To ja wam dodam coś od siebie, co wpadło mi do głowy, a co uczyniło tę historię znacznie sensowniejszą niż mogłoby się wydawać. Oczywiście jest tu trochę domysłów, które jednak są dość sensownie jak mi się wydaje uargumentowane.
Na wstępie zaznaczam wyraźnie, że mój wywód wymaga oderwania się od kanonu i uznania, że serial jest jedynie ADAPTACJĄ, a nie EKRANIZACJĄ. Różnica między tymi dwoma tworami jest o tyle duża, że adaptacja bardzo luźno traktuje wątki materiału źródłowego, a ekranizacja ma za zadanie je wiernie oddać. Piszę to przede wszystkim fanom, bo jeśli skreślasz serial tylko dlatego, że nie jest wierny oryginałowi to czytanie dalszej części mojego przydługiego komentarza nie ma sensu, bo i tak nie dopuścisz do siebie choćby hipotezy, że to co piszę może mieć sens.
Przypuśćmy na moment (na potrzeby dywagacji na temat), że scenarzysta nie jest idiotą, bezmózgim trollem lub choćby półgłówkiem. Przypuśćmy, że ma w głowie konkretny plan, który po w nie dość wiarygodny sposób został przedstawiony - nie dość idiotoodpornie został wytłuszczony, by wszyscy to podchwycili. Proszę o takie założenie na potrzeby luźnej interpretacji intencji twórców.
Od samego początku serialu wiele zdarzeń jawiło się jako absurdalne, odklejone od rzeczywistości. Weźmy choćby fakt wyskoczenia Galadrieli za burtę łodzi, co samo w sobie jest równie wielce idiotyczne, co wielka jest ilość kilometrów do przepłynięcia na suchy ląd - wpław. Większość ludzi, którzy podchodzą do tego serialu tak to interpretuje - scenarzysta forsę wziął, potem zaczął pić. I na chaju wymyślał na prędce wątki fabularne. Co jeśli tak nie było?
Może ocena całej serii po ledwie jednym sezonie jest przedwczesna? Mam takie poczucie bardzo zresztą silne, że twórcy tego serialu sami sobie ukręcili stryczek uznając, że nie wszystkie karty należy odkrywać już i nie wszystkie one powinny być oczywiste. Powiedziałbym nawet, że wątek, który spaja całą tę historię W OGÓLE nie został wskazany palcem, ale moim zdaniem jest bardzo silnie widoczny o ile spojrzy się na cały ten sezon jako całość i trafiając na jakiś "idiotyzm" zamiast uznawać go za "idiotyzm" zaczniemy zastanawiać się: gdzie w tym głębia?
Weźmy choćby słynne rozbieranie elfów. Wielu fanów śmiało się z tego, a ja tam widzę bardzo silnie symboliczny rytuał. Elfy nie były rozbierane. Elfom zdejmowano zbroję oraz odbierano oręż. Oto teraz z wojownika stajesz się istotą wieczną, która nie musi wojować, walczyć, zabijać, bronić, która zmierza ku absolutowi. Odebranie oręża jest w tej formule bardzo silnym symbolem, tym bardziej, że Elfy ze swoimi gadżetami są dość mocno związane, co zresztą widać po Galadrieli.
No ale co z jej wyskoczeniem z łodzi? Cóż... w jednym z ostatnich odcinków dowiadujemy się czegoś bardzo ważnego. Sauron posiada umiejętność wynikania do umysłu Galadrieli i mamienia go. Ona owsze go w tej scenie wyrzuca, ale zadać można pytanie, co jeśli to nie był pierwszy raz?
Jeśli założyć, że Sauron chciał stworzenia pierścieni władzy i jeśli uznać, że jednym z jego celów było skorumpowanie WSZYSTKICH narodów świata w tym Elfów, to mógł obrać sobie za cel właśnie Galadrielę. Osobę NIE BĘDĄCĄ po ciemnej stronie mocy jak twierdzi autor niniejszego artykułu, ale nieustannie na niej balansującą ze skłonnością to patrzenia częściej w mrok niż światło. No i teraz jeśli wybrał sobie za cel Galadrielę mógł ją śledzić od miasta Elfów, po samą bramę do wiecznego świata. No bo skąd niby miał się tam znaleźć? Przypadkiem? Większość ludzi uznała to za głupie szycie fabuły, a ja tu widzę ZAMYSŁ.
I zanim mnie zlinczujecie spójrzcie na to z tej strony. Galadriela jest na statku. W tym momencie będący w pobliżu, ale w ukryciu Sauron wnika to jej umysłu i mami ją wizją brata (mógł to zrobić, bo dostaliśmy tego dowód później gdzie wprost zostało to zaawizowane, a że był w pobliżu - bo ją potem spotkał też jest faktem). Tą wizją mami Galadrielę próbując ją ściągnąć ze światła wprost w mrok własnej duszy. I to mu się udaje. Galadriela porzuca światło, skorumpowana wizją konieczności walki, owładnięta nienawiścią i bólem odwraca się od jasności i wyskakuje z łodzi choćby po to by próbując wrócić umrzeć w toni wielkiej wody. I z tej perspektywy to naprawdę ma sens, bo wówczas Galadriela nie jest po prostu mrocznym elfem, ona została w ten mrok ściągnięta przez Saurona. Sauron podszeptami chce by dotknęła swojej ciemnej mocy, by zatraciła się w nienawiśći NAWET JEŚLI miałąby to być nienawiść do jej samej.
To dość ciekawa koncepcja, bo w oryginalnej Trylogii Sauron był królem podarków przed którym drzwi do świata Elfów zostały przezornie zamkniete, to Elfy ostrzegały przed nim świata. Tutaj mamy coś zupełnie odwrotnego. Elf ULEGA Sauronowi, bo ulec ciemnej mocy nie zawsze można w sposób oczywisty i czarno biały, czasem odbywa się to stopniwo, powoli, małymi kroczkami. Sauron chce by Galadriela była mroczną panią tego świata, co zresztą NAWET według oryginalnej trylogii tkwiło w jej sercu, bo przecież spotuykając jedyny pierścień na moment uległa własnemu ego, by potem się otrząsnąć. Serial może w tym momencie przedstawiać tę historię (jako adaptacja) inaczej. Właśnie jako uleganie lae nie w taki ordynarnie szybki sposób: bach Galadriela patrzy na pierścień, ulega, potem się otrząsa i vuala. Seiral pokazuje to jako abrdzo długotrwały i nieoczywisty proces.
Zauważcie, że jeśli spojrzeć na to z tej perspektywy, to cała ta historia nabiera sensu. Sauron chce zapanować nad światem, a mordowanie jest tylko ośrodkiem do celu. Nie chce rządzić sam, chce rządzić razem z Galadrielą jako tą, która jest najsilniejszym przedstawicielem swojej rasy, który przeszedł "na ciemną stronę mocy".
No więc Galadriela wyskakuje za burtę. Sauron nie może pokazać się jej od razu, bo przecież byłoby to podejrzane. Galadriela płynie. Nie wiadomo ile, na tyle by się zmęczyć. Wówczas pojawia się burza i spotyka Saurona na tratwie, który nie wykazuje żadnego nią zainteresowania. To ona interesuje się nim. Omamiona rządzą zemsty dostrzega kolejną zastawioną przez Saurona pułapkę. Symbol zaginionego króla, który daje jej poczucie, że oto spotkała kogoś kto zjednoczy narody i sprawi, że będzie miałą armię, której nie chciał jej dać jej własny król.
Zobaczcie jakie to jest sprytne. Król elfów nie chciał się poddać jej nienawiści, nie chciał dać jej kolejnej grupy Elfów do poszukiwania Saurona, więc ona w rozpaczliwej pogoni za zemstą ROZBUDZONĄ podszeptami Saurona dała się złapać jak ryba na dobrą przynętę. Dalej Sauron wzbudza jej zaufanie, MUSI walczyć z Orkami, bo celem nie jest uratowanie Orków, ale celem jest ostateczne skorumpowanie Galadrieli. To jest cel Saurona, to jest jego główne dążenie.
Zwróćcie uwagę na to, że w oryginalnej opowieści Król podarków mamił ludzi haryzmą. Dobierał słowa tak by jątrzyć już otwarte rany. On nie wkłądał ludziom do głów nie ich myśli, on żerował na zwątpieniu i waśniach. Ludzi mamił przemowami, mówił, że Elfy się zamknęły, że chciał z nimi współpracować, ale odwmówiły itd. Jego siłą nie było czyste zło samo w sobie, ale haryzma, przebiegłość i to że był swoistym psychoanalitykiem, który doskonale wiedział w jaką strunę zagrać, by osiągnąć określone efekty.
W tej materii oczywiście mocno naiwnie jawi się to jak omamił największego kowala Elfów, który już po paru zdaniach "wpuścił go" do swojej pracowni, ale choć to akurat jest szyte grubymi nićmi jeśli spojrzycie na to z tej perspektywy okazuje się, ze cała ta historia nabiera zupełnie innego wymiaru i co więcej to co wydawało się idiotycznymi zwrotam akcji i przypadkowymi spotkaniami w ogóle nie jest przypadkowymi spotkaniami.
