydzeniem z gry. Ewidentnie masz problem z jakąkolwiek opinią na temat gry, która jest odmienna od Twojej, nawet jeśli ogólnie jest pozytywna, ale zawiera nutkę krytyki. Tak długo jak będziesz mieć takie podejście, tak długo będziesz konflikt dostrzegał na każdym kroku.
Cóz, powodzenia w tej wojnie, której nie da się nigdy zakończyć z Twoim podejściem. Uff, cieszę się, że to nie mój problem. Sam mam multum gier wideo, które należą do moich ulubionych i które uważam za najlepsze w jakie grałem (ba, nawet TLOU2 zaliczyłbym to tego grona), ale na szczęście rozumiem dlaczego ktoś może ich aż tak nie lubić lub aż tak nie cenić i potrafię to przyjąć do wiadomości i nie mam potrzeby wojować z każdym kto uważa inaczej. Może kiedyś odnajdziesz spokój i większy dystans do siebie oraz do gier wideo.
Tymczasem pozdrawiam i życzę udanego oraz mile spędzonego lata.
Na razie potwierdzono wydanie gry jedynie na PC, Xboxa i Switcha, no ale to nie znaczy, że na PS się nigdy nie pojawi. Być może przeportują grę na PSa po jakimś czasie od jej premiery.
Ale rak w komentarzach, jak zresztą pod każdym artykułem tego typu. Nie wiem jak można mieć takie klapki na oczach i ograniczone myślenie. No tak, niech Microsoft wycofa się z rynku konsol. Nintendo najlepiej niech też to zrobi i na PCa niech też przestaną wychodzić gry, a Sony niech ma monopol na branżę i niech dyktuje warunki jakie tylko chce.
Zanim ktoś mnie zechce zwyzywać od fanbojów Microsoftu albo hejterów Sony, muszę ugasić zapał, bo sam mam i XSX, i PS5 (i Switcha też skoro o tym mowa) i ogólnie dorastałem z PS1 i PS2, więc moje serduszko zawsze było bardziej w obozie Sony. Notabene, sam kiedyś byłem przyczyną problemu, bo szanowałem tylko Playa, a te inne konsole to mi się jakieś dziwne wydawały i zastanawiałem się jak ktoś może na tym grać, ale na szczęście dojrzałem oraz zdjąłem klapki i teraz doceniam każdą platformę. Życzę tego każdemu.
Co do usługi to sam chętnie wypróbuję tego nowego PS Plusa jak ruszy w czerwcu i jestem ciekaw czy w jakimkolwiek w stopniu wpłynie na GP. Może i niech wpłynie, bo konkurencja jest zdrowa.
O, super! Nie wiedziałem, że tak się da. :) Na ogół z rozpędu klikałem w każdą stronę zanim pojawił się podgląd jej tytułu, więc nawet nie wiedziałem, że jest takie coś. Dziękuję serdecznie. Przydatna wiedza.
Oto zestawienie w skrócie jeśli komuś nie chce się przeklikiwać każdą stronę z osobna:
1. Lato 1886 – Wielki Mróz – Frostpunk
2. 23 października 2077 – nuklearny atak – Fallout
3. 12 czerwca 2003 – bitwa Olbrzymów nad Tokio – NieR
4. 26 września 2013 – wybuch epidemii CBI – The Last of Us
5. 27 listopada 2015 – wybuch epidemii dolarowej grypy – Tom Clancy’s The Division
6. 6 lipca 2013 – Armagedon – Metro 2033
7. Wiosna 2013 – wirus Harran – Dying Light
8. 2066 rok (mniej więcej) – Plaga Faro – Horizon Zero Dawn
9. Wrzesień 1998 – T-Virus – Resident Evil
10. 21 grudnia 2012 – „druga katastrofa”, której nie było – Assassin’s Creed 3
To chyba nie primaaprilisowy żart? W sumie jak już zauważyli moi przedmówcy, spekulacje i doniesienia na ten temat były już wcześniej w tym tygodniu, więc to raczej nie żart. U mnie w domu by się przydało coś takiego, bo opłacamy jeden abonament GP, ale jest nas 3 grających w gry. Wprawdzie rzadko kiedy zdarza się tak, żebyśmy całą trójkę chcieli grać w gry z GP jednocześnie, ale jednak pojedyncze razy już tak się zdarzało i wtedy musimy się nagimnastykować by to jakoś pogodzić lub pójść na kompromis.
Zajrzenie na Twój profil właśnie było bardzo istotne dla tej dyskusji, żeby ku przestrodze uzasadnić dlaczego rozmawianie z Tobą na temat gry poruszonej w tym wątku jest daremne oraz aby zobrazować jaką jesteś osobą, albo przynajmniej jaką personę prezentujesz na tym forum, bo mam nadzieję, że nie jest ona odzwierciedleniem tego, jaki jesteś w rzeczywistości.
Już parokroć uzasadniałem argumenty ku temu, dlaczego nie można Cię brać na poważnie, ale skoro już chciało Ci się po dwóch miesiącach wrócić do tej rozmowy, myślę, że możemy to jeszcze raz zestawić, żeby mieć wszystko w jednym miejscu i żeby wszystko zgrabnie podsumować.
1. W swoich wypowiedziach w znacznym stopniu skupiasz się na obrażaniu i rzucaniu obelg wobec rozmówcy. Gdybyś był taki inteligentny, oczytany i elokwentny za jakiego próbujesz się pokazać, nie musiałbyś zniżać się do tak prostackich i chamskich chwytów.
2. Już pomijając obelgi, ogólnie w swoich wypowiedziach dokładasz starań, aby rozmówcę ośmieszyć i w prowokujący sposób zadrwić z jego spostrzeżeń, tym samym wpisując się w definicję trolla, co samemu zarzucasz innym.
3. W jednej ze swoich powyższych wypowiedzi napisałeś „Wywyższanie nie jest argumentem, wprost przeciwnie.” podczas gdy w sposobie wyrażenia niemalże każdej swojej wypowiedzi dajesz znać o swoim zarozumialstwie i manii wielkości.
4. Nie akceptujesz subiektywnych interpretacji oraz opinii różniących się od tych wygłaszanych przez profesjonalnych recenzentów i krytyków w stosunku The Last of Us Part II, ale dopuszczasz takowe w przypadku innych tytułów - God of War, Cyberpunk 2077, FFVII Remake.
5. Atakujesz każdego, kto ma choć odrobinę odmienne zdanie o The Last of Us Part II od Twojego, nawet jeśli ogólnie gra mu się podobała, tak że Twój argument, który raz przedstawiłeś, że rzekomo walczysz wyłącznie z hejterami też jest do kosza.
6. W poprzednim komentarzu zarzekałeś się, że nie wchodzisz na wątki dotyczące gier, które Ci się nie podobały tylko po to, żeby je zrugać, ale to już także obalaliśmy.
7. Historia Twoich komentarzy wyraźnie wskazuje, że założyłeś konto głównie po to, bądź nawet wyłącznie po to, aby pisać pod wątkami dotyczącymi The Last of Us Part II i wykonywać to, co napisałem w pkt 5. To jest równoznaczne z hejtowaniem gry, tylko bycie po przeciwnym froncie. Możesz sobie podać ręce z hejterami. Nie ma nic złego w bronieniu ulubionej gry i wyjaśnieniu dlaczego się nie zgadza z cudzymi opiniami, gdyby nie robi się tego tak, jak opisałem to w pkt 1-4.
Póki co, żadnego z tych argumentów nie skonfrontowałeś, a jedynie wykręcasz się tekstami, że nie chce Ci się tego komentować i że nie będziesz na takie coś odpowiadać. Obrażanie mnie i dodawanie dziesiątek emotikonek „:D” nie jest kontrargumentem na to. Mało z tym, to wygląda tylko jak desperacka próba odwrócenia uwagi od tych argumentów, bo wiesz, że nie możesz zaprzeczyć temu co napisałem, ale duma nie pozwala Ci tego przyznać, więc zaparcie brniesz w nabijanie się ze mnie, czym paradoksalnie tylko potwierdzasz o słuszności tego, co wyszczególniłem. To jest kompromitacja.
Jest nadzieja, że może nie jesteś całkiem stracony. Zauważyłem, że w końcu rozszerzyłeś zainteresowania na coś innego niż tylko obrażanie ludzi, którzy znajdują w The Last of Us Part II chociażby najmniejszą wadę. Jaki piękny komentarz napisałeś odnośnie Life Is Strange i nawet pokazałeś skromność w swojej wypowiedzi zaznaczając, że jesteś świadom, że mankamenty, które dostrzegasz w grze dla innych nie muszą być nimi. Zupełnie jakby napisał go ktoś inny korzystając z Twojego konta. Tak trzymaj! Może jeszcze będą z Ciebie ludzie.
Pozdrawiam.

Ale nie chodzę z tego powodu po forum GoW i nie opowiadam bzdetów, że to nuda roku.
Śmiem się z tą wypowiedzią nie zgodzić, co kwituję dołączonym obrazkiem.
To akurat nie było o GOW, lecz o innym tytule, ale na jedno wychodzi, bo tak samo obala Twój własny argument. Niemniej to nieistotne. Nie musiałem tej szpili wbijać, bo tak na dobrą sprawę tej hipokryzji nie trzeba było obnażać, bo nawet gdybyś nigdy w życiu nie napisał nigdzie żadnego złego słowa o jakiejkolwiek grze, w swoich powyższych wypowiedziach już uzasadniałem dlaczego to, co robiłeś pod tym wątkiem jest gorsze od krytykowania jakiejś gry i dlaczego celowo nie piszę z Tobą nic na temat samej gry oraz dlaczego nie da się z Tobą rozmawiać na jej temat, ale do tego się nie chcesz odnieść (być może z powodu świadomości, że nie można temu zaprzeczyć), a jedynie drwisz z zajrzenia na profil, co samo w sobie nie jest kontrargumentem, a jedynie próbą zbicia rozmowy na inny tor.
Notabene, to że tak Cię rusza zajrzenie na profil może świadczyć o tym, że sam czujesz się nieco zażenowany tym, co można tam znaleźć i nie czujesz się skory przyjąć odpowiedzialność za swoje poprzednie wypowiedzi. Jak już wspominałem, profil jest publicznie dostępny i zawsze ktoś gdzieś może się w jakimś stopniu powołać na jego zawartość, tak że warto o tym czasem pomyśleć.
Po Twoich licznych wypowiedziach, w których to co raz bardziej dawałeś znać o swojej zarozumiałości i megalomanii, już dawno pogodziłem się z tym, że nie wzbudzę u Ciebie ani krztyny zwyczajnego szacunku dla drugiej osoby, ale wygląda na to, że nauczyłem Cię chociaż czegoś o podstaw korzystania z Internetu, więc jednak nie była całkiem bezowocna nasza rozmowa.
Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego.
Moje trzy grosze odnośnie moich wrażeń z gry:
Widziałem bodajże rok lub dwa lata temu fragment gameplaya z A Plague Tale: Innocence w jakimś wideo na YT i uznałem wtedy, że może warto by w to zagrać pewnego dnia, tym bardziej, że grę upychano niemalże wszędzie gdzie tylko się da (była już za darmo na EGS, była w PS Plusie, była w Game Passie). Spodziewałem się, że może to być dobry średniak, albo po prostu całkiem niezła gra, a miło się zaskoczyłem, bo gra przerosła moje oczekiwania i uważam, że jest bardzo dobra.
