Wyczerpana, pełna ran drużyna dość szybko doszła do rozdroża które zarazem było najjaśniejszym miejscem od wejścia w korytarze. Zatrzymali się tutaj na moment żeby wstępnie opatrzyć swoje rany.
-W prawo! – siarczyście powiedziała do Grimesa Micareth w grymasie wściekłości na twarzy.
Choć wiedziała ,że nie powinna się kłócić z porucznikiem niechęć do umierania zrobiła swoje. Przed drużyną stał wybór, dwie drogi, ta prowadząca na prawo, wyglądająca na względnie zadbaną, przynajmniej dopóki ciemność nie pochłaniała jej całkowicie już kilka metrów dalej. Druga prowadząca na lewo, dało się dostrzec wyschnięta krew na ścianach która kiedyś ściekała na podłogę. Sha’anks który stał bliżej światła niż inni potwierdził słowa Micareth.
- Gdy ciało Miltena osunęło się na ziemię dojrzałem wystający zwitek papieru, była to mapa najbliższych korytarzy.
Choć nikt nie powinien zauważyć w tamtych ciemnościach lekko wystającej kartki, kocie oczy dały o sobie znać, jednak nadal było zbyt ciemno ,żeby zauważyć szlaczki układające się w mapę. Grimes poczerwieniał ze złości, mogłoby się wydawać ,że powodem mogło być dowiedzenie się dopiero teraz o mapie. W rzeczywistości zdenerwował się ,że ta dwójka jeszcze całkiem niedawno nic nie znaczących więźniów utarła mu nosa. Ruszyli dalej, znowu Sha’anks ruszył przodem ,żeby wyszukiwać pułapek, kilka znalezionych rozbroił. Stało się coś co zmroziło wszystkim krew w żyłach, niby nic wielkiego, ziemia się zatrzęsła. Przez sekundę po trzęsieniu dało się usłyszeć wściekłe krzyki, podobne bardziej do armii przed decydującą bitwą, armii żądnej litrów wylanej krwi, niż do osób torturowanych w lochach. Słowa Miltena odbijały się echem w głowach drużyny „Wszystkich naprawią. No, was nie zdążą”, „posiłki są już w drodze. Moje posiłki…”. Po czole Micareth spłynęła kropla zimnego potu, Sha’anks przełknął głośniej ślinę ale szli dalej, nikomu nie podobał się pomysł zatrzymania i czekania na to co przyniesie czas. Niestety kawałek mapy zaraz miał się skończyć. Okropne uczucie świadomości ,że nie wiedzą gdzie tak naprawdę powinni pójść, oraz ,że zbliża się do nich nieuniknione o czym myśleli z minuty na minutę, wydłużał im ich podróż w nieskończoność. Kolejne rozwidlenie dróg, trzy korytarze, na każdym z rozwidleń były potężne kolumny z pięknymi zawiniętymi wykończeniami u góry oraz wyrzeźbione topory u spodu. Tutaj już nie mogli użyć mapy, liczyli na jakiś znak, i dostali. Nad głowami przeleciał im jeden jedyny nietoperz, być może jedyna istota która w tym miejscu nie czekała na ich wykrwawienie bądź stracenie sił z głodu. Choć nie mieli pewności czy nietoperz to dobry znak Vera ich do tego przekonała. Po drodze spotkali kilka wychudzonych, nadgnitych postaci w starych zniszczonych przez kieł czasu zbrojach. Na ich nieszczęście zostali przywitani przez te agresywne postacie krzykiem umarłych, a hałas to ostatnie czego chcieli. Angry wymierzył w ich kierunku kilka potężnych ciosów toporem, Micareth wykonała unik a następnie przeszyła klatkę piersiową jednego z Draugów, niestety przepuściła za siebie dwa inne które ruszyły z pełną prędkością na Verę. Znajdowała się bardzo blisko reszty przez co zdążyła powalić tylko jednego swoją wiązką energii natomiast plecy drugiego przebiły dwa sztylety Sha’anksa. Po tym wydarzeniu popatrzyli przez moment na siebie, kiwnęła mu głową w podziękowaniu. Wszyscy sobie zdawali sprawę z tego że tych kilka draugów to był początek do czegoś większego. Po chwili weszli do ogromnej komnaty, pierwsze co się rzucało w oczy to stojący tyłem do nich, wykonany z marmuru, bogato zdobiony fotel na środku sali, żeby do niego podejść trzeba było najpierw wejść po schodach na wysokość około metra. Pod schodami znajdowało się coś na wzór fosy obitej kamieniem dookoła, pewnie kiedyś płynęła tam woda, bardzo dawno temu. Natomiast dookoła tejże fosy droga, na szerokość około trzech metrów, na ścianach ogromne posągi przedstawiające po dwie postacie z każdej rasy żyjącej w Skyrim, męską oraz żeńską. Pod każdym z nich znajdowały się stojące drewniane trumny, tym razem już widoczne było że wcale nie są tak stare jak reszta tego miejsca. Drużyna podążając Grimes’em obeszła miejsce dookoła stając jak wryci przed omówionym wcześniej tronem. Siedziała na nim postać odziana w czarne szaty mające na środku nieco jaśniejszy pasek, mająca zamiast głowy czaszkę jelenia z ogromnym porożem. Na klatce widoczny był zwisający naszyjnik w kształcie pofalowanego sztyletu. Wszyscy jednogłośnie stwierdzili ,że czują się obserwowani przez tą postać, choć nie było po niej widać oznak życia, a ów naszyjnik przyciągał ich uwagę bardziej niż to co ten naszyjnik nosiło.