Wydaje mi się, że scenarzystom umknęło po prostu, że współcześni widzowie są prości jak budowa cepa. Zło musi być złe, dobro musi być dobre, jeśli ktoś kogoś mami to msui to być jaskrawe, oczywiste jak w oryginalej ekranizacji Tolkiena, kiedy wężowy język był tak oczywistym przejawem czystego jadu żę wystarczyło mu spojrzeć w oczy by wiedzieć, że jest zły. Takich widzów nie da się przyciągnąć zaawulowaną fabułą i ukrytymi powiązaniami między bohaterami, bo dzisiaj widzowie w ogóle nie próbują szukać drugiego dna. Uznają, żę coś jest głupie, bo takim im się jawi i tyle, a tymczasem to widz okazuje się głupi, bo nie dostrzega oczywistej oczywistośći. Ten serial nie jest ekranizacją, on jest adaptacją i to adaptacją pełną bardzo głębokiej symboliki WYMYŚLONEJ przez scenarzystów.
Choćby sam tatuaż Saurona będący mapą, z którego tak ludzie się śmieją, a przecież nie była to MAPA w dosłownym tego słowa znaczeniu tylko ZARYS gór otaczających przyszły Mordor. Jeśli mieszkam w lesie nic dziwnego, żę w herbie chciałbym mieć wilka, drzewo, niedźwiedzia, czy inny element związany z tym miejscem. Rozumiecie o co mi chodzi?
Tak naprawdę to co ten serial pokazał w najbardziej jaskrawy sposób, to nie to że nie szanuje twórczości Tolkiena. On pokazał, że dziś widzowie nie próbują nawet udawać, żę traktują CZYJEŚ DZIEŁO jak CZYJEŚ DZIEŁO. Widzowie dziś mają sami pewne wizje, które jawią im sie jako jedyne słuszne i jedyne właściwe. Widz stał się egocentrykiem, który oczekuje spełniania jego oczekiwań.
Sauron nie zrobił nic złego? NO według mojej teorii nieomal udało mu się zrobić coś czego nie udało mu się zrobić w oryginalnej twórczości Tolkiena: skorumpować elfów. Był jak wirus, który wnikając im do głów sieje spustoszenie i zniszczenie i tego zniszczenia widz ogląać nie chce bo widz woli, by Elf był dobrym, zadufanym w sobie, pompatycznym, moralnym wzorcem do naśladowania :).
A orkowie? Orkowie zostali przedstawieni jako rasa szukająca swojej tożsamości, którą mroczny elf im zapewnił. Kto wie, czy jedną z części planu Saurona nie było to, by Galadriela go zabiła - jako jego rywala w kontekście wladzy nad Mordorem.
Wiecie o co mi chodzi? O to, że ta historia MA PRAWO SIĘ NIE PODOBAĆ, ale nie jest aż tak głupia i pozbawiona sensu jak ją przedstawiacie. I teraz owszem znajdzie się ktoś kto powie, że co ja tam wiem bo nie ma dowodów. No są :) Sauron potrafił wnikać do umysłu Galadrieli. Sauron był w pobliżu. Na końcu MÓWIŁ WPROST o władaniu nad światem razem z nią. Dążył do pokonania elfa przeowdzącego orkom (oczywiście pod postacią króla), co też pokrywa się z moją teorią chęci obalenia go. Sauron jest przede wszystkim mąciwodą. On nie musi walczyć sam, on wykorzystuje do tego innych. I według mnie drugi sezon powinien tę historię w tej materii znacznie lepiej naświetlić, bo skoro jest oczywistym że będzie drugi sezon to NIE MA POTRZEBY wyjaśniania WSZYSTKICH wątków już w pierwszym.
Wróciłem na moment do mojego posta i pomyślałem, że warto byłoby tę historię dopowiedzieć poza konkursem, bo wpadła mi do głowy w zasadzie pod wpływem prowokacji jaką było to konkursowe zadanie. Pal sześć nagrodę, ale sam pomysł może się komuś spodoba.
Templariusze rozszerzający swoje wpływy w Rosji natrafili na twardy grunt jakim była Katarzyna. Fakt faktem po części podzielała ich poglądy, ale sama nigdy templariuszką nie została. Ze względu na ich ogromne wpływy powstało coś na wzór sojuszu. W praktyce Katarzyna sądziła, że może wykorzystać Templariuszy do umocnienia swojej władzy, a tym samym rozszerzenia wpływów, ale jak się okazało, była wobec nich za słaba.
Kiedy dowiedziała się o planach utworzenia w Polsce nowego ładu, którego podwaliną miała być Konstytucja, natychmiast zrozumiała, że jeśli w Polsce szlachta straci swoje wpływy, te idee mogą rozszerzyć się na inne państwa, w tym Rosję. Obmyśliła plan zabicia polskiego króla i wykonania tego zamachu tak, by wyglądało na ewidentną winę opozycji. Chciała pogrążyć kraj w chaosie. Jeśli według "oficjalnej wersji" króla zabije opozycja, Polska stanie się krajem całkowicie niezdolnym do jakiegokolwiek zjednoczenia, a już tym bardziej oporu.
Jednakże Templariusze usłyszawszy o tym planie uznali, że jest on na wskroś głupi. Ich celem była władza absolutna, ale nie nad Rosją, ale całym światem. Morderstwo króla polskiego i uznanie opozycji winną zdrady, sprawiłoby, że Rosja straciłaby niepowtarzalną szansę do wywołania wojny pod na tyle mocnym pretekstem, by rosyjska szlachta go poparła. Problem w tym, że Templariusze nie mogli przeciwstawić się otwarcie Katarzynie. To by zerwało ich sojusz. Postanowili upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i z jednej strony przyklasnąć (oficjalnie) Katarzynie, a z drugiej zagrać na nosie Assasynom. Przedstawili Katarzynie idealnego kandydata na dowódcę niewielkiej, kilkuosobowej grupy mającej zabić króla. Był nim wspomniany w powyższej historii brat. Templariusze nie wspomnieli jedynie Katarzynie o jednym drobnym fakcie. Ów człowiek był bowiem jednocześnie Assasynem, grającym swoją rolę na tyle dobrze, że z jego osobą liczyła się większość braci. Otrzymał on od Katarzyny polecenie zabicia polskiego króla, ale jego bezpośrednimi zwierzchnikami byli Templariusze i to ich zadanie było dla niego nadrzędnym. Nakazali mu przekazanie Assasynom informacji o planowanym zamachu. Miał ich poinformować, że przeniknął do grupy zabójców, zdradzić im trasę podróży, czas i miejsce najbardziej dogodne do ich zlikwidowania. To też zrobił. Wszystko przebiegło sprawnie, szybko i bez świadków. W momencie ataku braci, ów Assasyn ujawnił się jako przeciwnik Templariuszy przed grupą mającą zabić króla, doszło do krótkiej i zwycięskiej walki.
Katarzyna otrzymawszy informację o fiasku wpadła w furię, a czasu było już na tyle mało, że nie miała możliwości zaplanowania kolejnego ataku, tym bardziej że ten, który zawiódł miał na celu wykorzystanie podróży, którą odbywał polski król. Zaatakowanie go w zamku było praktycznie niemożliwe, więc nawet gdyby udałoby się wysłać kolejną grupę, z pewnością by zawiodła. Katarzyna odstąpiła od kolejnej próby, po części dlatego, że nie chciała ryzykować zdemaskowania zabójców. Stąd pogodziła się z porażką i pozwoliła wydarzeniom biec własnym torem.
Tymczasem w Polsce jeden z braci naszego Templariusza / Assassyna mając spore wątpliwości odnośnie szczerości jego intencji rozpoczął śledztwo na własną rękę. W jego wyniku dowiedział się, że ów brat ma niejasną przeszłość. Postanowił go zdemaskować, a historia opisana w ramach konkursu jest momentem ich spotkania. W ramionach śmierci Templariusz przyznał, że Assassyni zostali wykorzystani, a historia biegnie zgodnie z ich oczekiwaniami. Konstytucja stała się idealnym pretekstem do wojny, a później drugiego rozbioru. Później miał nastąpić trzeci, również zainicjowany przez Templariuszy.
Stali w niewielkiej izbie. Czerwcowe słońce wpadało przez otwarte okiennice wprost na duży, dębowy stół.
- Czy postąpiliśmy właściwie bracie?
- Co przez to rozumiesz?
Podszedł do okna. Zerknął na przywiązanego po drugiej stronie drogi konia i pomyślał, że mimo skwaru, nie dane im będzie odpocząć. Wydarzenia ostatnich miesięcy wypełniły go wątpliwościami. Czuł, że czeka ich daleka i wycieńczająca podróż. Nie wiedział nawet, czy dożyje jutra. Jeśli jego przypuszczenia okażą się słuszne…
- Mówię o zamachu na Poniatowskiego. Czy gdyby zginął… sprawy nie potoczyłyby się inaczej?
- Nie wiem. Możliwe, ale nie nam to oceniać. Mieliśmy jeden cel, doprowadzić do uchwalenia konstytucji. Poniatowski NIE MÓGŁ zginąć i co do tego wszyscy się zgodziliśmy. To zadanie przypadło Tobie i wywiązałeś się z niego perfekcyjnie. Król przeżył, zamachowcy gniją w ziemi, a konstytucja została podpisana. Przecież gdyby zamach się powiódł, nie mielibyśmy żadnych szans na sukces!