Na plus na pewno wskazałbym to, że w przeciwieństwie do wielu przygodowych gier akcji, A Plague Tale: Innocence nie jest ulokowane ani w realiach sci-fi, ani post-apo, ani fantasy, tak że oprawą gra jako tako wyróżnia się w gatunku i przykuwa tym uwagę.
Jeśli chodzi o gameplay to z A Plague Tale: Innocence aż wylewają się inspiracje The Last of Us, ale w sumie to też raczej plus, bo TLOU powszechnie uważa się za jedną z najlepszych gier w tym gatunku. Zaskoczyłem się trochę, bo w oparciu o to, co wiedziałem o grze zanim ją uruchomiłem byłem pod wrażeniem, że głównym elementem rozgrywki będzie skradanie się i choć faktycznie jest tego dużo, jest też zbieranie i tworzenie przedmiotów rodem z TLOU oraz dużo momentów akcyjnych typu ucieczki i walki, z tym, że oczywiście nie mamy tutaj pistoletów ani karabinów z uwagi na okres, w którym toczy się historia. Broń palną zastępuje proca.
Na minus w aspekcie gameplaya wskazałbym może tylko to, że gra jest aż nazbyt liniowa i za bardzo prowadzi gracza za rączkę, co niekiedy tworzy jakieś arbitralne sytuacje typu, że bohaterowie mówią, że trzeba przekroczyć jakąś przeszkodę, bo nie ma innej drogi, chociaż w rzeczywistości pewnie bez problemu dałoby się trochę nadłożyć drogi i ją szeroko ominąć, no ale cóż, gry liniowe mają to do siebie że bywają takie sytuacje w nich. Osobiście chyba i tak wolę coś takiego niż co poniektóre open worldy, w których to po kilkudziesięciu godzinach wielokrotnego powtarzania tej samej czynności jestem grą zwyczajnie wynudzony.
Nie wiem czy historia była inspirowana The Last of Us, ale w tym aspekcie też dostrzegłem podobieństwa między dwoma tytułami - można by rzec, że A Plague Tale: Innocence to także historia dwojga ludzi, którzy z powodu zrządzenia losu zmuszeni są ze sobą współpracować i z czasem przekonują się do siebie. Fabuła całkiem całkiem mi się podobała. Jest bardzo ciekawa, tym bardziej, że jak już wspominałem jest ulokowana w interesującym uniwersum, a postaci zapadają w pamięć i są przekonywające.
spoiler start
Jedynie końcówka mnie trochę zraziła. Twórcy dołożyli ogromnych starań, aby gra była realna, poważna i brutalna, ale pod koniec chyba trochę za bardzo dali się ponieść fantazji i gra staje się wtedy nieco groteskowa, co dodatkowo potęguje kiczowaty antagonista. Niemniej, historia jak dla mnie i tak jest niezła.
spoiler stop
Proszę o więcej gier tego typu. Dla kogoś takiego jak ja, kto woli liniowe produkcje na 10-15h z naciskiem na fabułę aniżeli gry z otwartym światem A Plague Tale: Innocence jest nie lada gratką.
Podobała mi się także oprawa wizualna. Niekiedy może trochę rzuca się w oczy to, jak twórcy próbowali zatuszować pewne niedoskonałości i ograniczenia w budżecie, np. spowite mgłą tło ma sprawiać iluzję realnie wyglądającego horyzontu, ale mimo wszystko widać ewidentnie, że to tylko dwuwymiarowa atrapa, no ale wytykanie czegoś takiego to trochę czepianie się, bo ogólnie rzecz biorąc gra wygląda imponująco, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę to, że nie robiło jej jakieś wielkie/znane studio. Właściwie to jeśli o mnie chodzi to tak mogłoby wyglądać większość gier, które grafiką celują w fotorealizm. Już nie mam takich marzeń jak ze 20 lat temu, żeby gry wideo wyglądały jak prawdziwe życie. Oczywiście nie pogardziłbym gdyby za 10-20 lat gry wyglądałyby jeszcze bardziej realistycznie, ale przystałbym na taką grafikę jaką uświadczymy tutaj, gdyby zamiast na jeszcze lepszej grafice, twórcy kładli większy na inne rzeczy, np. bardziej przekonująca kolizja obiektów lub mechaniki, które urozmaicają rozgrywkę, itp.
Na plus na pewno wskazałbym także muzykę. Co nieraz podkreślam pisząc swoje wywody o różnych grach - soundtrack jest czymś, na co szczególnie zwracam uwagę i kapitalny soundtrack potrafi dla mnie udźwignąć nawet słabą grę i vice versa. Tu na szczęście akompaniament muzyczny jest wprost bajeczny. Nie byłem zaznajomiony z twórczością Oliviera Deriviere i wygląda na to, że będę musiał zagrać w więcej gier, do których komponował muzykę (pamiętam, że z kilkanaście lat temu grałem w Obscure, ale pamiętam tę grę jak przez mgłę, a tym bardziej jej udźwiękowienie).
Mógłbym jeszcze dużo pisać, a ten wywód już i tak jest długi, więc tylko podsumuję, że A Plague Tale: Innocence jak dla mnie to gra z paroma wadami i niedociągnięciami, ale ogólnie jest bardzo dobra. Ograniem sequela będę musiał zainteresować się nieco szybciej aniżeli dopiero 3 lata po premierze, tak jak to zrobiłem z tą częścią.
O, fan od grzebania przyszedł:)
A to nie wiedziałeś, że informacje o Twoim profilu są publicznie dostępne i że każdy może je w każdej chwili sprawdzić? Nie jesteś chyba nowy w Internecie. Jeśli masz z tym problem, to trzeba było pomyśleć o tym, zanim podjąłeś się misji obrażania każdego, kto ma choć minimalnie odmienną opinię o jakiejś zwyczajnej grze wideo. Nie możesz zaprzeczyć temu, co napisałem o Twoim koncie, dlatego po raz kolejny uciekasz się do jedynej znanej przez siebie taktyki w rozmowie na forum Internetowym - ubliżanie innym.
Szkoda, że nie napisałeś na co to były odpowiedzi
Doskonale wiem na co to były odpowiedzi, ale nie musiałem tego przytaczać, bo to niczego nie zmienia. Jak ktoś ukradnie 100 zł, to nie znaczy, że ktoś inny jest usprawiedliwiony ukraść 200 zł. Hejterów nie bronię, ale Ty gdybyś był ponad nimi, jak to cały czas próbujesz pokazać, potrafiłbyś posługiwać się inną retoryką. Swoją arogancją i zarozumialstwem pokazujesz jedynie, że reprezentujesz dokładnie ten sam poziom co oni, ale po prostu Twoje stanowisko jest na przeciwnym froncie.
Dopóki z kolegami będziecie tak trollować, to tak będą was podsumowywać.
Cóż, gdybyś tylko wczytywał się w moje komentarze, a nie z góry wyrabiał sobie zdanie o każdym bez próby przyswojenia sobie co chciał przekazać, dotarłoby do Ciebie, że bynajmniej nie utożsamiam się z grupą ludzi rugających grę z góry na dół i że nie możesz mnie wrzucić z nimi do tego samego wora.
Grzebiesz po profilu nie pisząc nic z sensem na temat gry.
Celowo staram się unikać pisania na temat samej gry, bo wiem, że nie da się z Tobą rozmawiać na jej temat. Nie mogę oczywiście wypowiadać się za każdego, bo wiem, że TLOU2 rzeczywiście ma zwykłych nienawistników i z takimi to sobie wojuj, proszę bardzo, natomiast jest sporo osób tutaj, którym gra mimo wszystko się podobała i którzy doskonale zrozumieli co twórcy chcieli przekazać, więc nie musisz tego tłumaczyć, ale uwaga, zaskoczę Cię… w ich opinii sposób w jaki twórcy zdecydowali się zakomunikować ów przekaz był nie do końca przekonujący. W Twojej opinii akurat mógł być przekonujący i to jest ok. Kłócenie się o to, jest jak kłócenie się czy lepsze jest jabłko czy gruszka.
Lubisz powoływać się na argument, że „ale krytycy wychwalali TLOU2, a oni się lepiej znają od zwykłych graczy” W takim razie, zgodnie z Twoją własną argumentacją, sam się nie znasz, bo God of War na MC ma wyższą średnią ocen od profesjonalnych krytyków niż TLOU2, a pisałeś, że Ty nie oceniłbyś tej gry wysoko. Jak widać, odnośnie tej gry dopuszczasz własną opinię, ale nie o TLOU2. Jak w takim razie brać Cię na poważnie? Jak już wspomniałem, jedynie szkodzisz wizerunkowi osób, które też pokochały grę, ale które nie są tak zarozumiałe i potrafią uszanować cudze stanowisko. Trollem w takim przypadku jesteś Ty. Popatrzmy: „Troll - osoba zamieszczająca na publicznym forum napastliwe, kontrowersyjne, ośmieszające innych wypowiedzi, których celem jest wywołanie dyskusji i skupienie uwagi na autorze” Tak, to jak najbardziej pasuje do Ciebie, nawet przecież do tego głownie korzystasz z konta.
Wyprzedzam Twoją odpowiedź, żebyś nie musiał tego robić, bo przypuszczam, że mogę spodziewać się jedynie następującej:
„Nie piszesz o grze i zaglądasz na mój profil, bo wiesz, że mam rację i nie masz na to innych argumentów. Jesteś żałosny i nie znasz się, tak samo ty, jak i wszyscy inni :D :D :D :D :D”
Wiem, że różne czynniki życiowe bądź prywatne mogły wpłynąć na to, dlaczego czujesz się niedowartościowany i czujesz potrzebę łechtania swojego ego poprzez obrażanie innych. Mam nadzieję, że przezwyciężysz to, z czym aktualnie się borykasz.
Pozdrawiam i życzę Ci wszystkiego dobrego.
rgr:
„Wywyższanie nie jest argumentem, wprost przeciwnie.”
Także rgr:
„Zostań przy tych swoich bajkach -- je widać rozumiesz.”
„Kurcze, wszyscy się mylą :)”
„Na początek udaj się do okulisty. Potem się pomyśli.”
„O kurczę -- i te brednie napisała osoba, która niby umie pisać. Chyba, że dyktowała...”
„Oczywiście można się też kompromitować, więc śmiało odlatuj dalej”
A to komentarze zaledwie z ostatnich 5 dni.
Ja nie miałem na celu Ci dokuczyć i bynajmniej nie miałem zamiaru sprzeczać się z Tobą o opinię o grze, bo zwisają mi cudze opinie o grach wideo, bo wiem, że każdy ma swoją i że kłócenie się o to jest bezcelowe. Pisałem do Ciebie, bo miałem nadzieję, że zaszczepię u Ciebie choć krztynę dystansu do siebie i skromności lub chociaż zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości, niemniej chyba za dużo od Ciebie wymagałem. Wybacz.
