18 lipca 1898 Zakradłem się nocą, do ich rezydencji. Nie wiedzieć czemu, zawsze napotkam kogoś kto staje mi na drodze. Pozbyłem się wroga i ukryłem jego ciało w najbliższych krzakach. Zacząłem się wspinać po ścianach rezydencji. Wszedłem właśnie na balkon gdy usłyszałem rozmowę. Wiedziałem, że jeśli chcę ocalić honor mojej rodziny, wyrównać rachunki. - Nie możemy! - To nie ty będziesz decydowała! - słysząc ten głos już wiedziałem co miałem robić. Mój największy wróg był na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło pozbyć się go i jego żony i moja sprawa byłaby rozwiązana. - Już mówiłam tego nikt nie dostanie! - Musimy to przekazać Asasynom. Co jeśli Templariusze, posiądą tą wiedzę wcześniej. - A co jeśli ktoś z Asasynów, użyje te go do własnych celów? - Wiesz dobrze że jeśli nie podzielę się informacjami z moim bractwem, mogę zginąć. - Wiem, ale jeśli nasze badania trafią w niepowołane ręce... - Przemyśl to i tak nie ma wyjścia. - Dobrze zastanowię się jutro, teraz idę spać. - Dobranoc. W tym momencie, już wiedziałem co należy zrobić. Najpierw muszę zabić Pierre’a Curie, a potem wykraść wyniki badań. Drzwi od pokoju zatrzasnęły się i mój największy wróg został sam. Wszedłem do pokoju, przez balkon. Ruszyłem od razu do przodu i zaatakowałem Perre’a. Złapałem go od tyłu i zacząłem dusić, lecz zdołał się wyrwać. Złapałem za wazon, leżący na stole i trafiłem nim prosto, w jego głowę. Myślałem że zemdlał, lecz on nagle się zerwał i w błyskawicznym tempie, przyłożył mi nóż do szyi. Zapytał mnie: - Kim ty jesteś!? – Nie odpowiedziałem mu, ale poczułem jak nóż wbija mi się coraz mocniej w moją szyję. - Powtarzam, kim jesteś? – Nie mogłem wytrzymać bólu, więc powiedziałem mu prawdę. - Germain, mówi ci coś to nazwisko? - Coś ty za jeden? – Musiałem mu powiedzieć. - Jetem jego przodkiem. - Więc jesteś moim wrogiem, Anno Dorian był moim przodkiem. - Anno Dorian zabił Francisa Germaina, a teraz ja przybyłem cię zabić. - Na razie, to ja mogę pozbyć się ciebie. – Myślisz, że przybyłem tu sam. – Uśmiech na mojej twarzy prawie zdradził kłamstwo, ale się powstrzymałem. – Uwolnij mnie. - Cóż z tego, skoro i tak zginę? – Wiedziałem że mój przeciwnik uwierzył w to, że przybyłem z innymi członkami zakonu. – Uwolnij mnie, a nie zginiesz. – Wolę walczyć. – Wiem, że niedługo zostaniesz sławnym chemikiem, szkoda że nie będziesz się mógł nacieszyć z odkrycia Polonu. – Co dokładniej mam zrobić? – Wiedziałem już, że zasiałem ziarnko niepewności i teraz trzeba tylko czekać, na stosowną sytuację. – Templariusze chcą waszych wyników badań. Wiedzą, że odkryliście kolejny pierwiastek, ale chcą wiedzieć wszystko z wyprzedzeniem. – Nie! – krzyknął. Była to moja ostatnia szansa. Koniec ostrza odchylił się lekko od mojej szyi. Odepchnąłem przeciwnika, który poleciał na regał z książkami. Miał on już ruszyć do ataku, gdy zdałem sobie sprawę, że go nie pokonam i jedyną szansą jest ucieczka. Wybiegłem na balkon, wiedząc że nie wykonałem zadania, ale wolałem przeżyć. Byłem już w ogrodzie. Krzyknąłem jeszcze: - I tak Cię kiedyś znajdę, a wtedy nic Cię nie uchroni przed śmiercią. Biegłem co sił w nogach, aż zostawiłem mojego największego wroga daleko za sobą, wiem że ponownie zhańbiłem mój ród, ale strach zwyciężył. Kiedyś i tak zabiję Perre'a