Gniew wezbrał w nim gwałtownie, a dłonie mimowolnie zacisnęły mu się w pięści. Odszedł od okna i obrzucił brata wyzywającym spojrzeniem.
- Może tak byłoby lepiej! Może nie doszłoby do rozbioru! Przecież Katarzyna ruszyła na nas właśnie z powodu tego, co się stało i doskonale wiesz, że to ONA najęła ich do zabicia Króla. Od kilkudziesięciu lat Templariusze rozszerzają swoje wpływy w Rosji i jestem pewien, że jeden z zamachowców, któremu poderżnąłem gardło, był przeze mnie widziany parę lat temu u boku Katarzyny! Zresztą jak dowiedziałeś się o jej planach? Skąd wiedziałeś, że mają próbować go zabić?
Odniósł wrażenie, że przez twarz brata przemknął cień strachu, jakby zapytał o tajemnicę, z której istnienia nie powinien zdawać sobie sprawy.
- Wiesz przecież, że mamy swoich szpiegów wśród Templariuszy.
Brat cofnął się o krok, obrócił i podszedł do stolika, na którym stała karafka z winem. Zaczął nalewać do kielichów jakby chciał udać, że nie przejął się niespodziewanym obrotem rozmowy.
- Nie słyszałem byśmy mieli szpiegów umieszczonych bezpośrednio w najwyższych szczeblach władzy Templariuszy, a to tam zapadają decyzje w sprawach tak ważnych jak zabójstwo władcy sąsiadującego państwa.
Wiedział, że żadnych szpiegów nie było i nie ma. Teraz miał już pewność, że jego przypuszczenia były słuszne. Jego brat zdradził. Brakowało mu tylko jednego fragmentu układanki. Skoro Katarzyna chciała śmierci Króla i fiaska rozmów o konstytucji, dlaczego Templariusze z pomocą jego brata udaremnili ten zamach. Przecież mogli zrzucić odpowiedzialność na opozycję doprowadzając tym samym do chaosu, a pogrążony w nim kraj byłby słaby i niegroźny.
Zalśniło ostrze. Przecinając powietrze wbiło się w kręgosłup nieco poniżej karku. Zdrajca bezwładnie osunął się na ziemię i opadł w ramiona brata. Przecięta tętnica powoli uwalniała z niego życie dając im jednak odrobinę czasu.
- Odpowiesz za swoją zdradę. Oczyść się z win. Żałuj swych czynów.
Brat spoglądając na niego gasnącym spojrzeniem wyszeptał.
- Zamach był pomysłem Katarzyny. Głupia dziewczyna. Nie mogliśmy na to pozwolić. Potrzebowaliśmy pretekstu… do wojny.
Zginąć w pierwszym pomieszczeniu podczas próby zaje**a książki :D bezcenne :D
Buahahah :) i ta strzała na końcu, która leci za uciekającym celem i SKRĘCA sama z siebie niczym magicznie prowadzona po schodach.
Akcent głównego bohatera to jakaś porażka jest.
Ale widzę tez masę plusów. Jazda konna co ważne zrobiona dużo płynniej niż w Wiedźminie, co mnie osobiście bardzo cieszy, bo ten element wieśka bardzo lubiałem (mimo, że kulał). Możliwość strzelania w locie no i walka z unikami i tarczą.. cholernie to efektowe w porównaniu zpoprzednimi częściami.
Kurde... wychodzi na to, że homosiów jest na tym świecie więcej niż myślałem.
Ale wiecie co... ja obejrzałem prolog na Youtube i zaje** mi się spodobał. Nie wiem jak reszta, przyznaję bez bicia, że nie grałem, ale niesamowicie klimatyczne są te dyskusje między tymi dwoma gośćmi (nasz bohater i jego towarzysz). Jeśli dialogi w całej grze są na tym poziomie to mi się to podoba. Co prawda oznaczanie przez drona wrogó czyni z grę trochę taką dla idiotów, ale sam proces też trzyma klimat, gdzie bohater mówi: mam pierwszego, jest następny. Chodzi mi o to, że bardzo naturalnie to odbieram. Ciekaw jestem jak to wygląda dalej...
Przecież tam niemal wszystko opiera się na znajdźkach. Dosłownie. Skrzynki - znajdźki. Minerały - znajdźki. Rośliny - znajdźki. Monumenty porzuconych - skrzynka do odnalezienia. Praktycznie żadna z tych pobocznych aktywności nie ma nic wspólnego z rozgrywką. Jest zwykłą zapchajdziurą.
I to nie takie które są po prostu porozrzucane po świecie jak w wieśku i możesz sobie kwiatek zerwać lub nie, kuferek przeszukać lub nie. One nakurwiają na mapie traktując ludzi jak idiotów. Ludzie tam idą, bo naiwnie wierzą, że może coś ciekawego będzie, a potem się zawodzą, bo okazuje się, że przejechali Nomadem w chuj trasy i nic interesującego nie znaleźli.
Futureman16 sęk w tym, że wiedźmin stanowił klasę samą w sobie jeśli chodzi o fabułę. Nie znajdziesz tam pierdyrialda kompletnie nieistotnych znajdziek i nie ma sytuacji w której ponad GRUBO ponad połowa aktywności to szukanie skrzynek z niepotrzebnymi pistoletami. Wszystkie znajdźki w wiedźminie zostały przygotowane jako elementy które się zbiera PRZY OKAZJI. Nie ma czegoś takiego że każda skrzynka i każdy element do otworzenia jest na mapie zaznaczony jako konkretna aktywność do odhaczenia. Chcesz to zaglądasz w każdy kąt, nie chcesz to nie i gra Cie za to nie "ukaże" obniżonym poziomem przejścia całości.
Tu nie chodzi o błędy. Bo je da się załatać wie to każdy. Chodzi o całokształt,l którego nie naprawią żadne patche.
Tak łosiu narzekam na błędy. Mi nikt nie płaci za pisanie komentarzy i testowanie niepoprawnie przetestowanego produktu. Prawda jest taka, że ME:A było zwykłym skokiem na kasę. Pierwszy raz w życiu kupiłem grę w dniu premiery, do tej pory zawsze kupowałem starsze tytuły po niższych cenach i nigdy więcej tego błędu nie popełnię.
Co więcej włączyłem sobie ponownie ME2 i mimo, że grafika jest sporo gorsza od Andromedy (może za wyłączeniem mimiki i wyglądu twarzy) to jednak jest to produkt absolutnie doskonały. Ja nie jestem w stanie policzyć ile razy Andromeda wywoływała śmiech zażenowania wynikający z absurdalnie płytkiej fabuły, a ile razy ME2 wywoływał autentyczny uśmiech wynikający z genialnie zaprojektowanych postaci. "Pieprzyć radę". No i po kłopocie.
Widzisz. Ja pamietam olbrzymie narzekania graczy na Inkwizycję. Mówiło się o olbrzymim świecie pełnym zapchajdziur i powtarzalnych czynności. Ale w ME2 też jest masa powtarzalnych czynności tylko one są zrobione z głową.
W Andromedzie ilość rozwiązań, które powodują, że automatycznie mówię sobie: nie to nie możliwe, bezsensownie to zrobili jest niebotyczna.
Podjeżdżasz do punktu X tylko po to, by AUTOMAT spuścił w tym miejscu stację do szybkiej podróży. To sam nie mógł tego zrobić? Po co my tam skoro z góry ustalony został punkt zrzutu? Fabularnie jest to bezsens totalny. A wystarczyło inaczej to rozwiązać.
No ale dobra postawiłeś tę stację i co? Od ręki w mgnieniu oka pojawiają się na mapie znaczniki miejsc do wydobycia surowców. Czyli co ten skan jest robiony w płaszczyźnie poziomej, bo mi się zawsze wydawało, że skan górniczy robi się w pionie, czyli albo w miejscu zrzutu urządzenia, albo za pomocą orbitalnej sondy z ultradźwiękami, co oznacza, że strefy górnicze wykryto by już z poziomu orbity. Przecież pierwiastki nie generują spod ziemi tak dużego promieniowania by dało się je wykryć ot tak magiczna różdżką. Na zasadzie stawiasz w jednym miejscu urządzenie i w promieniu 2 kilometrów wiesz, czy coś się tam znajduje. Naciągane to strasznie.
Zeskanuj sobie glify. Tylko co za zaawansowana cywilizacja używa tak prymitywnych zabezpieczeń do otwierania. I jeszcze te klucze do rozwiązywania jakby się graczowi nawet tak prostej zagadki nie chciało ogarnąć.
W ME2 nie ma czegoś takiego jak znaczniki, które Cię prowadzą za rączkę jak jakiegoś niedorozwiniętego idiotę. Masz mapę wskaźnik CELU ale nie IDŹ TAM. To powoduje, że niemal za każdym razem idę w przeciwnym kierunku by poszperać w dodatkowych miejscach, gdzie skrzynki NIE SĄ oznaczone i ich zbieranie NIE MAKSUJE GRY, tylko rozwija nam postać.