Pozdrawiam,
Zgodzę się jednak co do tego, że nie mam argumentów przeciwko Tobie, natomiast minąłeś się z tym dlaczego ich nie mam - po prostu nie muszę ich mieć, bowiem jak wspominałem, kompletnie mi to zwisa co sądzisz o tej grze i nie przeszkadza mi to, że masz odmiennie zdanie niż ja, ani nie czuję potrzeby przekonywania Cię do mojej racji. Mnie parę rzeczy w The Last of Us Part II nie przekonało, ale ogólnie gra mi się podobała i uważam ją za bardzo dobrą, natomiast rozumiem stanowisko zarówno tych, którym gra kompletnie nie siadła, jak i tych których zachwyciła. For that matter, to się tyczy każdej gry.
To Ty, nie wiedzieć czemu, wojujesz z każdym, kto ma choćby najmniejszą uwagę wobec gry i choć trochę odmienną interpretację jej fabuły, nie dopuszczając do siebie tego, że tego typu kwestie są po prostu subiektywne. Nikt nie ma racji, a jednocześnie każdy ją ma. Śmieszne jest trochę to, że wojujesz nawet nie tylko z hejterami, ale nawet z osobami jak ja, którym ogólnie gra się podobała, ale którzy mają inne konkluzje niż Ty. Cóż, jeśli Ci to sprawia przyjemność, I don’t care. Każdy sens życia widzi gdzie indziej. Może Ty go widzisz w obrażaniu każdego, kto jest choć trochę krytyczny wobec zwyczajnej gry wideo. Osobiście uważam to za dziwną formę spędzania wolnego czasu, ale w sumie lepsze to, niż chociażby oddawanie się jakimś używkom albo wandalizmowi, więc może powinienem Cię pochwalić.
Pozdrawiam,
Parę dni temu, pod tym samym wątkiem próbowałem dogadać się z rgr, ale moje komentarze zostały usunięte, nie wiedzieć czemu, bo nie używałem wulgaryzmów i nawet napisałem coś w deseń, że szanuję to, że rgr uważa, że The Last of Us Part II to arcydzieło i nie mam z tym problemu i że w sumie to wielu ludzi może mu zazdrościć, bo nie cenią tej gry, aż tak bardzo jak on, więc ma jedną grę więcej, którą może uważać za jedną ze swoich ulubionych, zatem nie wiem skąd u niego taka zawiść gdy ktoś nie podziela tego zdania. Może to nie z mojego powodu komentarze zostały usunięte, bo nie otrzymałem żadnego upomnienia (tam na ten sam komentarz odpowiadał ktoś jeszcze, oprócz rgr i mnie, a cały ciąg odpowiedzi został usunięty). W takim razie, pozwolę sobie nieco sparafrazować to, co napisałem wcześniej.
Przez ludzi jak rgr, jedynie zaczynam dochodzić do podobnych wniosków jak SpecShadow i dzl napisali powyżej, mianowicie że fani TLOU2 są specyficzni. Jakoś gdy ktoś ma jakieś uwagi wobec chociażby God of Wara lub RDR2, które powszechnie też są przecież uważane za niemalże idealne gry, fani tej gry nie mają z tym problemu. Widywałem parę osób, które oceniły owe gry „tylko” na 7/10 lub 8/10 i podały powody dla których ocenili gry niżej niż większość, ale jakoś nikt nie śpieszył, by te gry bronić i zbesztać autorów komentarzy, że nie mają prawa tak uważać.
Rozumiem uwielbiać jakąś grę, w końcu pewnie każdy gracz ma kilka/wiele gier, które bardzo wysoko ceni (sam mam parę takich), natomiast obrażanie dosłownie każdego, dla którego gra ma chociażby najmniejszą wadę uważam za śmieszne. Oczywiście od tego jest sekcja komentarzy żeby sobie podyskutować o odmiennych opiniach, ale wszystko powinno być cywilizowane i z szacunkiem dla osób które mają inne wnioski. Pamiętajmy, że gry wideo są subiektywne i nawet jeśli większość graczy/krytyków wychwala jakąś grę, ale akurat komuś się nie podobała to nie oznacza, że ta osoba jest głupia/niedorozwinięta/nie zrozumiała przesłania, itp. a jedynie, że gra nie trafiła w jego gusta. To samo tyczy się odwrotnej sytuacji, tj. gdy większości nie podobała się gra, a komuś akurat się podoba.
Życzę każdemu więcej dystansu do siebie i skromności, aby nie uważać się za lepszego tylko dlatego, że ma się odmienną opinią na temat jakichś gier wideo, które przecież powinny być formą spędzania wolnego czasu i chwilowym eskapizmem od problemów codziennego życia, a nie kolejnym problemem.
Pozdrawiam,
Przynajmniej co do jednego mogą być zgodni zarówno pełni jadu hejterzy, jak i mający klapki na oczach fanboje, a także osoby, które do The Last of Us Part II podchodzą po prostu neutralnie - gra wywołuje silne emocje. Minęło ponad półtora roku od premiery gry, a tu proszę, wciąż odbywają się takie żarliwe dyskusje na jej temat tutaj. :)
Ograłem gierkę jeszcze przed świętami, ale dopiero teraz tak mnie naszło, by skrobnąć parę słów na jej temat.
Moim zdaniem Halo Infinite to najlepsze Halo autorstwa 343 Industries i poniekąd odkupienie po w moim odczuciu „tylko” dobrym Halo 4 i kompletnie nijakim Halo 5. Zaznaczam, że wyrażam się jedynie o kampanii, bo w tryb multi nie grywam.
Plusy:
- możliwości - nałożono bardzo duży nacisk na dowolność w kwestii jak rozegrać potyczki. Samo dodanie haku, którym można przyciągać siebie bądź przedmioty, wiele zmienia, ale oprócz korzystania z haku możemy chociażby decydować czy podjechać pod wrogą bazę pojazdem czy podejść pieszo, czy zaatakować z powietrza czy z lądu, czy uderzyć samemu czy w towarzystwie Marines, itp. itd. Halo zawsze słynęło z nieco większej różnorodności w kwestii możliwości niż większość liniowych shooterów, ale tutaj podkręcono to jeszcze bardziej.
- brak ograniczeń w eksploracji - jedną z rzeczy, którą spróbowałem zrobić tuż po ukończeniu prologu i wpuszczeniu do otwartego świata to próba wspięcia się na najwyższe szczyty za pomocą haka i byłem zdumiony tym, że da się to zrobić. Nie ma żadnych „niewidzialnych ścian”, ani innych sztucznych ograniczeń. Można wejść i dojść niemalże wszędzie, co poniekąd wiąże się z tym, co napisałem powyżej, bo to również otwiera zupełnie nowe możliwości w kwestii tego, jak można rozegrać niektóre walki
- muzyka - dowiedziawszy się, że do komponowania soundtracku do najnowszej produkcji 343 Industries zaangażowano Garetha Cokera, którego muzyka w grach z serii Ori od Moon Studios była wprost bajeczna, przekonałem się, że po prostu będę musiał zagrać w Halo Infinite. Pomimo moich ogromnych oczekiwań względem soundtracku, nie zawiodłem się. Jest fantastyczny i równie dobry jak ten z dawnych części, w których to Martin O'Donnell był głównym kompozytorem (wiem, że Gareth Coker był zaledwie jednym z paru kompozytorów, ale da się rozróżnić które kompozycje były jego wkładem :)).
- bossy - Halo raczej nigdy nie słynęło z jakichś nie wiadomo jak wyszukanych walk z bossami (właściwie to w Halo 5 próbowano uczynić z tego coś częstego i była to klapa na całej linii) i w Halo Infinite może też nie są jakieś nadzwyczaj kapitalne, ale w końcu są całkiem przyzwoite. Z każdym bossem walczy się inaczej, do każdego trzeba obrać nieco inną taktykę, każdy się czymś wyróżnia, itp.
- dialogi wrogów, zwłaszcza Trepów (ang. Grunts) - już w poprzednich częściach, zwłaszcza tych starszych, dialogi wrogów i ich reakcje na nasze czyny też były nieco komiczne, ale w tym aspekcie też wszystko podrasowano. Scenarzyści musieli mieć niezły ubaw pisząc te wszystkie hasła, które Trepy rzucają podczas walki z nami
- mam wrażenie, że fabuła w Halo Infinite przyjęła bardziej formę tła aniżeli czegoś istotnego, ale moim osobistym zdaniem to był chyba dobry krok, zwłaszcza jeśli przypomnę sobie poprzednią odsłonę serii. W Halo 5 próbowano na siłę wpleść wiele wątków i jak najwięcej postaci, z czego żadne nie były rozwinięty, przez co fabuła to był jeden wielki chaos, więc historia w Infinite , chociaż nie jest jakaś wyszukana bądź odkrywcza, jest po prostu w porządku.
Minusy:
- recykling walk - chociaż strategii jakie można obrać w Halo Infinite jest mnóstwo to gra mnie utwierdziła w przekonaniu, które miałem już od jakiegoś czasu - pierwszoosobowy shooter to po prostu nie jest dobry gatunek na grę w otwartym świecie. Ktoś może oczywiście uważać inaczej, ale moim skromnym zdaniem, tego typu gameplay sprawdza się bardziej w liniowej opowieści na 8-12 godzin, max 15, bo po dłuższym czasie tego typu rozgrywka po prostu się nuży.
- respawn wrogów - gdy wyczyścimy posterunki Wygnańców z wrogów, po jakimś czasie pojawią się tam nowi. Niby ma to jakieś tam uzasadnienie fabularne (widzimy jak po niebie cały czas suną Fantomy przywożące posiłki) i może komuś innemu to nie przeszkadzało, ale dla mnie osobiście było to sztucznym i niepotrzebnym wydłużaniem gry (patrz punkt wyżej). Twórcy gry to chyba do tego nawiązywali tytułem gry. Aż flashbacki z Far Cry 2 miałem grając w to
- statyczność świata - choć świat gry jest całkiem ciekawy i ładnie się prezentuje, to zauważyłem, że jest bardzo statyczny i mało jest z nim interakcji. Np. szybko porzuciłem pomysł przemierzania go czołgiem, bo wciąż blokował się nawet na najmniejszych przeszkodach. Kurcze, to nawet w Call of Duty z 2003 roku dało się czołgiem przewracać mniejsze drzewa i po nich przejeżdżać
- jako minus pewnie można by wskazać także brak możliwości rozegrania kampanii w trybie kooperacji, ale ja akurat każde dotychczasowe Halo tak czy siak kończyłem samodzielne, tak że mi nie doskwierał brak tego trybu. No i podobno ma być dodany taki tryb w przyszłości
Kończąc ten już i tak przydługi wpis podsumuję tylko, że Halo Infinite to w moim odczuciu godny sequel dla serii i ogólnie całkiem przyzwoity shooter, który Ameryki może nie odkrywa, ale jednak jako tako się wyróżnia w swoim gatunku.
Ciekawe co dalej czeka Halo jako markę. Pewnie takiej kury znoszącej złotej jaja Microsoft nie dałby zabić i pewnie będą doić kolejne części, ale jak dla mnie równie dobrze ta część mogłaby być ostatnią, a przynajmniej gdyby okazała się być ostatnią myślę, że byłoby to całkiem godne zakończenie dla serii.
