[1] Każda akcja wygląda tak samo. Raz! Dwa! Trzy! Wchodzimy! Ruszać się, ruszać się! Wejście do budynku zajmuje dwie sekundy, nie więcej. Każdy doskonale wie co ma robić. Zajmujemy pozycje i pilnujemy wyznaczonego rewiru. A jednak ta wyglądała inaczej. Po wejściu nie nastąpiło to co zazwyczaj – nikt nie był zaskoczony, nikt nie strzelał.
[30] Zająłem swoją pozycję i celowałem w niego.
[16] Stał do nas zwrócony bokiem, z karabinem w rękach. A więc tak wyglądał najgroźniejszy „bojownik o wolność” jak lubił siebie nazywać Ivan Garos. Setki stron akt na jego temat, godziny spędzone na studiowaniu jego profilu psychologicznego. Urodzony na Białorusi, ojciec Grek, matka Białorusinka, wychowywany tylko przez nią. Od dziecka miał kontakt z rosyjską mafią. W wieku siedemnastu lat sprzedawał pistolety lokalnym gangsterom. Po upadku ZSRR wyjechał do Iraku. Miał kontakty i szybko wspinał się po drabinie terrorystycznego świata. Pierwsza poważna akcja – atak na bazę amerykańskiej armii. Całkowicie mu się udała, miał talent, potrafił planować. Po tym stał się za bardzo znany, musiał usunąć się w cień. Jednak od czasu do czasu gdzieś na świecie wybuchła bomba, ktoś się utopił, ktoś został zastrzelony. Zawsze byli to ludzie ze sporymi wpływami. I zawsze nie udawało się znaleźć sprawcy. Ale ja wiedziałem, że to on. Teraz miałem go na muszce.
[28] Kazał swoim ludziom opuścić broń. Powiedział:
- Pewnie się zastanawiasz co robię?
Faktycznie, byłem kompletnie zdezorientowany, nie miałem pojęcia, co on kombinuje. Miał aksamitny, mocny, męski głos. Gdybyśmy stali po tej samej stronie, byłby moim ulubionym dowódcą. Kazałem ludziom skuć tych dwóch którzy z nim byli. Sam też odłożył karabin.
- A więc czego się spodziewałeś? Najcięższej strzelaniny w karierze, może rany, może medalu? Na pewno znasz moje osiągnięcia. Na pewno musiałeś odkryć, że nie ma w nich nic z szaleństwa. Wszystkie są znakomicie przygotowane. To właśnie zimne wyrachowanie przynosi sukces. Sama chęć nie wystarczy, trzeba jeszcze mieć trochę oleju w głowie, żeby nie dostać kulki przy pierwszej lepszej okazji. Człowiek wielki sam decyduje, kiedy wypada z branży.
Popełniłem błąd. Nie skułem go do razu. Opuściłem mojego UMP-45. Wykorzystał to. Wyszarpnął ukrytego Glocka, spojrzał na mnie i strzelił. Nie zareagowałem. Jego kumple też nie. Kula przeszyła mu czaszkę, na podłogę wylała się krew i trochę mózgu. Na moich oczach pozbawił się życia człowiek, który na przynajmniej dziesięć lat mógł rozwiązać problem terroryzmu na bliskim wschodzie. Nie wiem, czy się z tego wytłumaczę.
[23] Roxi siedziała naprzeciwko mnie, rozkraczona, niesamowicie podniecająca. Piękna dziewczyna, piękne imię, parszywy zawód. Poznałem ją w ogólniaku, chodziliśmy razem do klasy. Oboje chcieliśmy iść na lotnictwo, jak widać, mi nie wyszło. Najpierw trafiłem do piechoty, potem do snajperów. Przeniosłem się do komandosów. Gdy wyszedłem z woja, wstąpiłem do oddziałów specjalnych policji. Tam znowu spotkałem Roksanę. Później się dowiedziałem, że ma licencję pilota śmigłowców wojskowych. To była nasza czwarta akcja razem. Dobrze mieć w oddziale kogoś, kogo zna się trochę dłużej. Zawsze można na niego liczyć. W czasie akcji i po. Lubiłem te kilka chwil, które następowały po wykonanej robocie, kiedy czekaliśmy na transport. Zawsze siedzieliśmy razem, w ciszy. Nie trzeba było nic mówić. Wiedzieliśmy, że to kolejny happy end. Żyliśmy. Nie liczyło się nic innego.
[29] Zbieramy się, robota wykonana, transport przyjechał.