Generalnie cała ta produkcja została rozwiązana po prostu w niewłaściwy sposób jak na sagę Mass Effecta. Wszędzie dosłownie wszędzie są paski psotępu od 0 do 100 % a zadaniem gracza jest ich wypełnienie.
Więc tu nie chodzi tylko o błędy. Błędy da się załatać. Chodzi o brak fabuły. Zapchajdziury. Rozwiązania, których żaden patch nie naprawi. Pamiętasz co się stało z ME3? Gracze wymusili na autorach wykonanie lepszego zakończenia, tutaj tak się nie da, bo trzeba by przebudować całą grę, bo nie chodzi o spierdolenie jednego tylko elementu, ale całej ich masy.
I może i ja jestem graczem starej daty, może mnie bardziej kręci tajemniczość pierwotnej sagi Mass Effecta, ale tam mimo korytarzowości poszczególnych lokacji nie czułem się na każdym kroku jak skończony debil, któremu wystarczy podać jakąś miernej jakości historyjkę by się cieszył ze strzelania. Może się czasy zmieniły i gracze tak bardzo zidiocieli, że innych gier nie opłaca im się tworzyć, ale to chyba nie tak, bo Wiedźmin pokazał, że można zrobić coś dobrze i na tym zarobić. Całkiem sporo zresztą.
Ja naprawdę wolałbym by ta gra miała gorszą grafikę, ale lepiej zbudowany świat.
Gra jest beznadziejnie zoptymalizowana. Na słabszych sprzętach wygląda to tak, że w jednym miejscu gra chodzi całkowicie płynnie, a pół metra dalej przycina tak że grać się nie da. Nie widzi więc, że na lepszycm sprzęcie przycięcia choć nie są tak dokuczliwe, to jednak występują.
Nie no ilość baboli w tej grze zakrawa o pomstę do nieba. Jedziesz Nomadem pod górę (Nomad jedzie nie spada) w stronę bazy Kettów i wyskakuje komunikat że wykraczas poza misje. Nosz japrdl, trzeba było zrobić bardziej strome zbocze by uniemożliwić dotarcie tam.
No ale dobra zjeżdżasz. Wjeżdżasz gdzieś Nomadem wychodzisz dróżyną, a bohater zaczyna spadać. Tylko nie w dół. SPADA W BOK! Nosz kurwicy można dostać bo spada tak na sam dół zbocza ma to tyle wspólnego z fizyką, co ja z jajkiem kury na świątecznym stole, czyli nic. Kuriwsz dalej ale idzisze brniesz napórzd. Trafiasz na monolit gdzie znowu trzbea odczytać jakieś durne bezsensowne glify, ale nie nie możesz tego kuźwa zrobić, bo nie zabiłeś wszystkich strażników, ALE NIE MOŻESZ ICH ZABIC!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Bo przez pieprzonego baga strażnicy są pod ziemią, co ciekawe oni o Ciebie strzelać mogą i bez problemu trafiają, ale kiedy ty do nich strzelasz trafiasz w grunt.
Nie no ja juz na ten moment pasuję. Gra NA TEN MOMNET czyli przed kluczowymi poprawkami zasługuje najwyżej na 1 na 10, ze względu na ilość błędów i to oczywistych które możńa by wyeliminowac gdyby ktoś to chciał przestestować przed wydaniem. Dla mnie to jest czerwona kartka. To jest jakiś obłęd. Żeby to był jeszcze jakiś jeden bag raz na jakiś czas, ale tu jest ich multum i pojawiają się dosłownie na każdym kroku. Chwilę przed tym co opisałem na moich oczach zniknęło ciało zabitego demona kettów, tyle że on po zabiciu zastygł w postawie prężenia się do ataku.
Jeszcze wcześniej kompani z dróżyny pojawili się ni stąd ni zowąd po drugiej stronie tarczy kettów, której niby przejść nie można bez jej wyłączenia. Oczywiści ez tej pozycji byli bezużyteczni w walce z Kettami.
To jest jakaś totalna masakra. 30 minut gry i już mam dość.
Rozważam próbę zwrócenia tego gówna do Empiku.
Może tu brakuje tragedii jakiejś? Chodzi mi o to, że w sumie lądujemy na pierwszej planecie i z góry wiadomo że prędzej czy później uda się tam zamieszkać. Skoro pojawia się wskaźnik terraformacji to wiadomo, że go wypełnimy. W zasadzie wszystkie najważniejsze informacje końcowe są już na początku wyjaśnione.
W trylogii tak nie było. W zasadzie do samego końca nie do końca było wiadomo z kim walczymy, jak walczyć. Historia była motorem napędowym. To w sumie detal, ale mam poczucie, że bardzo istotny. Mieć motywację w postaci historii.
Ja myślę, że autor recenzji GO potraktował tę grę tak jak niektórzy traktują własną dziewczynę: wszystko jej wybaczą nawet jeśli nasra im na głowę, bo przecież to ich kochana i w ogóle.
Zresztą konsekwencja z jaką recenzent ignorował najbardziej rażące błędy popełniane przez ME tchnie nawet nie tyle zapłatą za recenzje, co kompletną ślepotą.
Jedno muszę jasno powiedzieć. Ja mam niezbyt mocny komputer. Większość ustawień na średnie część na niskie lub wyłączone.
Przed patchem bardzo mocno przycinało, a teraz zdarza się to niezwykle sporadycznie. Użytkownicy z dobrymi komputerami nie odczują tego tak mocno jak ja ale w moim przypadku różnica jest kolosalna.
Poprawiono również część animacji. Dla przykładu rozmawiając z trzema obcymi kiedy jeden z nich mówi dwaj pozostali na niego zerkają. Pierdoła, a cieszy :)
Nie chodzi o to. Jak dostajesz zadanie pod tytułem:
rozpadła nam się maszyna nie mamy pojęcia gdzie są jej fragmenty, bo pospadały w różnych rejonach danej lokacji, ale mamy dokładne współrzędne - i tu zaznaczją się lokaliacje gówien do zebrania z dokładnościąd o milimetra włos się na głowie jeży. Takich absurdów jest więcej. Dużo więcej. Nie wiem gdzie to jest ale znam położenie. No przecież to jest idiotyzm.
Bawię się świetnie, ale tu nie chodzi o to, że Andromeda jest inna. Mam po prostu znacznie gorszą historię, a to historia napędzała Mass Effect.
Ale jedno muszę jasno powiedzieć. Ja mam niezbyt mocny komputer. Większość ustawień na średnie część na niskie lub wyłączone.
Przed patchem bardzo mocno przycinało, a teraz zdarza się to niezwykle sporadycznie. Użytkownicy z dobrymi komputerami nie odczują tego tak mocno jak ja ale w moim przypadku różnica jest kolosalna.
Poprawiono również część animacji. Dla przykładu rozmawiając z trzema obcymi kiedy jeden z nich mówi dwaj pozostali na niego zerkają. Pierdoła, a cieszy :)
Buahahaha :) przypomnijcie sobie ile było patchy do Diablo 2 i który Patch realnie umożliwiał właściwą rozgrywkę.
Przypomnijcie sobie ile błędów posiadała pierwsza wersja Heroesów itd. ;)
Ciekawe, bo ja mam oryginał zakupiony w Empiku w wersji pudełkowej zaraz po premierze (z kartą Empiku było taniej) i tez mi się to dziadostwo wyświetla.
Autentycznie rozważałem 7 na 10 ale aktualnie przychylam sie do oceny społeczności czyli 6. Ta gra to jest fabularne dno dna.
Czyli co? Dwa tygodnie zajęło im załatanie największych problemów gry? Nosz jprdl przecież masa ludzi jest już w połowie fabuły lub na końcu, czemu tego nie zrobiono przed premierą?
No bez jaj.
Fakt, przepraszam. Nie mam jak poprawić, bo nie jestem Abonentem GRY-OnLine. Musiałbym zapłacić, by Jezusa poprawić.
Tomeis obycie mam raczej niewielkie. W Inkwizycję nawet nie grałem, bo nie miałem czasu, ale kilkukrotnie przeszedłem trylogię i jestem w tych dwudziestu paru procentach graczy steam, którzy faktycznie przeszli całego Wiedźmina.
Mój kontakt z BioWare skończył się na Mass Effectach, a wcześniej było Diablo (1,2) i Baldur'si.
Stąd tak piorunująco negatywne wrażenia po mojej stronie. Jestem po prostu porażony płycizną tej produkcji.
Ma wyjść patch w tytm tygodniu, ale przecież nie poprawią dialogów.
A przed chwilą zobaczyłem statek kettów, który wleciał sobie wprost w górę.... jezu ile ta gra ma niedoróbek........
Gra za 40 milionów dolarów, czyli 120 milionów złotych.
Atakujesz bazę Kettów, rozpieprzasz wieżyczki przy wejściu i wszystkich wrogów, co do jednej sztuki. Przedzierasz się przez hordy Kettów. PODPIJASZ BAZĘ, misja zakończona. Wracasz do wejścia. Otwierasz drzwi, a tam? Wieżyczki odnowione i wszyscy Kettowie ponownie do zabicia.
BioWare! Strasznie stracił w moich oczach. Ja kiedyś autentycznie uważałem ich za mistrzów.