Tak jest. Dlatego pisałem, że to „potencjalny” mankament i że „powiadają”, że ta nowsza wersja PS5 ma gorsze chłodzenie, a nie że osobiście jestem o tym przekonany. Jakby nie było, zdecydowałem się kupić tę nową wersję mimo tego szumu jaki narobił się wokół niej zanim zaczęto robić dokładniejsze testy jej wydajności. Właśnie brałem poprawkę na to, że to być może tylko narobiono dramy w Internecie i że wcale nie jest powiedziane, że ta nowsza wersja PS5 będzie miała na dłuższą metę krótszą żywotność od tej starej.
Notabene, znajomy nabył tę premierową wersję PS5 w lutym i nadal mu działa, ale od jakiegoś czasu zaczęła mu wyć kiedy jest uruchomiona, no ale może akurat miał pecha i nie jest powiedziane, że z kolei te premierowe wersje były gorsze. Z konsolami to różne historie i różne przypadki. Jedni kupują na premierę i wystarcza im na wiele lat, inni kupią dopiero parę lat po premierze, a po około roku zacznie się psuć.
Powiem wprost - znowu to zrobili! I bynajmniej nie mam na myśli CDPR ;) A Way Out byłem tak oczarowany, że myślałem, że nie da się tego przebić, a jednak Josefowi Faresowi i jego zespołowi jakoś udało się podrasować jeszcze bardziej wszystko to, co w ich poprzednim dziele mnie urzekało. It Takes Two pochłonęło mnie i moją żonę tak, że ograliśmy tytuł w jeden weekend.
Gameplay to kwestia preferencji, bo ktoś może woli gry wideo, które operują jedną mechaniką przez całą rozgrywkę i to jest ok. Osobiście jednak najbardziej lubię takie, które umiejętnie żonglują wieloma, a w It Takes Two jest ich od groma i każda została zrealizowana niebywale znakomicie. Każdy rozdział wyróżnia się zupełnie innym stylem gry, mechanikami, zagadkami, krajobrazami, przeciwnikami, itp. przez co gra ani przez chwilę nie jest nużąca, a wręcz przeciwnie, wciąż zaskakuje, zachwyca i bawi.
Produkcja ma idealnie wyważony poziom trudności. Nie nazwę się nie wiadomo jak hardkorowym graczem, ale jednak kończę te kilkanaście-kilkadziesiąt tytułów rocznie i gram w gry od prawie 30 lat, więc myślę, że jakieś tam doświadczenie gamingowe mam, ale jednak It Takes Two od czasu do czasu zaskoczyło mnie przyzwoitym wyzwaniem. Z kolei moja żona, która w gry wideo gra tylko od święta, nie była produkcją przytłoczona i odnajdywała się we wszystkich mechanikach jakie serwowała (jakie serwowała produkcja, nie żona :)). W grze mamy punkty kontrolne niemalże co kilka sekund, więc gra nie frustruje i nie karze za nieprawidłowo wykonane skoki, wślizgi, itp.
Fabuła nie jest może jakaś odkrywcza,
spoiler start
zakończenie historii można było przewidzieć jeszcze przed rozpoczęciem przygody
spoiler stop
, a postaci rzucają trochę oklepanymi tekstami, jednak myślę, że nie ma co tytuł za to krytykować, bo fabuła jest tutaj raczej kontekstowa i to nie ona gra tu pierwsze skrzypce, aczkolwiek jest całkiem przyjemna, gdzieniegdzie nawet wzruszająca, a z postaciami można się co nieco utożsamić, zwłaszcza jeśli ogrywa się It Takes Two z drugą połówką. To po prostu idealna gra dla par/małżeństw.
To nie najlepsza gra w jaką kiedykolwiek grałem, ale zdecydowanie najlepsza kooperacyjna gra w jaką grałem i moim zdaniem wzór do naśladowania w tym gatunku. Aż budzi to podziw, że w czasach dominacji gier multiplayer, gier jako usług, remasterów/remake’ów, itp. zniesławione Electronic Arts godzi się wydawać taką produkcję jak It Takes Two.
Tak sobie myślę, że w sumie to już mamy grę w zamyśle podobną do Squid Game - Fall Guys: Ultimate Knockout. Oczywiście Fall Guys jest cukierkowe i pozbawione brutalności, ale jakby tak się zastanowić, to koncept jest podobny - kilkudziesięciu graczy bierze udział w serii kilku konkurencji, niektóre grupowe, inne indywidualne, a po każdej z nich kilku graczy odpada aż ostatecznie zostaje wyłoniony jeden zwycięzca.
Taka gra Squid Game mogłaby się różnić oprawą graficzną, stylem artystycznym i konkurencjami od FG, ale z punktu widzenia gameplaya pewnie byłyby bardzo podobne.
Grę nabyłem w komplecie z konsolą. Wcześniej nie miałem styczności z serią Ratchet & Clank, więc stwierdziłem, że pierwej chociaż ogram tę część z 2016 roku, która była w PS+ Collection, zanim ogram Rift Apart, żeby mieć choć trochę lepsze rozeznanie. Tamta część z 2016 była całkiem przyzwoita i mogę powiedzieć o niej dużo dobrego, ale w moim odczuciu była lekko monotonna, za to R&C:RA mnie pozytywnie zaskoczyło i zrobiło dobre wrażenie.
Na plus na pewno podałbym to, jak gra umiejętnie żongluje różnymi sekwencjami gameplayowymi - tu trochę strzelania, tu nieco elementów platformowych w tych kieszeniach wymiarowych, tu łamigłówka do rozwiązania Clankiem, tu znów sekwencja akcyjna a’la Uncharted, tu chodzimy miniaturowym robocikiem Ratcheta i walczymi z wirusami, przez co gra ani na chwilę się nie nużyła, a wręcz przeciwnie, była bardzo przyjemna.
Od strony wizualnej gra prezentuje się znakomicie. Oprawa graficzna ma styl niczym animacje Pixara, więc fotorealizm to nie jest, ale w ramach tego stylu gra wygląda pięknie i ma bardzo różnorodne planety, z czego każda ma inny i charakterystyczny dla siebie biom, co tym bardziej urozmaica rozgrywkę.
Fabuła nie jest może jakaś górnolotna, ani odkrywcza, ot taka sobie sztampowa i bajkowa historia o walce dobra ze złem, ale ma swoją dawkę emocjonujących i urzekających momentów; postaci też są ciekawe oraz barwne i wypowiadają wiele zabawnych lub pamiętnych dialogów, więc ogólnie rzecz biorąc opowieść jest moim zdaniem przyzwoita.
Aż sam jestem zdzwiony, ale muszę pochwalić polski dubbing. Tak jak na ogół unikam grania w gry w j. polskim, bo często polski dubbing jest drewniany i ma niepoprawnie zaintonowane wypowiedzi lub dostrzegam niepoprawny przekład tekstu źródłowego na j. polski lub zwyczajnie razi mnie to, że postacie z anglojęzycznych krajów mówią w nieojczystym dla siebie języku, tak tutaj zdecydowałem się zagrać w języku polskim, bo stwierdziłem, że to i tak przecież zupełnie fikcyjne, bajkowe uniwersum, więc równie dobrze postacie mogą mi mówić po polsku i ku mojemu zaskoczeniu, polscy aktorzy odwalili kawał dobrej roboty!
Jeśli chodzi o minusy, to właściwie jedyną poważną wadą, którą mógłbym wskazać jest to, jak gra karze gracza za eksplorację. Nie wiem jak Wy, ale ja ogrywając gry nie prę czym prędzej z fabułą naprzód tylko lubię sobie pozwiedzać zakamarki poziomów, no a w R&C: RA najwyraźniej nie powinno się tego robić, bo często przemykałem do jakiegoś miejsca, które wyglądało mi na takie, w którym mogą być jakieś znajdźki lub coś innego ciekawego, a okazywało się, że postać się tam glitchowała lub wpadała na niewidzialną ścianę albo nie dało się stamtąd wrócić, co wymuszało na mnie wczytanie ostatniego punktu kontrolnego.
Jako minus mógłbym ewentualnie podać także małą różnorodność przeciwników, a potyczek mamy tu od groma, no ale bardzo obszerny arsenał, w którym chyba każdy znajdzie coś dla siebie i przyjemny system strzelania rekompensował to i dzięki temu, walki nigdy nie były dla mnie nużące.
Ogólnie, jak dla mnie fajna gierka.
O, Subnautica: Below Zero. Fajnie. Mój starszy syn się ucieszy. Chciał żeby mu kupić tę grę, a akurat się w GP pojawi.
Dzisiaj w końcu wpadła w moje ręce moja sztuka PS5. Pomimo powszechnie znanych problemów z dostępnością konsoli, jak na ironię, akurat w moim przypadku jest to pierwsze PlayStation, które nabyłem w tak krótkim czasie od jego premiery.
- PS1 miałem w 1999 roku
- PS2 w 2005
- PS4 w 2018 (PS3 akurat mnie ominęło. To jedyne PlayStation, którego nigdy nie miałem, nie licząc handheldów oczywiście)
W każdym razie, kupiłem PS5 z Media Expert w komplecie z nowym Ratchetem. Zamówiłem je w zeszły poniedziałek, w piątek je wysłali, a dzisiaj rano do mnie doszła paczka. Wygląda na to, że teraz jest już nieco łatwiej złapać konsolkę niż parę miesięcy temu. Jedyny potencjalny mankament to taki, że mam wersję konsoli CFI-1102A. Powiadają, że ma gorszy system chłodzenia i że mocniej się grzeje. Mam nadzieję, że nie będzie z nią problemów. No nic, zobaczymy.
Hej,
Mam nadzieję, że mile Ci mija weekend.
Widziałem Twoją odpowiedź jeszcze w piątek, ale nie chciało mi się wtedy odpisywać. Ogólnie to zobaczywszy Twoją odpowiedź, początkowo zamierzałem olać sprawę i już nic nie odpisywać, w zgodzie z tym, co oznajmiłem w moim poprzednim komentarzu, ale dzisiaj stwierdziłem, że jeszcze jedną rzecz doprecyzuję i korzystając z okazji, zapytam się coś Ciebie, z czystej ciekawości.
Nasza rozmowa jakoś tak zakotwiczyła o tę konkretną scenę z udziałem Jordana i być może błędnie wyszedłeś z założenia, że na podstawie tej jednej sytuacji skreśliłem całą historię. Ta sytuacja miała miejsce jeszcze relatywnie na początku opowieści, więc samo to jedno wydarzenie jeszcze nie wpłynęło na moje postrzeganie opowieści jako całokształt i na tym etapie historia jeszcze była dla mnie wiarygodna, więc spierasz się o tę jedną konkretną sytuację, ale to tylko jeden z wielu przykładów, zaledwie kropla w morzu i zaledwie jedna mała cegiełka z wielu, które ostatecznie dołożyły się do tego, że po prostu mnie osobiście historia nie przekonała. Jak wspominałem, jestem świadom, że tego typu chwyty mają miejsce w każdej opowieści i wytykanie tego w każdej byłoby pedantyczne i żadna nie zasługiwałaby na pochwały, ale w TLOU2 powodów oraz sytuacji, które miały wpływ na moją opinię było dużo i wszystkich nawet powyżej nie wymieniłem.
