Całkiem niedawno przeczytałam Ucztę dla wron (Zysk i s-ka) i oniemiałam: w życiu czegoś takiego nie widziałam, to jest jakiś redakcyjny gniot, jakaś wydawnicza katastrofa!!! Nie wiem jak wydawnictwo ośmiela się sprzedawać taki bubel, jak im nie wstyd. Tłumaczenie jak by ktoś żywcem wrzucił tekst w translator. Jak to się stało że książka trafiła w takim stanie do czytelnika? Nawet jeśli tłumacz był marny, to przecież tekst przechodzi przez redakcję! Również na etapie składania tekstu osoby które się tym zajmują, mają możliwość zaznaczenia błędów i odesłania do ponownej korekty. Ręce opadają. Co do tego nieszczęsnego autora tłumaczenia: początkowo wydawało mi się że niedostatecznie zna angielski, ale po dłuższej analizie śmiem zaryzykować tezę że może jednak nie angielski jest tu problemem, ale zbyt słaba znajomość języka polskiego. Prawdopodobnie jest to osoba wychowana w polskiej (może polsko-angielskiej) rodzinie w anglojęzycznym kraju. Sama od lat mieszkam za granicą i obserwuję jałowienie języka polskiego u emigrantów a szczególnie u ich dzieci. Niby mówią po polsku ale szyk już jest angielski :) no i te potworki językowe :). Polecam przeczytać Martina w oryginale, przekład polski to wyrzucone pieniądze.
Całkiem niedawno przeczytałam Ucztę dla wron (Zysk i s-ka) i oniemiałam: w życiu czegoś takiego nie widziałam, to jest jakiś redakcyjny gniot, jakaś wydawnicza katastrofa!!! Nie wiem jak wydawnictwo ośmiela się sprzedawać taki bubel, jak im nie wstyd. Tłumaczenie jak by ktoś żywcem wrzucił tekst w translator. Jak to się stało że książka trafiła w takim stanie do czytelnika? Nawet jeśli tłumacz był marny, to przecież tekst przechodzi przez redakcję! Również na etapie składania tekstu osoby które się tym zajmują, mają możliwość zaznaczenia błędów i odesłania do ponownej korekty. Ręce opadają. Co do tego nieszczęsnego autora tłumaczenia: początkowo wydawało mi się że niedostatecznie zna angielski, ale po dłuższej analizie śmiem zaryzykować tezę że może jednak nie angielski jest tu problemem, ale zbyt słaba znajomość języka polskiego. Prawdopodobnie jest to osoba wychowana w polskiej (może polsko-angielskiej) rodzinie w anglojęzycznym kraju. Sama od lat mieszkam za granicą i obserwuję jałowienie języka polskiego u emigrantów a szczególnie u ich dzieci. Niby mówią po polsku ale szyk już jest angielski :) no i te potworki językowe :). Polecam przeczytać Martina w oryginale, przekład polski to wyrzucone pieniądze.