Nie uważam, by problemem był otwarty świat. Problemem jest cały tabun totalnych absurdów fabularnych i logicznych w tym świecie. Zasobniki z amunicją do "ziemskich" pistoletów porozrzucane na obcych planetach i inne tego typu bzdury, które kompletnie rozpieprzają immersję.
Cholerka jasna, to jest niebywałe jak doskonałą grą była 2 część MassEfecta. Po części w wyniku licznych głosów niezadowolenia, a po części przez fakt, iż Andromeda nie wzbudza we mnie takich emocji jak poprzednie części, postanowiłem wrócić.
.
I muszę przyznać, że to jest absolutnie PORAŻAJĄCE jak wiele rzeczy zostało spierd*** przez BioWare w Andromedzie. W ME2 poważny ton dialogów, wyraźne wybory między byciem egoistą, a altrusitą tudzież kimś pomiędzy, co przekłada się bardzo wyraźnie na cechy naszej postaci i dalsze dostępne opcje dialogowe. Rysy charakterologiczne spotykanych postaci na czele z człowiekiem iluzją... eh cała masa rzeczy, które po prostu urzekają.
.
Nie wspominając o totalnych pierdołach jak ruch postaci podczas ścieżki dialogowej, ruch kamery, by zaakcentować tejemniczość Człowieka Iluzji. Nie no... to był absolutny majstersztyk mimo że grafika już dziś trąci myszką gra mi się w to set razy lepiej.
.
Nawet samo menu, które w tak prosty sposób pozwala zorientować się w aktualnych misjach, zadaniach, statystykach...
.
Nie rozumiem jak mając tak doskonały produkt można było wszystko wywrócić do góry nogami... i dlaczego absolutnie nikt tam nie zwrócił uwagi na to, że stworzyli strasznego wała...
Aglomeracja
Tu masz jedną z ostatnich deklaracji, w której producenci oficjalnie mówili o wiedźminie:
pcgamer.com/mass-effect-andromeda-will-have-meaningful-sidequests-akin-to-the-witcher-says-game-producer/
Nie zwykłem rzucać słów na wiatr. A powyższe mozna traktować jako obietnicę za#@!$E%$% fabuły.
Osobną kwestią jest to, że na ten moment gra ma nieco ponad 300 ocen i średnią ze strony graczy na poziomie 6,4. To swego rodzaju kara dla BioWare, ale nie ukrywajmy... egzemplarzy sprzeda się więcej. Zagorzali fajni produkcji którzy oczekwiali tej bardzo głębokiej fabuły w ogólnym rozrachunku nie są większością. Większość to zwykli gracze którym się fajnie strzela, ale oni nie trąbią o tym jaka to ta gra jest dobra, bo po prostu fajnie się bawią. Myślę, że z czasem ocena zbliży się do 7.
No mans sky ma prawie 1500 ocen i średnią 4.0. Mimo, że gra wygenerowała naprawdę niezły przychód.
Wiec ja się tu o finanse Bioware raczej nie boję. Martwi tylko to że cała ta nasza popkultura zmierza w jakimś dziwnie miałkim kierunku.
Nomancs wiesz ja rozumiem Twoje argumenty, ale w tym wszystkim jest pewna kwestia, którą trudno mierzyć miarą dystansu i pokory.
Mass Effect powstawał w okresie PO wiedźminie 3. Autorzy sami wprost publicznie mówili o tym, że uważnie tę produkcję obserwują i że nie dopuszczą do tego by świat był taki jak w inkwizycji. Od tamtej pory obserwowałem wiele dyskusji na temat gry i niestety BioWare nie sprostał własnym obietnicom. Bo widzisz. Jeśli się mówi, że pod kątem jakości fabuły Wiedźmin jest wzorcem i ludzie przyjmują to za pewnik, to nawet najlepsza mechanika tego nie zmieni.
Wyobraź sobie taką sytuację. Ktoś bliski zarzeka się, że na urodziny dostaniesz Porshe z prawdziwego zdarzenia. Przyjmujesz to za pewnik i po niemal roku oczekiwania na podjeździe widzisz najnowszą Skodę Superb w najwyższej wersji wyposażenia. No zarąbisty samochód wielu dałoby się za niego pokroić (mniejsza o to czy się ze mną ktoś zgadza), ale to nie jest Porshe i zamiast radości byłby zawód mimo, że przecięż klima działa, są czujniki parkowania, super pojemny bagaznik i masa innych bajerów. Wszystko to schodzi na dalszy plan, bo obiecano Ci porshe.
I tak jest z ME:A. Nie do końca jestem przekonany, że to jest "wina" graczy że hejtują. Gry to coś na co dziś czeka się jak na prezenty. Wymarzone, zwłaszcza gdy rozchodzi się o tak bliskie uniwersa jak to z ME. Nie można obiecać gruszek na wierzbie jesli nie potrafi się ich stworzyć. Dlatego nie potrafię przyznać CI racji, że to głupota hejtować. To pokazuje jak bardzo bliskie było im to uniwersum i jak bardzo, bardzo odbiega od oczekiwań to, co dostali.
I prawda jest taka, że gdybym miał traktować Andromedę istotnie jako MassEffecta dałbym 0/10, bo gra w najmniejszym calu nie sprostała oczekiwaniom. Sęk w tym, że to uniwersum to było coś znacznie więcej niż tylko jakaś tam sobie mechanika.
Ale z racji tego, że uznałem, iż nie chcę patrzeć na Andromedę jak na uniwersum MassEffecta, bo ona ma sporo swoich własnych dobrych stron waham się miedzy oceną 7, a 8. Jeszcze nie skończyłem więc się wstrzymuję na razie.
Poza tym jakiś czas temu oglądałem fantastyczną recenzję, gdzie gośc stwierdził, że gdyby ta gra nie nazywała się MassEffect byłaby dużo cieplej przyjęta. I ja się pod tym podpisuję.
Nomancs masz rację. We wszystkich grach RPG misje sprowadzają się do znajdowania czegoś (zasób, przedmiot, artefakt, miejsce) lub zabicia kogoś (potwór, postać) lub porozmawiania z kimś. To jest bezsprzeczny fakt.
Na dokładnie takiej samej zasadzie możesz powiedzieć, że wszystkie nasze ludzkie czynności sprowadzają się do chodzenia, rozmowy, wypróżniania, jedzenia i zdobywania różnych przedmiotów.
Tylko takie podejście do tematu poprzez bagatelizowanie konstruktywnej krytyki nie do końca ma sens.
I ja nie mówię o krytyce mimiki twarzy, bo naprawdę... w dawnych czasach była ona gorsza, a mimo to wszyscy dobrze się bawili. Nie o mimikę chodzi, nie o wady techniczne, ale fabułę.
Napisałeś, że nie pamiętasz, ale w poprzednich częściach każda z postaci pobocznych miała bardzo, ale to bardzo wyraźnie zarysowany charakter, wyraziste cechy i własną osobowość. To jest główny problem jaki podkreślają praktycznie wszyscy recenzenci. To w moim odczuciu NIE OZNACZA, że gra zasługuje na 6 na 10.
Faktem jednak jest, że walka jest niesamowicie miodna. Eksploracja, crafting itp. naprawdę robią robotę. Jeśli spojrzysz jednak na to co się dzieje z dużym dystansem łatwo dostrzec, że nie to w tej serii zagorzali fani najbardziej kochali, ale fabułę. To co się tu fabularnie dzieje jest zwyczajnie mało wiarygodne.
Podam Ci pierwszy przykład z brzegu. Przybywasz na obcą planetę z zupełnie obecej galaktyki, na miejscu spotykasz obcą rasę. Fakt faktem również mającą spore problemy z Kettami ale nie znają Cię w ani calu. Pierwsza kwestia to jakim cudem się z nimi porozumiewasz? Powinna być chociaż minimalna wstawka fabularna dotycząca np. tłumaczenia ich języka cokolwiek co by to spinało fabularnie. My rozumiemy ich oni nas więc powinno to być jakoś zrealizowane przecież nie mają w uszach słuchawek.
Poza tym nawet pomijające ten fakt w 5 minut od pierwszego kontaktu z obcymi jesteśmy traktowani niemal jak wybawcy. Za mało tam nieufności z ich strony, za mało dystansu. Od ręki 2 minuty później dostajemy parę zadań pobocznych. Fabularnie to się nie tyle nie trzyma kupy, co jest zszyte bardzo grubymi nićmi, wymaga zgody ze strony gracza na wiele absurdów.
W podstawowej trylogii tego rodzaju problemów nie było ponieważ z grubsza znaliśmy wszystkie rasy, była przecież rada itd. jesteśmy w galaktyce która od setek lat rozwija kontakty miedzyrasowe itd. itp. więc przylot na obcą planetę i rozmawianie z obcymi nie jest problemem.
Wiec jak widzisz tu nie chodzi o gameplay. Ludzie hejtują tę grę, bo są głęboko zawiedzeni płycizną scenariusza. I nie chodzi o je ogólne założenia. Te są ok. Nawet BARDZO ok. Chodzi o detale. Ilosć momentów kiedy oczekując naprawdę dobrego scenariusza stajesz przed monitorem i mówisz WTF!?