Swoją drogą, napisałeś „Jordan w akcji w Jackson wykazał pewne cechy psychopaty”. Zgodnie z Twoją własną tezą, powinno się być psychologiem, żeby móc dojść do takiej konkluzji, więc jakim prawem wyciągasz taki wniosek? Czy dostrzegasz w końcu nierozsądność tego argumentu i jak idzie odwrócić kota ogonem i czyjąkolwiek oraz jakąkolwiek opinię na temat zachowania postaci w jakiejkolwiek opowieści należałoby zbić tym argumentem, niezależnie od tego czy jest pochlebna czy sceptyczna? Jak rozumiem jeśli ktoś wypowiada się o smaku jakieś potrawy też mu/jej mówisz, że nie ma prawa tego robić jeśli nie jest profesjonalnym kucharzem? Jeśli ktoś wypowiada się o jakiejś odzieży też mu/jej mówisz, że nie ma prawa tego robić jeśli nie jest projektantem mody lub krawcem? Jeśli ktoś wypowiada się o jakimś meblu też mu/jej mówisz, że nie ma prawa tego robić jeśli nie jest stolarzem?
Podzieliłem się jedynie moimi osobistymi odczuciami z gry i zaznaczyłem (mam nadzieję, że wystarczająco dobitnie), że rozumiem to oraz szanuję, jeśli ktoś ma odmiennie zdanie i nie mam z tym problemu jeśli ktoś uważa inaczej. Twoją opinię o grze również respektuję i absolutnie nie zamierzam ani nie zamierzałem jej umniejszać. Mam nadzieję, że tak nie odebrałeś żadnej mojej wypowiedzi. Jeśli tak to przepraszam, bo nie miałem takich intencji. Z tego co ja rozumuję jednak, Ty najwyraźniej nie akceptujesz, że ja mogę mieć inną opinię o TLOU2 i musisz mnie zgnoić oraz za wszelką cenę dowieść w jakim to błędzie jestem.
Najlepsze jest to, że oceniłem grę całkiem pozytywnie, więc nie rozumiem nawet o co chcesz się ze mną spierać. Że jak mogę uważać, że gra jest „tylko” dobra, a nie grą tysiąclecia i zbawieniem ludzkości? To dla miłośników TLOU2 nawet to jest problemem? Ech, hejterzy TLOU2 i osoby wysławiające grę pod niebiosa, nieakceptujące nawet najmniejszej krytyki pod jej adresem - jesteście warci siebie nawzajem. Nawet o fabule, choć mnie nie przekonała i gdzieniegdzie wywoływała emocje przeciwne od tych, które były w intencji twórców, potrafię powiedzieć wiele dobrego. Doceniam ogólny zarys opowieści, wiele scen uważam za znakomicie wyreżyserowanych, gra aktorska była na najwyższym poziomie w branży, respektuję przesłanie jakie historia niesie oraz motywy jakie porusza, a także żywię uznanie do Naughty Dog za ryzyko jakiego podjęli się kreując ją i nawet ja w rozmowie z kimś komu gra absolutnie się nie spodobała potrafiłbym fabułę wybronić innymi argumentami niż tylko mantrą o „niebyciu psychologiem”.
Czy serio z takim wielkim mniemaniem o sobie, protekcjonalnie oraz z pogardą patrzysz z góry na każdego, kto choć w najmniejszym stopniu jest krytyczny wobec tego tytułu czy tylko robisz sobie bekę, a ja to łykam jak młody pelikan? Niezależnie od tego czy pierwsza czy druga opcja jest prawdziwa, wygląda na to, że jak wspominałem, powinienem zaniechać dalszego odpowiadania i być ponad to, no ale cóż, nigdy nie grzeszyłem inteligencją.
„Jeżeli z tego powodu zawalił Ci się świat i uciekasz w sarkazm -- najmocniej przepraszam” Mój świat zawalił się już dawno i chciałbym umrzeć, ale jestem zbyt tchórzliwy, żeby się zabić. Może Ty mi pomożesz?
Without prejudice – pozdrawiam i życzę miłej niedzieli.
Przepraszam za felerny link. Mam tu konto od pół roku, ale rzadko publikuję tu jakiekolwiek komentarze, więc najwyraźniej jeszcze nie ogarniam jak wstawia się w nich linki.
W każdym razie, skrupulatnie i sumiennie wyjaśniłem, co mnie w opowieści w grze odrzuciło i co wg mnie w niej burzyło jej wiarygodność i zachwiało moje zawieszenie niewiary, ale nie pisząc, że to „gówno 0/10”, bo daleki jestem od takich myśli (notabene, hejterzy tej gry bardziej mnie śmieszą niż osoby nie dopuszczające nawet najmniejszej krytyki wobec niej) oraz podkreślając, że rozumiem, że komuś wskazane przeze mnie skazy mogły nie przeszkadzać, a także zaznaczając, że jak ktoś uważa inaczej niż ja to spoko, bo nie mam z tym problemu i nie czuję potrzeby mu/jej to wyperswadować, a w odpowiedzi dostaję ten sam argument, co wcześniej - „psychologiem nie jesteś”. Czyli nie będąc psychologiem można wypowiadać się jedynie pozytywnie o fabułach i postaci w grach, negatywnie nie. Ech, załamuję ręce normalnie. :)
No nic, wygląda na to, że jak pisałem, dalsza rozmowa na ten temat nie ma sensu, bo jeden drugiego i tak nie przekona do swojego zdania, tym bardziej, że Twoje uprzednie wypowiedzi sugerują, że nie dopuszczasz tego, że ktoś może mieć odmiennie zdanie o opowieści niż Ty i protekcjonalnie patrzysz z góry na takie osoby, ale nawet nie masz na to kontrargumentów tylko ubliżasz i umniejszasz odmienną opinię tekstem „nie jesteś psychologiem”. No ale Ty jesteś psychologiem rozumiem. :)
Pisząc moją powyższą opinię i moją relację z moim doświadczeniem z TLOU2 liczyłem się z tym, że mogę się zetknąć z linczem, bo jestem świadom, że gra ma mnóstwo miłośników, którzy nie akceptują nawet najmniejszej krytyki pod jej zarzutem, ale nie zależy mi na tym, żeby kontynuować obronę mojego zdania, tym bardziej, że jak wspominałem, nie jestem zbytnio aktywny na forach i wolę poświecić wolny czas na inne zajęcia niż wojowanie w komentarzach. Weekend się zaczął, ładna pogoda jest, skończyłem właśnie pracę, idę na jakiś spacer. :)
Zatem dobrze, niech będzie. Wygrałeś! Kłaniam się przed Tobą i uznaję swoją porażkę. Nie jestem psychologiem, a Ty jesteś, więc moja opinia na temat TLOU2 jest nic nie warta i jestem debilem jeśli nie uważam TLOU2 za wybitne arcydzieło, klejnot, ewenement, objawienie, rewelację, itp. Mam nadzieję, że umrę za niedługo, bo nie zasługuję na to, by żyć. Będzie jednego debila mniej. :)
Chcesz to możesz jeszcze coś dodać, żeby ostatnie słowo należało do Ciebie i żebyś mógł uświęcić swój triumf, a ja postaram się już nie odpowiadać, bo wiem, że co nie napiszę będzie to w Twoich oczach moim pogrążaniem się.
Pozdrawiam i życzę miłego weekendu, :)
Hej,
Na początek mały żarcik dla rozluźnienia atmosfery: Czy to już jest ten etap, kiedy wiadomo, że żadne z nas nie zmieni swojego zdania, ale każdy wciąż będzie pisał nowy komentarz, bo będzie chciał dowieść swojej racji i będzie chciał aby ostatnie słowo należało do niego? :) Rzadko piszę cokolwiek w sekcjach komentarzy w Internecie, więc nie mam doświadczenia w sporach Internetowych. Często widzę jak różni ludzie na różnych stronach internetowych kłócą się w sekcjach komentarzy o różne pierdoły, a teraz sam biorę w tym udział. Ależ nisko się stoczyłem, heh. Ok, bez dalszej zwłoki, już odpowiadam na Twoją odpowiedź na moją odpowiedź na Twoją odpowiedź. :)
Piszesz „psychologiem chyba nie jesteś?”. Zastanów się chwilę nad tym, proszę, bo chyba to napisałeś/aś w pośpiechu i z braku lepszego kontrargumentu, byleby mi umniejszyć. Tym tokiem myślenia, prawie nikt na tej stronie, ani na żadnej innej o tematyce gier wideo, nawet wśród profesjonalnych recenzentów nie powinien wypowiadać się ani pozytywnie, ani negatywnie na temat fabuły oraz postaci i ich zachowania ani w TLOU2, ani w żadnej innej grze również, bo myślę, że bezpiecznie można stwierdzić, że mało kto z nich jest psychologiem z wykształcenia.
Czy trzeba być profesjonalnym kucharzem, by wyłapać, że jakieś jedzenie jest zgniłe? Czy trzeba być mechanikiem z wykształcenia, by stwierdzić, że w jakimś samochodzie coś jest zepsute? Nie sądzę. Podobnie nie trzeba być psychologiem czy innym uczonym, żeby wyłapać, że jakaś postać w jakiejś opowieści zachowuje się dziwacznie i niezgodnie ze swoją naturą, ale tak się stało, bo tak został ukierunkowany scenariusz. Wystarczy trochę siedzieć w temacie i nabrać doświadczenia zapoznawszy się z wieloma opowieściami, najlepiej w różnorakich formach przekazu. To nie jest rocket science.
Pozwól, że to podkreślę, bo w moim poprzednim komentarzu chyba to za słabo uwydatniłem. Generalnie TLOU2 jako gra mi się podobała, stąd relatywnie pozytywna ocena dla tegoż dzieła z mojej strony. Ogólny zarys fabuły TLOU2 też uważam za fantastyczny i szanuję studio Naughty Dog za podjęcie ryzykownego i śmiałego kroku, a nie za próbę sprzedania nam ponownie tej samej historii, która była w jedynce.
spoiler start
Nagłe zabicie uwielbianego przez wszystkich protagonisty z pierwszej części, a także umieszczenie gracza w skórze antagonistki oraz późniejsze odwrócenie roli, kiedy to antagonistka staje się protagonistką i vice versa na papierze brzmią jak genialny i oryginalny koncept, niekoniecznie przekonała mnie jednak realizacja tego.
spoiler stop
Jest taki termin w określaniu bycia odbiorcą jakiegoś dzieła fabularnego, o którym być może słyszałeś/aś, jak „suspension of disbelief”, czyli lużno tłumacząc na polski „zawieszenie niewiary”. Chodzi z tym o to, że często chłonąc jakąś fikcyjną opowieść bierzemy za pewnik jej sensowność pomimo jej braku, głownie dlatego, że dajemy twórcom kredyt zaufania, że wewnątrz stworzonego przez nich uniwersum taka opowieść akurat ma sens. Jednak im więcej dzieło zawiera udogodnień fabularnych, dziur logicznych, postaci chronionych „pancerzem fabularnym”, itp. tym bardziej to uczucie jest zachwiane, a może nawet całkiem się załamać, zwłaszcza jeśli jest to opowieść, która próbuje być poważna. W opowieściach z lekkim tonem i/lub w klimatach fantasy wiadomo, że bardziej przymyka się na to oko.
