O tym samym pomyślałem: prawo dziedziczenia Mendla: Techland (dobre / złe) + CD Projekt (dobre / złe) =
dobre / dobre, dobre/złe, złe/dobre, złe/złe.
25%, że wyjdzie mesjasz gier tego segmentu, 50% że utrzymają poziom, 25% że lepiej o tym zapomnieć
Wydaje mi się, choć filmu dawno nie widziałem, że tytuł "Na drodze gniewu" ma o tyle sens, że dla większości osób "Furia" kojarzy się z istotą z mitologii greckiej, która miała być uosobieniem zemsty (czy jakoś tak). Zatem "Na drodze gniewu" (gniew<=>zemsta) jest, moim zdaniem, dosyć racjonalnym tytułem. Dobrym? Nie, ale ostatecznie do obronienia.
Ale rozumiem twoje podejście, sam mam tak z tłumaczeniem tytułu "Arrival" na polski. U nas to "Nowy Początek", co jest kretyńską nazwą, bo cały film opiera się na tym, że czas jest nielinearny (jest kołem), więc nie istnieje w nim coś takiego jak początek
Stonuj, człeku szanowny, bo tworzenie gównoburzy nic w dyskusji nie da. Jakoś tak po prawdzie bardziej wolę Halo i Titanfalla od CoD-a, bo są tak naprawdę mroczniejsze. Wbrew pozorom. Halo, po pierwsze, trzyma się klasyki - trudne, skillowe, wymaga od gracza rzeczywistego wysiłku, a przy tym pod kolorowymi pancerzami wrogów, pojazdami kosmicznymi i zieloną trawką jest naprawdę porządna, wysokiej jakości fabuła, nie raz pokazująca nieco niewygodne fakty. Halo 4 na przykład zaczyna się od przesłuchania, na którym wychodzi na jaw, że Spartanie (Master Chief i spółka) to porwane dzieci, którzy żołnierzami stali się na skutek stałych eksperymentów. A CoD-y? Udają powagę, ale tak naprawdę to filmy akcji z bzdurną fabułą o wielkich bohaterach. CoD WW II czy Infinite Warfare - w obu jest pan wielki i silny superbohater, który gołą łapą kładzie zastępy wroga w akompaniamencie wybuchających jak zbiorniki benzyny samochodów czy innych czołgów. W Halo też się zdarzają takie sceny akcji, jasne, tylko w nich gracz skupia się nie na tym, by wyjść z ognia w slow motion i dziewką w ramionach, tylko żeby się po prostu z niego wynurzyć i w miarę możliwości nie dostać plazmą w dekiel. Dalej? Ścieżka dźwiękowa. Kto odmówi tej z Halo epickości, niech pierwszy rzuci kamieniem, sam facjatę nadstawię jeszcze. Warthog Run pamięta... mało kto nie pamięta, to klasyk. O którym utworze z CoD lub BF-a można to powiedzieć?
Żeby nie było, że jestem jakimś fanboyem Halo - porównajmy Titanfall 2 z np. BF 1. Oba są z 2016 roku, więc uznaję to za sprawiedliwy podział. Ograłem obie gry, co prawda TT2 u kumpla i stwierdzić mogę jedno: wolę Titanfall. Postaci nie są obsmarowane patetyzmem, są po prostu ludzkie. Porównując: śmierć dowódcy w początkowym etapie Titanfalla 2 a śmierć... brata, czy tam innego kuzyna w BF 1: W TT zareagowałem dość emocjonalnie, no autentycznie śmierci typa było mi szkoda, chociaż rozmowy z postacią gracza prowadził tam góra 15 minut. Pewnie sporo mniej. "Brat" w BF-ie... no przebił się człowiek przez wszystko, znalazł trupa w deszczu... i nic. Zupełnie. Postaci w TT mają charakter, te w BF 1 po prostu deklamują patetyczne hasła lub udają cierpienie. To jak porównywanie Keanu Reevesa z... no nie wiem, Stevenem Seagullem? Reeves aktorem idealnym nie jest, ale to spoko gość. Nie musi być superbohaterem, by ludzie go lubili, bo po prostu jest człowiekiem. Ma załamki, ma euforie, chodzi z kumplami na spotkania, kupuje sobie lody. A Seagull? Aktor-legenda, spec od sztuk walki, ale w rzeczywistości to zwykły burak z przerostem ambicji i ego rozmiarów Pałacu Kultury. Do czego dążę - postaci w TT zdecydowanie nie są idealne. No perfekcji nie osiągnięto. Ale postaci są na tyle do polubienia, że można to wybaczyć. No i wielkie mechy bojowe to zasuwiste zastąpienie dla czołgów. Kontynuując, postaci w BF-ie są... no właśnie zbyt patetyczne, zbyt aktorskie, a za mało ludzkie, jakby gra chciała przekazać "Wojna jest zła." i nie podawać argumentów.