Poza tym jest jeszcze jedna kwestia. Docierasz na obcą planetę i żeby uaktywnić terraformowanie (czytaj w ch** skomplikowany niesamowicie zaawansowany system uzdatniający planetę do życia) musisz zeskanować parę obrazków (glifów) i rozwiązać parę puzzli. I to piszę w dosłownym tego słowa znaczeniu. Płytkość fabularna tego rozwiązania jest porażająca w dosłownym tego słowa znaczeniu. To jest tak absurdalne, że aż boli. Wyobraź to sobie w rzeczywistości. Lecisz 600 lat. Jaką masz szansę, że na miejscu znajdziesz niebywale zaawansowaną technologicznie mechanikę terraformującą której uruchomienie wymaga rozwiązania puzzli?
W poprzednich częściach mass effectw puzzle były wykorzystywane do otwierania drzwi i to było genialnie uzasadnione, bo przedstawiało złącza na układzie scalonym które trzeba w odpowiedni sposób ze sobą połączyć. Miało to ręce i nogi, ale tutaj ich zwyczajnie nie ma.
Od strony mechaniki ja tej grze niczego nie mam do zarzucenia. Co więcej naprawdę fantastycznie bawię się jeżdżac strzelając itd. ale odpuściłem sobie całkowicie oczekiwanie od tej produkcji głębokiej fabuły, wyrazistych postaci, bardzo skomplikowanie zarysowanych questów pobocznych i rozwiązań, które dałoby się uzasadnić.
No właśnie... grafika w ME2 to już jest niestety trochę nie to... ale historia... postacie... kurde od pierwszego momentu jest to zwyczajnie ambitna spaceopera... podobnie jak w Andromedzie na początku historii wszystko się pierdaczy, ale z jaką to klasą pokazane...
Eh... to dobitnie udowadnia, że moim największym zawodem jest właśnie głębia fabularna... cóż... tego raczej nie naprawią...
Wiesz co? Ja gram na GTX 580 czyli teoretycznie znacznie starszym modelu karty graficznej, ale we wszystkich benchmarkach zyskującym więcej punktów. I u mnie zdarzają się spadki FPSów do tego stopnia, że gra się kiepsko. Nie jest to wada gry, ale skoro na GTX 580 sa takie spadki to obawiam się, że na 950 po prostu sobie nie pograsz.
Możesz spróbować w oknie na mniejszej rozdzielczości lub skorzystać z opcji skalowania w górę np. 720p.
Lord
Wszystko zależy od oczekiwań. Widzę to po komentarzach. Najbardziej zawiedzeni są ci, którzy (podobnie jak ja) oczekiwali zadań choć w połowie tak rozbudowanych i głęboko napisanych jak te w wieśku. Technicznie gra wypada naprawdę fajnie, są gorsze i lepsze rozwiązania, ale to co generuje rozdźwięk w recenzjach to przede wszystkim poziom fabuły.
Grafika grafiką, a co z fabułą? O tym nie wspominacie, a tego nie naprawią.
Poza tym nie "umia" tylko "umieją" i nie "czytaniu kogoś płaczów" tylko "czytanie czyichś płaczów" Różnica niewielka, a jednak. Jak być analfabetą i nie być. Niby to samo (jedno i drugie człowiek), a jednak nie :P
Hehe następny zarejestrowany wczoraj z trzema wypowiedziami na forum :) pogratulować :)
Ja jeszcze nie oceniłem, bo nie przeszedłem całości, ale na razie oscyluje w granicach 7-8 z przewagą w kierunku 8. Prawda jest taka, że gdyby fabuła byłaby lepsza grałoby mi się o niebo lepiej, a gdyby była równie dobra jak w wieśku dałbym dychę jak nic. Bo konstrukcja świata, epickość itd. naprawdę robią robotę.
Śmierdzisz mi płatnym marketingiem. Konto zarejestrowane dzisiaj i jeden jedyny post na forum.
Idź się bawić gdzie indziej. "Zawsze po każdej świetnej grze muszę "przemówić" i usłyszeć opinie innych" głoś prawdy za które płacą :) najwyraźniej całkiem nieźle.
A wiesz co jest najgorsze? Że pisanie tekstów to najmniej wysiłkowy element pisania gry komputerowej. Jeśli masz już postać, która robi coś konkretnego i to się generalnie nawet trzyma kupy JEDYNE co musisz zrobić to dograć kilka kwestii dialogowych w taki sposób żeby:
1. zainteresować gracza
2. powiązać ze sobą wątki
3. UZASADNIĆ te czy inne czynności
Weźmy choćby takiego technika, który na Nexusie weryfikuje próby sabotażu. Krótka rozmowa, od słowa do słowa, nasz bohater okazuje się dobrym wyborem do zweryfikowania pewnych kwestii, bo nie było go w czasie buntu na stacji. Sęk w tym, że SAM w absurdalnie niewiarygodny sposób oznacza na mapie punkty do przeskanowania, a my biegamy jak zwykły jeleń na posyłki. Historia przynieś zanieś pozamiataj powinna mieć nie tylko tło fabularne (tu jest postać technika który ma problem z zaufaniem pobratymcom itd.) ale też musi w jakiś sensowny sposób uzasadaniać czynności które wykonujemy.
Jak to powinno wyglądać? W toku rozmowy technik powinien powiedzieć coś w rodzaju: istnieją 4 najbardziej prawdopodobne punkty ataków (a nie idź poszukać), Dwa w atrium i jeden gdzieś oraz 1 jeszcze tam. I one nie powinny być oznaczane jako dokładne punkty tylko obszary. To powinno być tak że podchodzimy do pierwszego obszaru włączamy skaner i dopiero tutaj na tym etapie SAM nam pomaga poprzez oznaczenie konkretnego obiektu do zweryfikowania w momencie gdy skanerem na niego najedziemy. SAM staje się wtedy przedłużeniem naszych własnych zmysłów.
BioWare chciał ze skanera zrobić takie jakby wiedźmińskie zmysły ale zrobił to źle.
Podobnych durnych motywów jest masa. Przynosimy do SAMA jakieś niby algorytmy i co chcecie mi wmówić, że tak potężnie zaawaansowana technologia nie ma programu antywirusowego? No ludzie drodzy... sztuczna inteligencja nie potrafiąca odseparować procesów? No nie kupuję tego. A już najgorszy był motyw z przeklikaniem czegoś na trzech niezależnych monitorach by SAMA naprawiać. Mamy doczynienia z horrendalnie zaawansowaną technologią i trzy proste polecenia z klawiatury miałyby wyeliminować potężnego wirusa. No płytszych akcji wymyslić się już chyba nie dało.
I głównie o to chodzi w problematyce BioWare. Prawda jest taka, że ta gra jest PEŁNA misji typu przynieś zanieś pozamiataj, a każda z tych akcji została wzbogacona o bardzo nędznej jakości historie, które ewidentnie służa jednemu celowi: by można było powiedzieć no przecież jest historyjka.
I moje zdanie na temat jest takie, że w BioWare nie znalazły się osoby z dostatecznie rozbudowaną wyobraźnią, by wiązać ze sobą wątki w należyty sposób. Poraża płycizna postaci i questów, porażają absurdy fabularne.
Cała reszta to tylko technikalia. Gdyby fabularnie było bosko wszyscy wybaczyliby BioWare techniczne usterki. Gracze to inteligentni ludzie i potrafią wiele zrozumieć, wiele wybaczyć jeśli widza, że mają do czynienia z wartościowym produktem.
Do tych co nie rozumieją prostej kwestii. Gra kosztowała 40 MILIONÓW DOLARÓW. Słownie STO SZEŚĆDZIESIĄT MILIONÓW ZŁOTYCH.
TAK ma dla mnie olbrzymie znaczenie to, czy postać podczas mówienia o śmierci swojego przyjaciela wygląda jak tępy drewniany kołek. TAK ma dla mnie olbrzymie znaczenie, czy znaczniki kierujące do misji działają właściwie, a w tej grze NIE DZIAŁAJĄ właściwie, bo w małych lokacjach już KILKADZIESIĄT RAZY poszedłem nie w tę stronę, co trzeba i wielu graczy o tym wspomina. TAK ma dla mnie bardzo duże znaczenie, czy poziom tekstów postaci sięga pi razy drzwi gimbazy. TAK ma dla mnie spore znaczenie, czy w grze za którą płacę bagatela niemal 200 zł i która OBIECAŁA (twórcy obiecali), że bardzo dużo nauczyła się od Widźmina istotnie wątki poboczne mają jakieś konkretne historie wokół siebie, a tutaj twórcy niestety się nie psotarali. TAK ma dla mnie spore znaczenie, czy w grze za którą płacę niemal 200 zł muzyka zapada w pamieć (w porównanie z MS 1,2,3 to - Andromeda - jest po prostu mierne). TAK ma dla mnie bardzo duże znaczenie, czy w grze która chełpiła się ogromem świata występuje dużo absurdów w rodzaju: wchodzisz do krypty obcych i wewnątrz masz porozrzucanych masę magazynków, akurat do Twoich (postaci z Drogi Mlecznej) karabinów pistoletów itp. No takich absurdów tam jest na pęczki.
I tak masz rację główny wątek stoi na niezłym poziomie, ale spiprzonych i zabsurdalizowanych jest tak wiele rzeczy że głowa boli. I tu nie chodzi o jakieś durne porównania do Wiedźmina. TYlko o tę knkretną produkcję, która od strony przemyślenia bardzo wielu rozwiązań jest po prostu "z dupy".