Jak już wcześniej wspominałem, jestem doskonale świadom, że wyżej wspomniane zabiegi są w każdej grze wideo, filmie, serialu, książce, sztuce teatralnej, itp. Gdyby nie to, możliwe, że prawie żadne z nich nie mogłyby nigdy powstać i gdybyśmy mieli się tego czepiać w każdej fikcyjnej historii, żadna z nich nie zasługiwałaby na pochwałę. I jak coś nie jestem taki, że jak gram w grę, oglądam film, itp. to specjalnie zwracam uwagę na takie niedopracowania i je wyłapuję. Często po ukończeniu jakiejś gry czytam sobie komentarze na jej temat i sam jestem zdumiony jak różni ludzie dopatrzyli się jakichś absurdów, które ja przeoczyłem. Po prostu akurat w TLOU2 dużo takich zabiegów wyłapałem i mnie to raziło, być może dlatego, że tytuł gdzieniegdzie w moim odczuciu starał się być aż za nadto głęboki lub skłaniający do refleksji, a przez te dziwne zagrywki, o których wspominałem wcześniej gra wywoływała u mnie efekt wręcz odwrotny i traciła dla mnie wiarygodność rozwoju akcji.
Rozumiem i szanuję, że Tobie może to nie przeszkadzało, albo że może nawet wielu tego typu zagrywek nie wychwiciłeś/aś, jak np. motyw z Jordanem, (
spoiler start
BTW Jordan miał broń jak coś. Trzymaj linka do scenki dla odświeżenia pamięci. [link] Dina spada przez szklany sufit, Jordan nadal trzyma broń w ręku, ale chowa ją do kabury i podchodzi do Diny.
spoiler stop
). Jeśli uważasz TLOU2 za arcydzieło i za wybitną grę, to super. Cieszę się i nie mam zamiaru Ci tego wyperswadowywać. Niezależnie od tego jak zakończy się nasza rozmowa tutaj, to zapewne moje jak i Twoje zdanie na temat TLOU2 pozostaną niezachwiane i w gruncie rzeczy kłócenie się o to jest bezcelowe i jest stratą czasu, tak że gwoli ścisłości, nie napisałem niniejszy komentarz, by podważyć Twój punkt widzenia na to, tylko by doprecyzować Ci mój z nadzieją, że choć wiem, że się ze mną nie zgodzisz, to chociaż spróbujesz zrozumieć dlaczego moje odczucia wobec historii w TLOU2 różniły się od Twoich.
Jest multum gier wideo, które należą do moich ulubionych i które uważam za najlepsze w jakie grałem, ale rozumiem dlaczego ktoś może ich aż tak nie lubić lub aż tak nie cenić i jeśli ktoś przedstawi rzetelne argumenty dlaczego tak uważa, potrafię to przyjąć do wiadomości i nikogo nie podsumowuję na tej podstawie. Ciekaw jestem jak Ty zareagujesz. Czy zaaprobujesz moją niniejszą odpowiedź czy może będziesz próbował mi uargumentować jakim jestem debilem jeśli nie dostrzegłem w TLOU2 „arcydzieła”, „wyższej sztuki”, „głębokiej fabuły”, itp. :)
Pozdrawiam,
Hej,
Co do soundtracku w TLOU2, to tak jak pisałem, to relatywnie drobna bolączka, bo nie powiem jakoby był beznadziejny lub bardzo słaby, ale jakoś tak brakowało mi chociażby jednego zapadającego w pamięć lub znacząco wyróżniającego się utworu. Też słuchałem tego soundtracku osobno parę razy, co mnie z kolei jedynie utwierdziło w tym przekonaniu. Jedynka miała mnóstwo świetnych kompozycji, jak All Gone, The Last of Us, Vanishing Grace, The Choice, czy The Path. Rozumiem, że w dwójce soundtrack musiał być inny niż w poprzedniej części, aby pasować do innego tonu opowieści, ale moim zdaniem nie był już aż tak świetny i tak pamiętny.
Co do tego ostatniego zarzutu, o który pytałeś, myślę, że przykłady powinny nasunąć się na myśl same, nawet jeśli komuś gra się bardzo podobała, bo jeśli choć trochę przykuwał uwagę temu, co się dzieje w opowieści powinien wychwycić chociażby pojedyncze przykłady. W mojej obszernej recenzji, o której wspomniałem w poprzednim poście, wyszczególniłem przykłady takich sytuacji, ale dla wygody skopiuję je tutaj.
spoiler start
1. Spodziewałem się, że Joel zginie w The Last of Us Part II i nie oczekiwałem, że stanie się to w sposób jakiś nadzwyczaj heroiczny lub dramatyczny. W końcu Joel nie był żadnym potężnym herosem, tylko zwyczajnym człowiekiem, a w prawdziwym życiu kres następuje bez ostrzeżenia. Ogólnie rzecz biorąc, sprawienie, że Joel zginął taką paskudną i jakby niesprawiedliwą śmiercią może być uważane za swego rodzaju przełamanie trendu w grach wideo i za bardziej realistyczne podejście do śmierci, natomiast sposób, w jaki dotarliśmy do tej sceny był nijaki - od Abby magicznie trafiającej na swój cel, po Joela, który w sprzeczności ze swoim zachowaniem z poprzedniej części naiwnie i bezmyślnie zaufał obcym i nie nabrał podejrzeń odnośnie tego, co robią w tej okolicy, choć wiedział, że w przeciągu ostatnich 25 lat zalazł za skórę wielu ludziom i że prędzej czy później pewnie ktoś będzie chciał go dorwać i wziąć odwet. Ale ok, na tym etapie Naughty Dog jeszcze mieli mój kredyt zaufania. W końcu jedna taka nieprawdopodobna sytuacja, jak sposób w jaki Abby trafiła na Joela, mogłaby mieć miejsce, a uśpienie czujności Joela można by wytłumaczyć tym, że od wielu lat wiódł w miarę spokojne życie, oczywiście jak na realia post-apokaliptyczne, wiec czuł się już zbyt bezpieczny. Niestety potem było tylko gorzej.
2. Jordan mógł załatwić Dinę jednym strzałem, gdy ta przybyła na ratunek Ellie. Zamiast tego, zaczął się z nią szamotać i dziwnym trafem akurat na tyle długo, aby Ellie mogła się uwolnić. Toż to jeden z najbardziej oklepanych motywów w grach oraz filmach akcji.
3. Abby bez chwili wahania śmiertelnie postrzeliła Jessiego, ale przed zabiciem Ellie powstrzymała się tylko dlatego, że Ellie dobrowolnie wyszła z ukrycia. Kolejny oklepany motyw w grach oraz filmach akcji – antagonista, który konfrontuje protagonistę, ale nawiązuje z nim dialog zamiast szybko załatwić sprawę, kiedy ma ku temu okazję. Wszystko po to, aby główny bohater mógł z tej sytuacji ujść z życiem i by w sztuczny sposób opowieść mogła trwać jeszcze dłużej.
4. Wilki udzieliły ciężarnej Mel zielonego światła na branie udziału w patrolach i walkach. W świecie, w którym ludzkość jest na skraju wymarcia nie powinna czasem ciężarna kobieta być cenna i nie powinno się ją chronić? Podczas mojej przechadzki po obozie Frontu Wyzwolenia Waszyngtonu widziałem, że żołnierzy im nie brakowało. Ok, Wilkom mogło nie zależeć na ratowaniu/przedłużaniu rodzaju ludzkiego, ale Mel była lekarzem, więc chociażby z tego powodu dobrowolnie nie pozwoliliby Mel opuścić ich obozu.
5. Abby wyśledziła Ellie do teatru po odnalezieniu zwłok Owena i Mel tylko dlatego, że Ellie upuściła na podłogę mapę, na której narysowała niepotrzebne linie.
6. Abby nie zamordowała ciężarnej Diny tylko dlatego, że Lev ją poprosił, by tego nie robiła, chociaż poznała go raptem dzień wcześniej. Nawet jeśli to, że Dina była w ciąży mogło powstrzymać Abby przed poderżnięciem gardła przyszłej matce, nie oznaczało to, że nie mogła wykończyć Ellie. Od zabicia Joela nie było u Abby wystarczającego rozwoju postaci, który usprawiedliwiłby jej rezygnację z zabicia Ellie.
Przykładów można by podać dużo więcej tak na dobrą sprawę. Te wyżej wymienione były jedynie tymi, które w moim odczuciu były najbardziej rażące. Mógłbym napomnieć także o Abby i jej spółce, którzy zgładzili Joela, ale którzy darowali wolność Tommy’emu i Ellie, choć powinni byli spodziewać się odwetu z ich strony, albo o niekonsekwentnym Tommym, który co mgnienie oka zmieniał zdanie odnośnie tego, jak postąpić w sprawie Abby, albo o Serafitach, którzy pojmali Abby, ale którzy nie zabili jej od razu, mimo świadomości jaka jest niebezpieczna i wiele innych wydarzeń, ale myślę, że te i pozostałe porównywalne sceny jeszcze choć jako tako się broniły. Gdyby tego typu wydarzeń było mniej lub gdyby nie były tak jawne, historia w moim odczuciu zyskałaby na realizmie i byłaby bardziej wiarygodna.
spoiler stop
Zdaję sobie sprawę, że tego typu zabiegi są obecne tak naprawdę w każdej grze wideo, oraz idąc dalej, w filmach i książkach też. W każdej fikcyjnej opowieści, nawet najbardziej wychwalanej i takiej, którą oceniają na 10/10 zarówno zwyczajni odbiorcy, jak i zawodowi krytycy, można by doszukać się mniejszych lub większych nielogiczności lub niedorzecznych udogodnień fabularnych. Gdyby nie takie chwyty, wiele z nich nie mogłoby powstać. Często dzieją się w nich nieprawdopodobne wydarzenia, na które trzeba przymknąć oko oraz wziąć poprawkę, że takowe nie mogłyby zaistnieć w prawdziwym życiu, jednakże w TLOU2 było ich wyjątkowo dużo oraz były wyjątkowo dziwaczne.
Scenariusz ewidentnie był tworzony fragmentami, przez długi czas i często zmieniany, przez co nie trzymał się kupy. Wygląda na to, że scenarzyści mieli gdzieniegdzie jedynie pomysł jakie wydarzenia zawrzeć w opowieści, ale jak do nich doprowadzić lub jak je rozwiązać już niekoniecznie, dlatego zawarli w niej takie udogodnienia i postaci chronione „pancerzem fabularnym”. Traciła na tym wiarygodność rozwoju akcji i przekonujące zachowanie postaci. Rozumiem, że kogoś może to nie aż tak nie raziło i był zdania, że przekaz opowieści i emocje jakie wywołuje są ważniejsze niż sensowność opowieści, ale w moim przypadku niestety właśnie przez to opowieść nie była ani aż tak emocjonująca.