- Sha’anks, zdobędziesz ten naszyjnik.
-Ależ pa-pa-panie poruczniku, Sha’anks myśli że to może nie być najlepszy pomysł
-Bez gadania, jesteś w tym najlepszy, a co jeśli to nam uratuje później życie?
Shanks ruszył sprężystym kocim krokiem aby wypełnić powierzone mu zadanie. Grimes obserwował odruchowo otoczenie dookoła aby mieć pewność ,że nic się nie wydarzy, poddenerwowana Micareth samoistnie naprężyła mięśnie i zacisnęła mocniej dłoń na rękojeści, Vera ze spokojem obserwowała każdy krok sojusznika. Sha’anks będąc bardzo blisko zdołał już zahaczyć pazurem o naszyjnik, w tym momencie postać wstała żwawiej niż nie jedno dziecko, potwór znacznie przewyższał Sha’anksa który wyglądał w tej sytuacji niewiele lepiej niż dziecko przy dorosłym. Wtedy rozległ się krzyk, którego barwa głosu nie kojarzyła się z niczym ze świata żywych. Wraz z krzykiem ciało każdej osoby przeszył chłód, „FUS”, potężna fala powietrza uderzyła drużynowego złodzieja który w ułamku sekundy znalazł się kilka metrów od przeciwnika, zaskoczenie nie pozwoliło mu się obrócić na czas, uderzył głową w kamienną posadzkę i stracił przytomność. Reszta przyjaciół straciła od podmuchu równowagę i się przewróciło. Demon podniósł swoje kościste dłonie ku górze wypowiadając swoim chłodnym, martwym głosem inkantację w nieznanym języku. Z grobów zaczęły wychodzić kolejno wszystkie gatunki od Nordów i innych ludzkich ras zaczynając, przez Elfów i Argonańczyków którzy byli przerośniętymi, humanoidalnymi jaszczurkami, kończąc na orkach, wszyscy uzbrojeni po zęby. Angra jako pierwszy się pozbierał i unosząc topór ruszył swoim ogromnym w porównaniu do reszty członków drużyny ciałem wprost na przywódcę wroga. Jednak przeciwnicy w przerażającym tempie otoczyli naszych bohaterów i tym samym zagrodzili im drogę do swojego przywódcy. Sojusznicy utworzyli wokół nieprzytomnego Khajiita coś na wzór szyku, choć widząc ich w tym momencie można by to przyrównać bardziej do zabawy w rycerzy paru dzieciaków na podwórku. Grimes przeklął w sobie że nie miał ze sobą w tym momencie bardziej wyszkolonego oddziału, lecz wiedział też że nie chciałby narażać swoich ludzi walkami takimi jak ta. Puste oczy kościanej postaci wpatrywały się w nich z podwyższenia, podniosła rękę jednak nadgarstek był luźny przez co dłoń opadała pod swoim ciężarem, wrogowie ruszyli do ataku. Grimes zarzucił sobie Khajiita na ramie trzymając go jedną ręką, drugą trzymał ogromny topór. Ruszył w krzyku przed siebie tnąc szaleńczo w stronę przeciwników, część straciła równowagę od uderzenia w tarczę, druga część uniknęła ciosu, choć nie udało się zadać żadnych ran utorował sobie drogę. W ślad za nim ruszyła Vera oraz krzycząca Micareth, chociaż był to kobiecy krzyk, który wydawałoby się nie powinien mieć miejsca na placu boju, w momencie takim jak ten dodawał odwagi bliskim śmierci towarzyszom a także niej samej. Grimes przekonany o tym że zaraz otrzyma śmiertelną ranę od strony po której niósł towarzysza został uratowany przez wiązki energii. Micareth która była niewielka w porównianiu do przywódcy dobrze to wykorzystała i chowając się za jego ciałem cięła przeciwników po nogach którzy upadali po jej precyzyjnych cięciach jeden po drugim na ziemię, znaleźli się przed demonem. Grimes chciał wykonać szybki cios jednak okazał się być beznadziejnie wolny w obliczu przeciwnika, który zachował się tak jakby przewidział to co się miało wydarzyć. Wróg zacisnął swoje długopalce kościste dłonie na szyi Grimesa, nawet ten względnie potężny Grimes był przynajmniej o dwie głowy niższy od przeciwnika. Został podniesiony ręką którą był duszony nad ziemię z taką łatwością jakby grawitacja w tym momencie nie istniała. Angra jeszcze chwilę temu próbujący się ocalić ze śmiertelnego uścisku zaczął w końcu tracić