- What took you so long? - rzucił James młodszemu koledze Emilowi. Wyraźnie zdenerwowany rzucił mu sprzęt.
- And you?
- I’m not going today, Emil.
Emil, chociaż zdziwiony, nie mógł sprzeciwić się Asasynowi wyższemu randze, szczególnie zza granicy. Pożegnawszy Jamesa, wyskoczył przez okno i udał się w drogę.
Na ulicach wyraźnie czuć było napięcie. Kurz po protestach przeciw nowemu prezydentowi jeszcze nie opadł. Idąc Alejami Ujazdowskimi, Emil rozmyślał o tym, jak łatwo było Templariuszom zaognić ten konflikt. Lata praktyki też w sumie nie zaszkodziły - powiedział do siebie.
Na placu Trzech Krzyży w umówionym miejscu czekała na niego Anna. Na jej zwykle promiennej twarzy próżno było szukać spokoju.
- Dziś będzie zamach na prezydenta! - krzyknęła szeptem - Za dwie godziny w Towarzystwie, to już nie domysły, ma to zrobić Eligiusz Niewiadomski, człowiek podburzony przez Templariuszy, nie trać czasu, LEĆ! - wypaliła jednym tchem.
Anna nie dała czasu na wypowiedzenie ani słowa. Odwróciła się na pięcie i pobiegła gdzieś, pewnie zdać raport starszyźnie.
Zidentyfikować Eligiusza nie było łatwo, szczególnie w tłumie podobnie ubranych ludzi przed Towarzystwem. Trzeba było stać się jednym z nich. Emil na szczęście też posiadał wyjściowy frak, a jego przystojna twarz nie wydawała się odstawać od możnych wokół. Jego wzrok przyciągnął mężczyzna dość blady, spoglądający cały czas na zegarek i ludzi wokół siebie. Stanowczo zbyt podekscytowany jak na raut artystów.
Gości zaproszono do wnętrza. Emil pozostawał blisko Eligiusza. Prezydent jeszcze nie przybył. Eligiusz rozmawiał z gośćmi, podczas gdy Emil przyglądał się od niechcenia sztuce. Kątem oka zobaczył jakiś niezwykły błysk. Serce podjechało mu do gardła.
W gablocie lśniło jabłko Edenu. Widział je tylko na rysunkach, ale był pewien, że to właśnie ono. Jak to możliwe, że nikt z naszych nie wiedział? Czy wiedzieli, ale nie powiedzieli? W głowie Emila kołowały szalone myśli, jedna bardziej złowieszcza od drugiej. Przecież kto jak nie James powinien o tym wiedzieć?
Wielkie oklaski poprzedziły pojawienie się prezydenta. Emil otrząsnał się z szoku. Musiał znaleźć Eligiusza, którego spuścił z oczu. Tłum wyraźnie zgęstniał, serce biło mu jak nigdy w życiu. Misja zawisła na włosku. Na szczęście udało się mu wypatrzyć cel.
Eligiusz stał w kącie pokoju, z twarzą w kolorze talku i szaleńczym uśmieszkiem na postarzałej twarzy. Ręka wędrowała w poły surdutu, jakby chcąc wyciągnąć narzedzie zbrodni. Prezydent już zbliżał się do sali, trzeba było działać szybko. Emil ruszył do przodu, lecz poczuł na sobie lufę pistoletu.
- Don’t try anything or I will kill you. Or worse, expose you. - powiedział znajomy głos.
Emil stał bezsilny. Prezydent już prawie był w jego zasięgu, a nic nie można było zrobić!
- The Apple will be ours. The Templars will prevail yet again, Thomas.
Emil zobaczył, jak Narutowicz wchodzi do sali, jak Eligiusz podchodzi do niego, wykrzykuje kilka słów i strzela trzy razy w prezydenta. Tłum zafalował, pokój wypełnił się krzykami, a nacisk pistoletu na plecy Emila zniknął.
Jabłko, pomyślał. Miał tylko ułamek sekundy na reakcję. Nie mógł pozwolić na drugie tego wieczoru zwycięstwo Templariuszy. Dopadł gabloty równo z Jamesem. Ukrytym ostrzem przebił szkło i palec swojego nowego wroga. Wyszarpnął mu jabłko i pobiegł do okna.
Na wieść o zdradzie Jamesa Anna rozpłakała się.
- Są silniejsi i sprytniejsi niż myśleliśmy... Co mamy zrobić? - szlochała.
- Będą starać się ukraść Jabłko, ukryj je.
- A Ty?
- Ja muszę wyrównać rachunki.