Gwoli ścisłości, doceniam to, że Naughty Dog wysilili się na coś innego i coś zupełnie nieoczekiwanego. Spokojnie mogli pójść utartą ścieżką i przedstawić dzieje podobne do tych z poprzedniej odsłony.
spoiler start
Uśmiercenie uwielbianego przez wszystkich protagonisty z pierwszej części gry, a także przedstawienie wersji wydarzeń Abby oraz kierujących nią motywów w istocie były unikalnymi konceptami.
spoiler stop
Szkoda tylko, że były tak niedopracowane i że Naughty Dog, którzy słynną w branży z bycia mistrzami narracji, zdecydowali się na takie słabe chwyty i na cliché, bo gdyby nie to, dopiero wtedy mogłaby to być jedna z najlepszych gier wideo wszech czasów w moim odczuciu.
Zapraszam na mojego bloga, na którym napisałem obszerną recenzję The Last of Us Part II. Link znajduje się w sekcji „Więcej o mnie” na moim profilu.
W skrócie, uważam, że to przyzwoita przygoda i jedyna w swoim rodzaju, ale nie aż tak wybitna, na jaką próbowało ją wylansować wielu recenzentów.
Plusy gry:
- grafika - The Last of Us Part II jest bez dwóch zdań jednym z najładniej wyglądających exclusive’ów na PlayStation 4.
- świat gry, który zawierał jedne z najlepiej zaprojektowanych post-apokaliptycznych scenerii, jakie kiedykolwiek dano graczom oglądać.
- „uczłowieczenie” przeciwników, tzn. sposób w jaki gra próbuje stworzyć iluzję, że mamy do czynienia z żywymi, świadomymi i myślącymi ludźmi.
- Gitarowa mini-gra, w której dało się zatracić na długie godziny.
- gra aktorska, a przynajmniej w anglojęzycznej wersji. W polską wersję nie grałem, więc na jej temat się nie wypowiadam.
Minusy gry:
- Zagadki środowiskowe - chodzi mi głównie o znajdowanie szyfrów do sejfów. Nie było to ani zbyt ambitne ani jakoś bardzo przemyślane. Prawdopodobnie było to coś, co doklejono już do poza tym ukończonego produktu.
- Ścieżka dźwiękowa - to relatywnie drobna bolączka, aczkolwiek nie uszła mojej uwadze podczas ogrywania tytułu. Nie można było dosłuchać się ani jednego zapadającego w pamięć lub znacząco wyróżniającego się motywu muzycznego.
- nacisk na „shock value” - moim zdaniem TLOU2 zbyt nachalnie skupiało się na usilnym wywoływaniu reakcji szokowej, eksponując makabryczność, barbarzyństwo oraz okrucieństwo. Szybko przestawało to zaskakiwać, a wręcz nużyło.
- nonsensowne udogodnienia narracyjne - tzn. wiele sytuacji działo się w określony sposób wyłącznie dlatego, bo tak zadecydowali o tym scenarzyści, mimo, że taki tok wydarzeń był absurdalny i niedorzeczny. Mamy także postaci chronione tzw. „pancerzem fabularnym”, tzn. postaci, które nie giną w danej scenie, chociaż powinny, „bo tak”. Wiadomość, którą twórcy chcieli przekazać miała pierwszeństwo przed wiarygodnością rozwoju akcji i przekonującym zachowaniem postaci.

Miałem Cyberpunka na premierę w komplecie z XSX (mój pierwszy i prawdopodobnie ostatni preorder w życiu), ale dowiedziawszy się o stanie technicznym gry i o licznych bugach, z którymi wszyscy się borykają, stwierdziłem, że na spokojnie poczekam sobie kilka miesięcy aż choć trochę połatają grę. Zacząłem grać na początku maja, jakoś niedługo po aktualizacji do wersji 1.22. Wygląda na to, że warto było czekać, bo o dziwo nie uświadczyłem zbyt dużo bugów, a nabiłem 80 godzin gry, a te bugi, które miałem, bardziej śmieszyły niż frustrowały. Aż szkoda, że gra na premierę nie ukazała się w tym stanie, w którym ja miałem przyjemność ją doświadczyć. Ale po kolei.
Najpierw plusy gry wg mnie:
- świat gry - miasto cieszy oko, jest super zaprojektowane, bardzo różnorodne, wielopoziomowe i zrealizowane z niezwykłą dbałością o szczegóły.
- postaci - REDzi pokazali po raz kolejny, że jeśli chodzi o kreację postaci, są w tym jednymi z najlepszych w branży. Podobnie jak w Wieśku, w Cyberpunku też każda postać ma rozbudowany charakter i zapada w pamięć, nawet jeśli pojawia się tylko na chwilę.
- fabuła - nie powiem, żeby historia była jedną z najlepszych jaką możemy doświadczyć w grach wideo, ale jednak była świetna, no i trzeba przyznać, że całkiem unikalna.
spoiler start
Nie ma chyba drugiej gry, albo przynajmniej ja nie kojarzę, w której nasz protagonista próbuje uratować się przed nieuchronną śmiercią i w której ma „diabełka na ramieniu”, który namawia go do złych decyzji (mam oczywiście na myśli Johnny’ego).
spoiler stop
- model sterowania pojazdami - słyszałem/czytałem, że ludzie są bardzo krytyczni na temat sposobu prowadzenia pojazdów w Cyberpunku, że rzekomo pojazdami steruje się topornie. Albo pół roku temu jeździło się nimi dużo gorzej i to usprawnili od tamtej pory albo to ja jestem dziwny, bo nie miałem problemu z tym jak się jeździ pojazdami. Faktycznie większością z nich kieruje się nieco topornie, no ale w rzeczywistości pojazdy też nie ślizgają się po ulicy jak mydło po wannie. Jakby nie było, to miało być RPG, a nie arcade’owa wyścigówka, więc moim skromny zdaniem, system jazdy pasował do gry.
- system rozwoju postaci i różnorodność rozgrywki - słyszałem/czytałem opinie na ten temat zarówno pozytywne, jak i negatywne. Moim zdaniem w tym aspekcie wszystko było po prostu w porządku. Fajerwerków i czegoś nie wiadomo jak nowatorskiego w tym temacie nie było, ale niczego karygodnego też nie. Zdecydowałem się grać jako netrunner. Używałem prawie wyłącznie hakowania do atakowania i obezwładniania przeciwników. Na palcach jednej ręki zliczę przypadki kiedy musiałem użyć broni palnej i było to tylko w ostateczności. Był to ciekawy sposób na ogrywanie tytułu, więc super, że była możliwość grania w ten sposób.
Minusy gry:
- questy i aktywności poboczne - W Wiesiu 3 to było wręcz najsilniejszym aspektem gry i zachęcało to do eksploracji mapy. W Cyberpunku niestety wiele z aktywności pobocznych (zwłaszcza kontrakty i przestępstwa) było typowo upychaczami, sztucznie nadmuchującymi długość gry. Wiele z nich było raczej nieprzyjemnością i czymś do czego się zmuszało niż czymś za co z chęcią się zabierało. Moim zdaniem był to mało ambitny pomysł na przedłużenie gry. Rozumiem, że twórcy włożyli mnóstwo pracy w stworzenie tego ogromnego, barwnego świata, więc chcieli by gracze spędzili w nim jak najwięcej czasu, ale mogli dać coś ciekawszego do roboty w nim. Na szczęście przynajmniej niektóre z zadań pobocznych trzymały poziom Wiedźmina 3.
spoiler start
Najbardziej zapadły mi w pamięć szukanie zaginionego siostrzeńca Rivera i quest o zmarłym żółwiu.
spoiler stop
- sztuczna inteligencja mieszkańców - choć Night City jest pięknie zaprojektowane, nie tworzy iluzji tętniącego życiem miasta. Przechodnie durnie włóczą się bez celu, a ruch uliczny jest martwy i w ogóle niezaprogramowany. Samochody losowo się zatrzymują na ulicy, nie ruszają na zielonych światłach, itp.. Nie ma absolutnie żadnej interakcji z miastem. To nie jest bug, to po prostu kiepski design. Wątpię, że REDzi zdziałają jeszcze jakieś cuda w tym aspekcie, ale kto wie.
- bugi - no, tak. Obowiązkowo należy wskazać to jako minus gry. Chyba nigdy nie będzie można jej omawiać bez wspominania bugów. Jak wspominałem, nie miałem ich zbyt wiele i nie były uciążliwe, a bardziej komiczne, ale jednak je miałem, tak jak prawdopodobnie każdy ogrywający tytuł. Jedynym uciążliwym bugiem, z którym miałem styczność to fakt, że nie dało się ciał obezwładnionych wrogów przewozić windą, tzn. wchodziłem z ciałem do windy, kładłem ciało na podłodze w windzie by móc nacisnąć przycisk jazdy w dół, ja wraz z windą udawałem się na dół, a ciało zostawało na piętrze na którym wszedłem do windy i tam lewitowało w powietrzu. Musiałem wczytywać save’y i szukać innej drogi, by zejść z tymi ciałami na dół. Miałem tak kilka razy, więc to nie jednorazowy bug. Powinni to naprawić w jakiejś kolejnej łatce. Była to na szczęście jedyna moja bolączka wynikająca z nieprawidłowego działania gry, więc odejmuję za to tylko pół punkta z mojego werdyktu końcowego.
Podsumowanie:
Osobiście wydaję mi się, że nawet gdyby Cyberpunk na premierę nie miał żadnych bugów i był stabilny nawet na konsolach starej generacji, obawiam się, że i tak nie czyniłoby to z niego tak wybitnego dzieła na jakie Cyberpunk był lansowany w zwiastunach przedpremierowych. Tak czy siak, nie zrewolucjonizowałby branży i myślę, że za parę miesięcy i tak wielu by o nim zapomniało. Nie jest to taki diament jakim był Wiesiek 3. Cyberpunk 2077 to „tylko” bardzo dobra gra, która pod paroma względami się wyróżnia, a w niektórych momentach błyszczy z niej geniusz, ale to tyle.
Mój werdykt - 8/10
Moja opinia na temat gry:
Plusy:
- przepiękny otwarty świat z ładnymi krajobrazami - w rzadko której ogranej przeze mnie grze zdarzało mi się stawać na szczycie jakiejś góry nieco dłużej niż powinienem tylko po to, by podziwiać widoki. Może to też trochę przez to, że mam słabość do klimatów postapo
- przyjemny system walki, który nigdy mi się nie nudził. Na każdą maszynę trzeba albo przynajmniej powinno się stosować inną taktykę.
- ciekawi przeciwnicy. Niby robozwierzaki i mechadinozaury nie wydają się być jakimś nie wiadomo jak oryginalnym pomysłem, ale jednak nie kojarzę by ktoś wcześniej podjął się tego, by stworzyć grę z takimi przeciwnikami w takim świecie i z taką opowieścią.
- system rozwoju postaci który jest całkiem rozbudowany, ale prosty w obsłudze i nie jest taki zastraszający lub odpychający jak w niektórych RPGach
- wzruszająca historia z fajnym morałem.