Przylatujesz na obcą planetę do cywilizacji, która niedawno została mocno przetrzewiona przez Ketów i po dwóch zdaniach rozmowy w 3 minuty jesteś przez tę rasę traktowany jako najbardziej godny zaufania wybawiciel. No przecież to się KUPY NIE TRZYMA. Wszystkie te wątki są zszywane tak grubymi nićmi, że aż boli patrzeć.
Osławiona mimika, czy moje screeny przenikania się tekstór to jest tylko wierzchołek góry lodowej.
Osobną kwestią jest to, że jednym poziom gimbazy i bezsensownych związków przyczynowo skutkowych odpowiada bo sami nie mają większych oczekiwań wobec produkcji tylko niech się dobrze strzela i niech będzie epicko. Ale są też tacy (i taka jest większość fanów uniwersum) którzy oczekują charyzmatycznych postaci, dobrze napisanych dialogów, dobrze łączonych wątków fabularnych.
Ta gra jest po prostu płytka. Epicka to fakt. Ładnie wygląda to fakt. Ale jest zwyczajnie płytka.
Ja kupiłem tylko dlatego że nie było pirata :D więc w tej materii się mylisz.

Taki kwiatek :) Lepszy niż ta wasza mimika, która już mi się przejadła :P
Rozumiem Twoje argumenty, ale nadal nie mieści mi się w głowie poświęcanie czasu czemuś, co nam się nie podoba, a co jednocześnie nie wnosi niczego do naszego życia.
Ja gram, bo mimo wielu ułomności powala mnie klimat tej produkcji. Są momenty, kiedy po prostu łażę sobie po Tempeście podziwiając jego wykonanie, żałując jedynie, że nie pozwolono tu na swobodny lot w obrębie systemów gwiezdnych, ale cóż, nie można mieć wszystkiego ;)
Ale nie mieści mi się w głowie ogarnianie gry na 100% "dla zasady" szkoda by mi było czasu. Dla przykładu masa ludzi zagrywała się swego czasu w Dishonored, czy innego tego typy produkcje. Zacząłem i po kilku godzinach przyjemność (DLA MNIE) była zerowa, więc odpuściłem, bo marnowanie swojego czasu tylko po to, by móc się na temat wypowiedzieć to trochę bezsensowna strategia. Równie dobrze mógłbym zatrudnić się jako czyściciel kanalizacji tylko po to, by móc się wypowiedzieć. Kompletnie do mnie taka argumentacja nie przemawia.
A Andromeda wzbudza skrajnie różne opinie. Są ludzie tacy jak ja, dla których tak głębokiego poczucia eksploracji kosmosu nie daje żadna inna produkcja, są też tacy (jak recenzent GO), dla których niski poziom części tekstów (poziom gimbazy) nie przeszkadza w odbiorze całości i ja się chyba też powoli zaczynam w to wciągać. Zaczynają się tworzyć kolejne wątki i choć początek uznaję za dość słaby to robi się ciekawiej.
Ale na pewno nie wracam do gry dlatego że muszę, gdyby to nie było przyjemne nie wracałbym, bo coś takiego uważam za zwykłą głupotę.
Ja zauważyłem na przykład, że FPSy strasznie lecą w dół kiedy kamerę kieruje się lekko w dół. Szczególnie widoczne w niektórych lokalizacjach. Ja mam słabszy sprzęt więc daje się to we znaki dośc mocno. Co ciekawe w tej samej lokalizacji, w tym samym miejscu skierowanie kamery bardziej poziomo poprawia płynność nawet o kilkanaście klatek. Żeby było jeszcze ciekawiej, tam w dole nic nie ma, bo stoję na ziemi, a nie np. na krawędzi kanionu, gdzie w dole byłyby jakieś dodatkowe tekstury do obrobienia. Stąd moje zdziwienie.
Pytam bo mam podejrzenia, że mój sprzęt nie wyrabia (niestety nie należy do najwydajniejszych egzemplarzy).
Po ogarnięciu pierwszej planety niestety muszę potwierdzić: dialogi są dramatycznie złe. Poziom gimbaza tak pi razy drzwi. I nie chodzi mi tu o grę aktorską tylko o samą treść dialogów i to jak zarysowują się postacie: infantylne, niedojrzałe, płytkie. I tu już nie chodzi nawet o porównywanie do jakiejkolwiek innej produkcji, ale o tę konkretną. Sama fabuła jest fajna. Przybywamy do nowego świata i okazuje się, że jakaś cywilizacja w pewnym sensie chciała przygotować planety do istnienia na nich życia. Super komputer dzięki któremu pionierowi udaje się łączyć z tamtą technologią. Generalnie to się trzyma kupy i nawet fajnie się w tym uczestniczy. Podziemne struktury mniemam, że czerpiące energię z jądra planety. Fajna sprawa.
Ale te dialogi to jest naprawdę dramat. Choć w pewnym sensie udało mi się temu zaradzić dzięki własnej wyobraźni. Mówiąc bardziej dobitnie. Historia w takim na przykład Wiedźminie 3 jest tak genialnie napisana, że chłonie się ją taką jaką jest. Uczestniczy się w wydarzeniach i tam nic nie zgrzyta, a tutaj. Dużo lepiej zacząłem się bawić w momencie, kiedy do istniejącego świata we własnej głowie dopisuję własne wątki, traktując to co jest jedynie jako podwalinę.
Trochę to może naiwny punkt widzenia, ale dzięki temu zabawa jest dla mnie dużo przyjemniejsza.
Nie zmienia to jednak faktów, że dużo jest tutaj kolosalnych absurdów. Porozrzucane obiekty bronione przez Kettów w zasadzie nie wiadomo dlaczego i po co. Podjeżdża się do takiego a ci nagle przylatują swoim statkiem (skoro mają ich tyle to dlaczego nie atakują nowo założonej placówki badawczej?) Itd. itd... takich fabularnych gniotów jest tu na pęczki. Jak napisałem łagodzę to wymyślaniem własnych historii i wychodzi to lepiej niż jest faktycznie...
Ale w ogólnym rozrachunku... jest w tej produkcji coś dziwnego... widzę, że wiele osób tu pisze, iż siedzieli w grze 90 godzin, a jednoczesnie uznają to za fabularne dno i gimbazę. TO jasno pokazuje, że BioWarowi udało się zrobić jedną rzecz dobrze. ME:A wciąga, zasysa i przyciąga. Wiesz, że to gniot, wiesz że na żadne fabularne fajerwerki liczyć nie możesz, ale wracasz, bo jednak coś tam jest. Przeciez nikt nam nie płaci za granie, nie dostajemy za to żadnych profitów, a jednak kończycie fabułę, drążycie wątki poboczne.
Może to przez rozbudowany system rozwoju postaci, może cratfing ale jest coś co każe wracać. I to chyba największe zwycięstwo ME:A. Nie zmienia to jednak faktu, że strasznie przykro, że firmę którą stać było na wywalenie 40 milionów na zrobienie gry nie stać było na zatrudnienie solidnego scenarzysty.
"Ta walka była... fajna..."
Znajdźki w wiesku były zaje***ste :) skrzynka chroniona przez babę wodną i zaraz obok tryp z listem informującym, że mężnie usiłował się facet popisać przed lubą, chciał zdobyć skarb i w ogóle. Tam każda pierdoła była okraszona historią.
A tu? Aktywujesz przekaźnik i nagle w 3 sekundy pojawia się stado Kettów jakby czekali dosłownie za ścianą nie widząc jak od pół godziny plączę się po tym miejscu.
No sorry, ale tu się naprawdę bardzo wiele rzeczy kupy nie trzyma, no niestety.
|
A Wiesiek postawił poprzeczkę tak wysoko, że nie da się go nie przytaczać. Chłopaki z BioWare mieli KUPĘ CZASU na nauczenie się czegoś mądrego. I stąd żal graczy. Wiesiek jak na talerzu pokazał jak należy robic RPGa akcji.
Bardzo mnie boli to, że ocena tej gry jest horrendalnie zawyżona przez ocenę tak zwanych ekspertów i redakcji.
Chryste, przecież ocena użytkowników to zaledwie 6.4.
Bawię się fajnie, ale póki co żaden wątek mnie konkretnie nie wciągnął.
Dość interesują kwestia. Pojawiły się w sieci opinie jakoby badanie galaktyki było nużące ze względu na ciągle pojawiającą się animację zbliżania do planety, ale wiecie co?
Cholernie mi się ten motyw podoba. Ma to niebywały klimat i sprawia, że autentycznie mam poczucie, że badam konkretny układ gwiezdny, a nie przeskakuję jak kicaj z planety na planetę.