Tego, co masz w Halo, zwłaszcza więzi Chiefa z Cortaną (czy też teraz Weapon?) zastąpić się nie da.
No sorry, taka moja opinia, człeku zacny
Witam w klubie, ja tak miałem przez pewien czas w Destiny 2 (questy z meczami PvP nadal czekają aż mi skoczy wskaźnik masochizmu)
Chyba możemy przyjąć taki punkt widzenia, że w grach singleplayer cheaty na własny użytek są akceptowalne. Podkreślam, że własny, bo oczywiście w speedrunach to nadal oszustwo. W grach multiplayer - wyszydzać, oblewać smołą i pierzem. Kto na cheaterach się nie przejechał, niech pierwszy rzuci kamieniem. Zgadzam się przy tym z autorem, nie ma co walczyć wyłącznie ze skutkiem.
Mniszek lekarski - piękny kwiatek, ale jednocześnie tak naprawdę chwast. Jeśli chce się go pozbyć, trzeba walczyć jednocześnie z częścią naziemną i korzeniami. Jeśli pozbędziemy się kwiatu, nowy wyrośnie z korzeni. Jeśli pozbędziemy się korzeni, pozostawiony na trawie kwiat może i tak rozrzucić zarodniki. Trzeba wyrwać i spalić oba. I w grach podobnie: trzeba pozbyć się i firm produkujących hacki i graczy, którzy z nich korzystają.
Z pistoletem na czołg, z motyką na słońce, ale lepszego rozwiązania nie ma
Ja tam Odyseję polubiłem. Wolne tempo i utwory Straussa są bardzo na miejscu, tak samo efekty praktyczne, które moim zdaniem jakoś specjalnie się nie zestarzały. Jasne, konwencja się zmienia, metody nagrywania i materiały też, ale prawda jest taka, że dobrze wykonany efekt praktyczny może cieszyć przez lata. Pamiętasz kadr ze Star Wars, kiedy Luke, Han Solo i Leia patrzą przez świetlik/okienko na lądowisko, na którym stoi Sokół Millenium? To namalowany obraz, nie prawdziwa scenografia, chociaż tak właśnie wygląda.
Obejrzałem Odyseję raz, rok temu i początkowo... nie to, że mi się nie podobała, ale wydawała się... dziwna. Nieco niepokojąca. Ale im dalej od obejrzenia, tym bardziej chcę zobaczyć ją ponownie. Właśnie z tego powodu, że to kino pytań, technologicznie bardzo oparte w rzeczywistości.
Spodziewasz się dźwięków silników w kosmosie? A w czym dźwięk ma się przenosić, jeśli to próżnia? Kompozycję Straussa to inna kwestia, bo jego utwory są przeznaczone dla widza, nie dla bohaterów filmu. To nie film przygodowy, akcji czy nawet przyrodniczy, to film pytający, otwarty i emocjonujący. Jak parowóz - nie jest szybki, nie jest cichy, ale majestatu nie można mu odmówić.
Jeśli sądzisz, że film jest nudny, może powinieneś przystanąć na moment i zastanowić się, czy to Odyseja jest zła, czy sam nie zadajesz sobie odpowiednich pytań