Minusy:
- questy poboczne są raczej nudnymi zapychaczami - raczej są to typowe zadanie FedExowe typu znajdź i przynieś albo znajdź i zabij
- wrogowie w formie ludzi stanowią słabe wyzwanie i mają słabe AI. Na szczęście w HZD głównie walczy się z maszynami, nie z ludźmi, więc w sumie to tylko drobny minus
- postaci drugoplanowe są jakieś takie nijakie i mało która z nich zapada w pamięć albo się wyróżnia (no może ewentualnie Rost i Sylens),
spoiler start
chociaż w sumie fajnie to zrobili, że na koniec gry te wszystkie drugoplanowe postaci napotkane przez nas w ciągu przygody, przybywają nam pomóc w ostatniej walce. Dzięki temu ta ostatnia walka jest prawie jak z Avengersów czy coś - taka over-the-top, ale w epickim stylu
spoiler stop
- po opuszczeniu pierwszej osady fabuła na pewien czas STRASZNIE zwalnia, aż do momentu kiedy zaczynamy odkrywać historię wymarcia ludzi z naszych ówczesnych czasów, zupełnie jakby twórcy nie mieli pomysłu jak pokierować fabułę przez tę część gry, ale może właśnie o to im chodziło, żeby gracz po ukończeniu pierwszej części gry myślał, że reszta gry pewnie będzie nudna, aż tu w końcu zaskakujemy się tym, że otrzymujemy całkiem epicką opowieść.
Ogólnie gra mi się bardzo podobała i polecam ją. Jest dowodem na to, że da się zrobić akcyjniaka RPG który jest ciekawy, dający do myślenia i dobrze zaprojektowany, a który nie jest ulokowany w scenerii fantasy tylko science-fiction.
Plusy gry:
- system walki - walk jest po prostu mnóstwo, ale system walki tak mi się podobał, że nigdy, przenigdy mnie nie nużyły, a wręcz przeciwnie, zawsze sprawiały przyjemność i umiarkowane wyzwanie. Co mi się też podobało, to fakt, że w grze było bardzo mało quick time eventów. QTE potrafią być fajne, fakt, ale zaczynam odnosić wrażenie, że wielu developerów wlepia ich jak najwięcej do walk, bo po prostu nie mają pomysłu jak je lepiej zaprojektować i już stają się trochę oklepane te QTE
- technologia gry - grafika, realizm i detale są na najwyższym możliwym poziomie, no i na pochwałę zasługuje również brak loading screenów (tzn. oczywiście istnieją, ale są poukrywane w rozmaitych animacjach np. w przeciskaniu się przez jakąś szczelinę, więc nie wybijają z rytmu gry)
- gra nie traktuje gracza jak debila - chodzi mi o to, że w wielu nowych grach, w których są jakieś zagadki środowiskowe na ogół gra straaaaaasznie podpowiada jak je wykonać albo chociaż podświetla co można przesunąć, z czym można dokonać interakcji, itp. w God of War tego nie ma. Zagadki są całkiem trudne, ale nie na tyle, żeby trzeba było nie wiadomo jak się nad nimi głowić albo szukać walkthrough na YT, ale jednak na tyle trudne, że gdy jakąś rozwiążesz to czujesz się jak geniusz.
- postaci i interakcja między nimi - ile razy śmiałem się z rozmów Atreusa i Kratos. Sam jestem ojcem dwójki synów, więc mogłem się w dużym stopniu utożsamić z Kratosem. Jeśli ktoś jest rodzicem to God of War jest po prostu OBOWIĄZKOWĄ grą do ogrania dla niego. Jasne, było już masę gier wyprodukowanych przez znane studia gdzie był poruszony motyw rodzicielstwa (Heavy Rain, The Walking Dead, The Last of Us), ale nigdy w takim stopniu jak w GOW.
spoiler start
A, no i jest też Mimir. Mimir jest moim zdaniem jedną z najzabawniejszych postaci z jaką kiedykolwiek miałem do czynienia w grach wideo. Jest prawie jak Wheatley z Portala 2. Jak tylko rzucał jakimś tekstem to zawsze brechtałem, jeszcze z tym jego charakterystycznym szkockim akcentem tym bardziej zabawnie te jego teksty wchodziły
spoiler stop
A teraz minusy gry... I właśnie co jest najlepsze - nie umiem doszukać się ich zbytnio.
- niby mógłbym się czepiać tego, że God of War miał mnóstwo tzw. niewidzialnych ścian (np. nie da się spaść w przepaść, zeskakiwać z pomostów, itp.), ale myślę, że czepianie się tego byłoby trochę pedantyczne, bo to aż tak nie szkodziło grze.
- niby mógłbym się czepiać tego, że nie było przycisku skakania, ale w sumie czy grze było to potrzebne? Uniki i bloki były wystarczającymi sposobami na uchybianie się przed ciosami.
- niby mógłbym się czepiać tego, że system ulepszenia ekwipunku był trochę nieintuicyjny, ale w sumie nie był jakoś nazbyt skomplikowany
- niby mógłbym się czepiać, że gra była nieco przydługa i że miała za dużo wątków pobocznych, które odwracały uwagę od głównego wątku i że przez to nieco cierpiało tempo fabuły i moje przykucie uwagi do niej, ale z drugiej strony właśnie to rozciągnięcie gry pozwalało na to budowanie relacji między Atreusem i Kratosem.
I kurczę, mam problem, bo nie czuję się stanowczy oceniając God of War na 10/10, bo pomimo tego, że nie miał w moim odczuciu wad, nie podtrzymywał nieustannie mojej uwagi, ani mnie nie poruszył jak np. Metal Gear Solid, The Last of Us czy Spec Ops: The Line. Było wprawdzie mnóstwo epickich scen,
spoiler start
np. to pierwsze spotkanie z tym ogromnym wężem z jeziora albo jak Kratos odzyskał Ostrza Chaosu albo koncówka gry, a jak Atreus prawie umarł to się niemalże poryczałem
spoiler stop
, ale jednak ogólnie gra mnie nie trzymała przez cały czas w aż takim napięciu i nie miała na mnie aż takiego wpływu. Może robię się już za stary i/lub już za dużo grałem w gry i przez to już mnie nie zaskakują?
No dobrze, odrobinę opornie, ale niech będzie - uznaję God of Wara grą 10/10! Może mnie gra nie urzekła aż tak bardzo jak spodziewałem się, że to zrobi, ale może to tylko dlatego, że po prostu już za dużo grałem w gry i już mnie mało co rusza, a za wykonanie, za technologię, za scenerie, za fabułę, za postaci, za dialogi, za ten artystyczny styl ciągłego jednego ujęcia kamery i za gameplay gra po prostu zasługuje na taką ocenę! Może i miała jakieś tam drobne wady jakby się jej uczepiło, ale na upartego każda gra jakieś tam ma i każdą można by zrobić w jakimś stopniu jeszcze lepiej. Żeby gra zasługiwała na 10/10 nie musi być w końcu idealna, musi być po prostu znakomicie zrealizowana, epicka i wybitna, a taką grą God of War zdecydowanie jest.
Po rozczarowującej (przynajmniej jak dla mnie) części Tomb Raider z 2013 roku, która wprawdzie niby nie była zła, ale spodziewałem się po niej czegoś lepszego, myślałem, że Rise of the Tomb Raider będzie jeszcze gorsze i miałem wobec niego niskie oczekiwania, ale o dziwo mile się zaskoczyłem. Moim skromnym zdaniem Rise of the Tomb Raider jest lepsze od poprzedniej części pod prawie każdym względem! Oczywiście to wyłącznie moja subiektywna opinia i ktoś może uważać inaczej.
Przede wszystkim w moim odczuciu Rise of the Tomb Raider nie cierpi na taki kryzys tożsamości jak część z 2013 roku. Tamta nie wiedziała czy chce być klonem Uncharted czy czymś innym. W Rise of the Tomb Raider twórcy poszli w rozwinięcie tego, co mi się podobało w poprzedniej części, a to, co mi się w niej nie podobało stonowali i miedzy innymi dzięki temu gra ma w końcu jakiś własny styl, wiec porównywanie jej do Uncharted jest nawet niewskazane. W ROTTM postawili przede wszystkim na eksplorację, plądrowanie i badanie okolic, a walki odstawiono na boczny plan, choć nadal jest ich trochę, ale na szczęście nałożono dużo większy nacisk na zabijanie po cichu niż na otwartą konfrontacje.
Oprócz tego są dużo bardziej otwarte tereny, questy poboczne, rozwój umiejętności postaci oraz ulepszenia sprzętu i choć nie jest to sandbox to grze chyba bliżej do akcyjnego RPG niż do akcyjnej strzelanki. Oprócz rozległych otwartych terenów jest tez masa grobowców, krypt i ruin, unikanie pułapek, rozwiazywanie zagadek, itp. których w poprzedniej części nie było prawie w ogóle. Dzięki temu ta część klimatem niekiedy przypomina trochę te części Tomb Raidera z lat 90.
Głównym minusem ROTTM moim zdaniem jest ta jakaś dziwna fabuła. To chyba nawet ta część z 2013 roku miała lepsza, no ale w sumie nie oszukujmy się - fabuła nigdy nie była mocną stroną któregokolwiek Tomb Raidera, nawet tych starych części. Postaci w Rise of the Tomb Raider są wprawdzie lepsze i bardziej rozwinięte niż w poprzedniej części, nawet antagonista jest lepszy i nawet ta Lara w końcu pokazuje jakiś charakter, czego nie robiła w takim stopniu w poprzedniej części, ale opowieść jako całość jest jakaś taka dziwna i nie trzyma się kupy, no ale może nie powinienem narzekać, bo bywają gry z dużo słabszą fabułą. Było tez trochę glitchy i niedopracowań, ale na szczęście nie były na tyle odczuwalne ani drażniące, żeby przeszkadzały w grze.
Mój werdykt - 8/10
Gra mnie jednocześnie nieco zawiodła jak i pozytywnie zaskoczyła.
Po obejrzeniu trailera do niej spodziewałem się po niej czegoś pokroju Prototype’a. I ok, ciskanie w wrogów biurkami i ławkami w sumie faktycznie jest fajne, ale to nie to samo co rzucanie w nich helikopterami i autobusami, heh. Właściwie to gameplayowo gra przypominała mi bardziej BioShocka niż Prototype’a, w takim sensie, że też się jest w zamkniętym kompleksie, w którym kontrolę nad ludźmi przejęła jakaś dziwna siła i też jest pół strzelania, pół używania specjalnych mocy (w Prototypie strzelanie było praktycznie zbędne), chociaż Control jest dużo dynamiczniejszy niż BioShock.
Fabuła Controla jest jeszcze dziwniejsza niż myślałem, że będzie. Mam wrażenie, że twórcy chyba naoglądali się za dużo Z Archiwum X, więc w sumie trzeba do tej fabuły podejść trochę z przymrużeniem oka, ale miała swoje epickie momenty, jak np.
spoiler start
ten labirynt prawie pod koniec gry!!
spoiler stop
Silnik gry i jej fizyka są imponujące i robią wrażenie, a niekiedy wręcz są WOW! Ale jednocześnie chyba nie do końca to dopracowali, bo jest nawet dosyć glitchy, spadków FPSów i pełno loading screenów, ale to pewnie w dużej mierze wina tego, że grałem to na PS4. Na PC gra pewnie działa dużo lepiej. No ale to też nie tak, że na PS4 gra jest niegrywalna czy coś i mimo wszystko imponuje ta fizyka i mechanika gry.
Ogólnie myślę, że to mimo wszystko nawet bardzo dobra gra. Trochę by ją bardziej dopracowali i fabułę nieco dopieścili to może nawet dałbym jej 9/10. Tak jest 8,5/10.