siły i opuścił ręce. Micareth chcąca go uratować ruszyła na przeciwnika aby przebić mu klatkę jednak została pchnięta z ogromną siłą po czym wylądowała na Verze. Wiszący nad ziemią Angra zaczął tracić przytomność, cień mu przysłaniał ostatni widok jakim była ogromna czaszka. Sha’anks leżał wciąż nieprzytomny a Micareth wraz z Verą widziały zbliżających się z każdej strony przeciwników. W ostatnim tchnieniu walki o swoje życie, Grimes poczuł pod opuszkami palców oparty o jego nogę topór który wcześniej upuścił. Z całej pozostałej mu siły machnął ku górze i uderzył wroga końcem rękojeści w kościsty, biały jak śnieg pysk po czym upadł bezwładnie na ziemię. Horda przeciwników która ich otaczała ruszyła w jego stronę jednak w momencie w którym wszyscy wpadli na teren wokół tronu podłoga zapadła się pod ich ciężarem. Pył opadał a obolały zespół podnosił się. Szczęśliwym trafem większość przeciwników zostało przygniecionych a reszta była ogłuszona od upadku. Jednak Micareth gdzieś zniknęła, spod gruzów było słychać przyduszony krzyk, Angra ostatkiem sił podniósł głaz pod którym leżała Micareth. Na całe szczęście zasłoniło truchło jednego z przeciwników dodatkowo przebite przez nią na wszelki wypadek. Ocucili Sha’anksa który jeszcze nie rozumiał co się dookoła niego dzieje. Rozejrzeli się, do miejsca z którego spadli było przynajmniej dziesięć metrów więc nie było możliwości aby wrócili, z miejsca gdzie byli teraz rozciągały się dwa korytarze. W jednym z korytarzy była ogromna pozłacana brama, z powyginanych w slalom prętów oraz z przyozdobieniami w kształcie sztyletów, niemal od razu każdy z nich przypomniał sobie o naszyjniku. Znaleźli ciało przygniecione gruzem spod którego wystawała tylko kościana głowa i kawałek szyi, jedno z poroży było złamane. Drużyna popatrzyła po sobie po czym kiwnęli wszyscy głową, Angra stanął nad głową potwora i z całej siły przepołowił ją ostrzem toporu. Zdjęty naszyjnik który okazał się być kluczem przyłożyli do miejsca w bramie które idealnie do niego pasowało i przekręcili. Drużyna usłyszała głośny trzask starego, dobrze wykonanego zamka, jednak trzask był na tyle głośny że zbudził przeciwników którzy nie byli przygnieceni przez głazy. Niestety nie zginęli razem ze swoim panem chociaż każdy miał taką nadzieję. Widok był okropny, właśnie udało im się cudem uciec szponom śmierci, a przeciwnicy którzy ich prawie wykończyli znowu wstali. Pierwszym który wstał był ork który wpadł w szał. Dobrze że mieli już otwarte wrota bramy, zaczęli przez nie szybko przechodzić, wtem ork w berserkerskim szale doskoczył do nich jednym susem. Całe szczęście nie miał broni którą stracił gdzieś pod gruzami. Uderzył z całej siły w Grimesa który jako jedyny jeszcze pozostał przed wrotami bramy i pomimo przeważającej postury i założonej gardy zatoczył się po wściekłym uderzeniu przeciwnika. Sha’anks złapał i wciągnął przywódcę za bramę a dziewczyny pośpiesznie ją zamknęły i wyciągnęły amulet. Szybkim krokiem ruszyli dalej a za plecami słyszeli wściekłe ryki wrogów, czuli jak sama śmierć siedzi im na karku. Następny kilometr pokonali w ciszy, myślami pogrążeni wokół tego co się działo jeszcze chwilę temu. Wiedzieli że wysłanie ich do podziemi Blackreach nie będzie bezpieczne ale to co tu spotkali przeraziło ich bardziej niż to co sobie wyobrażali. W tym milczeniu doszli do ogromnej komnaty, to co tu odkryli przyćmiło ich poprzednią walkę. Nie wiedzieli czy powinni się odwrócić na pięcie czy jednak zostać, widząc to ich wewnętrzny głos targał nimi na lewo i prawo jakby byli liściem na wietrze. Jednak co by w tej chwili nie myśleli i nie chcieli zrobić, bez wątpienia wiedzieli ,że to co widzą to bardzo ważne odkrycie a trzymany przez nich naszyjnik jest jednym z czterech potrzebnych kluczy.