15 Lipca 1410 roku - ta data do dziś przyprawia mnie o dreszcze. Kilkoro z moich braci oraz ja byliśmy ukryci wśród licznej Polskiej armii. Mieliśmy im pomagać wygrać tę bitwę z Krzyżakami - największymi sprzymieżeńcami naszych największych wrogów. Nie wiedziałem dokładnie co się dzieje, gdyż byłem w jednym z ostatnich rzędów tej wielkiej armii. Nagle coś się ruszyło. Rycerze przede mną zaczęli biec do przodu krzycząc "Ku zwycięstwu!". Wtedy ja też zacząłem biec do przodu przeciskając się przez tłumy do pierwszych rzędów. Wtedy poczułem okropny ból w ramieniu. Gdy spojrzałem w jego stronę zobaczyłem że jest w nie wbita strzała, a mój biały strój w tym miejscu stał się czerwony od krwi. W biegu wyciągnąłem strzałę i rzuciłem ją na ziemię. Ten ból dał mi jeszcze większą energię. Nagle spostrzegłem szereg zakonników w białych strojach siedzących na koniach. Podbiegłem w tamtą stronę, skoczyłem i zepchnąłem jednego z krzyżaków z konia wbijając mu moje ukryte ostrze w tył głowy. Zanim reszta moich celów zorientowała się co się dzieję leżała już na ziemi ze strzała wbitą w głowę. Gdy schowałem mój łuk uspokoiłem konia i popędziłem na nim w stronę obozów wroga i wyciągnąłem miecz. Gdy przebijałem się przez tłumy raniąc lub zabijając wszystkich napotkanych krzyżaków koń ukradziony mojej pierwszej ofierze zrzucił mnie ze swojego grzbietu i uciekł. Krzyżacy otoczyli mnie ze wszystkich stron, ale ja dobrze wiedziałem co mam zrobić. Podciąłem ich wszystkich naraz, a potem dobiłem każdego z osobna sztyletem, ale nadchodzili coraz to nowi zakonnicy chcący mojej śmierci. Myślałem że to mój koniec, lecz nagle jednemu z nich przez brzuch przebiło się ostrze. Krzyżacy zaczęli padać jeden po drugim. To polska armia ruszyła mi na ratunek! Gdy Krzyżacy leżeli już na ziemi rycerze pobiegli przed siebie ku zwycięstwu, a ja wraz z nimi. Nagle zobaczyłem uciekającego z pola walki krzyżaka wraz z gwardią. To był wielki mistrz! Zacząłem biec w jego stronę z ogromną prędkością omijając wszystkich rycerzy i zakonników. Wybiłem się i w powietrzu kopnąłem zakonnika w plecy zwalając go z konia. Potem pozbyłem się jego gwardii wbijając im kolejno ukryte ostrze w twarz. Gdy wszystkich wykończyłem wróciłem do czołgającego się do ziemi mistrza i z wielką satysfakcją wbiłem mu w plecy sztylet po czym wykrzyknąłem - Wielki mistrz nie żyje, to już koniec tej bitwy!