I ja wiem, że malkontenci powiedzą, że dużo czasu to zabiera, ale dla mnie to jest dosłownie jak wyjście na kawę. Nie idzie się tam po to, by ją szybko wyżłopać, ale po to by się nią delektować i czymś takim jest dla mnie badanie planet w ME:A. Nigdzie mi się nie spieszy, gram dla przyjemności, a nie jak najszybszego wymaksowania gry i sprawia to olbrzymią przyjemność. Tym bardziej, że graficznie wykonali to genialnie. I jeszcze to zaskoczenie, kiedy badając planety przypadkiem wyszedłem z konsoli i okazało się, że tę planetę widzę za oknami Tempesta. NO BAJKA! :)
Jedyne do czego bym się przyczepił to animacja przejścia. Zdarza się (bardzo rzadko, ale jednak), że przenosząc się z planety na planetę kamera "przenika" przez obiekty. Powinna planetę łukiem okrążać. W końcu jesteśmy w statku do cholery :P :D ale to już takie czepialstwo dla czepialstwa.
Mogę natomiast powiedzieć coś o dialogach. Zdecydowanie, ale to po kroćset zdecydowanie BioWare nie zatrudnił równie dobrych scenarzystów jak CDP przy produkcji wieśka. I nie chodzi mi o porównywanie gier, ale jakoś i głębię dialogów.
Zabiła mnie ta kobieta próbująca uwolnić męża oskarżonego o zabójstwo. "To niesprawiedliwe... ojojjoj to ty? A więc to prawda" Żenada totalna.
Generalnie wygląda to tak jakby scenarzyści mieli fantastyczne pomysły na zarysowanie historii (pierwszy morderca na Andromedzie - no genialny motyw), ale bardzo słabo to wyszło jeśli chodzi o samą konstrukcję dialogów.
I to też NIE WSZĘDZIE żeby była jasność. To nie jest tak, że każdy dialog jest tak słaby. Dla przykładu fajnie rozwiązali tego mechanika, który szukał sabotażysty na statku. W pierwszej chwili nie wie komu ufać, potem (powiązuje fakty) orientuje się, że ma do czynienia z kimś kto nie był na Nexusie w czasie buntu i prosi o pomoc. Historia przynieś zanieś pozamiataj staje się uzasadaniona jak również uzasadnionym staje się fakt tego, że Pionier (no jakby nie patrzeć czołowa postać) zostaje zaangażowany do mało istotnej misji.
Więc to nie jest tak jak pisze wielu recenzentów, że dialogi są w ogóle skopane. Zdarzają się po prostu kiepskie momenty ewidentnie nieprzemyślane. Podejrzewam, że zabrakło im czasu, że premiera trochę za wcześnie lub za mało środków na prace (akcjonariusze pewnie gonili). Bo skoro część dialogów jest perfect to nie jest tak że tych ludzie nie stać było na zrobienie tego czy innego dialogu lepiej.
PS: Winda na Nexusie jeździ tylko w jedną stronę niezależnie od tego, w którą stronę zmierzamy :D
PPS: Projekt Tempesta jest boski. Uwielbiam jego wnętrze.
Wiesz ja mam dopiero początek za sobą, więc w sumie opisałem dopiero pierwsze wrażenie, co będzie dalej, zobaczymy.
Dodam jeszcze, że co prawda gram na miernym sprzęcie, więc absolutnie nie ma on prawa być jakimkolwiek wyznacznikiem tego, czy optymalizacja jest dobra, czy zła, ale na pewno jest bardzo, ale to bardzo nierówna. Są miejsca, gdzie gra działa wprost rewelacyjnie, a są i takie, gdzie wydajność spada, a gra potrzebuje zdecydowanie większej mocy niż pozwala na to mój sprzęt.
Słowem, żeby grać w każdej sytuacji płynnie trzeba mieć solidny komputer. Nie twierdzę, że jest to wada gry, w końcu standardem są teraz procesory i7, ale nie zmienia to faktu.
No cóż :) ja powoli wchodzę w ten świat i mam już pierwsze spostrzeżenia. Klimat jest absolutnie mega i to w zasadzie była i jest domena wszystkich odsłon Mass Effecta. Jednakże mam takie poczucie, że walka w tej części jest niebywale chaotyczna, gram na poziomie trudnym i parę razy zdarzyło mi się już zginąć (głównie przez własną głupotę), ale... taktyczność starć jest dosłownie zerowa. Walki są znacznie bardziej dynamiczne to prawda, ale taktyki jest zero. W poprzedniej części wyznaczałem sobie towarzyszom idealne pozycje do ostrzału, a sam z metr za nimi na trzeciej pozycji osłaniałem obojga. A teraz... no straszny chaos jest. Towarzysze biegają jak opętani dosłownie włażąc wrogom pod karabiny. O inteligencji oponentów nie można powiedzieć, że jej nie ma, ale na pewno nie należy do najwyższych lotów. Zdecydowanie zbyt często wychylają się zza osłon nie oddając strzałów. Trochę mi to przypomina taką zabawkę w wesołym miasteczku. Seria dziur, z których wychylają się kaczki i trzeba mieć refleks by każdą z nich zdzielić w łeb taką jakby packą. Trochę to śmiesznie wychodzi.
Bardzo mi się natomiast podobają te stwory, które atakują w zwarciu. Zmuszają do zmiany pozycji i to mi się bardzo spodobało, bo w poprzednich częściach ME zdarzały się sytuacje, w których dobierając odpowiednią pozycję można było z jej poziomu zdjąć wszystkich przeciwników. Aktualnie grozi to szybkim samobójstwem.
Jeśli zaś chodzi o główny ból du*y wszelkiej maści hejterów z animacjami wcale nie jest tak źle jak to się może wydawać. Twarze są sztuczne to prawda, ale nie mam poczucia by każda jedna scena była spartaczona w równym stopniu jak tych 5, czy tam 10 gifów, które krążą w sieci usiłując reprezentować całokształt produkcji.
Natomiast ta walka bardzo boli, bo pewnie jak i w poprzednich częściach ME jest jej mnóstwo.
O dialogach póki co wiele powiedzieć nie mogę, bo to dopiero wstęp do gry, ale nie rzuciły mi się w oczy jakieś szczególnie bolesne kwiatki.
Cholera... ale 180 zł za grę bez jednego grosza... i nawet mapy galaktyki wydrukowanej... widać nie nauczyli się wiele od CD'pu... a szkoda, bo taka jebutna mapa galaktyki na ścianę byłaby naprawdę fajną sprawą, a przecież wydruk egzemplarza... ile to może kosztowa? 10 groszy? Złotówkę? Przy masowej produkcji pewnie nawet mniej... szkoda, szkoda, bo nie ma wokół takiej otoczki, która powodowałaby, że gra niejako "wychodzi" poza obręb monitora...
No a ja właśnie wróciłem ze swoim egzemplarzem z Empiku. Kurde. 6 DVD, przewidywany czas instalacji 1 godzina. Wicie kiedy po raz ostatni instalowałem coś z nośnika? :) Za czasów Baldura. Wtedy było to CD... i też mieliło ponad 30 minut :) cholera ani o krok postępu. Buaahahahahaha :D Zamieszczę i spostrzeżenia jak pogram :)
Należy przez to również rozumieć, że w wersji ostatecznej mimika na PC będzie ok :P
Jak to dlaczego? Po to by się gadało. Możliwe, że wersja PC była najprostszą do strolowania lub na PC jest relatywnie mała ilość odbiorców. Stawiam na tę drugą tezę. Na konsolach większość graczy nie zraziła się, bo mają normlane twarze, a pctowcy narzekają, bo zostali strollowani :- ).
I gada się i gada,.

Wszyscy dajecie się trolować pod kątem mimiki twarzy :)
Podsyłam wam screen z porównaniem wersji XBOX do wersji PC :)
W tak dużej grze istnieje generator twarzy. Są one tworzone w oparciu o set różnych wytycznych (wielkość nosa, układ twarzy, kolor oczu). Nie wszystkie muszą być udostępnione w edytorze ale istnieją.
I nic tak dobrze nie robi marce ja wypuszczenie na PC wersji z nieco "podrasowanymi" modelami postaci po to by zyskać darmową reklamę :- ).
Pozdrowienia dla wszystkich, któzy dali się wkręcić, choć 1 kwietnia dopiero za półtora tygodnia :P

Istotnie różnica jest kolosalna. Wiecie co? Ja mam takie niejasne wrażenie, że wszyscy jesteśmy trolowani przez BioWare. I że ta gów**burza jest im po prostu na rękę.
Wygląda to tak jakby wersja na PC zawierała zmodyfikowane wytyczne kształtu twarzy i mimiki właśnie po to, by cały świat o tym gadał, by wszyscy się tym interesowali, by absolutnie na każdym kroku o tym mówiono.
Dodam jeszcze, że Wiedźminie tkwi pewien niedostrzegalny szkopuł.
Jeśli przechodzi się grę w miarę dokładnie, lokacja po lokacji, wątek po wątku rozwój postaci jest prawie niezauważalny, bo tam nie chodzi o to byś biegał od potwora do potwora dla punktów doświadczenia, ale dla historii. Dla wątków fabularnych. Stąd jeśli prowadzimy Wiedźmina z grubsza tak jak założyli sobie to twórcy: Sad, Velen (Baron), Nowigrad, Skelige, powrót do Nowigradu. To z grubsza rzadko natrafia się na sytuacje, w których drażnią różnice poziomów poza jednym...
Był taki moment kiedy stanąłem w pewnym momencie przed jakimś potworem i zadałem sobie pytanie: dlaczego kuźwa nie mogę z nim walczyć? Nie dlatego, że potrafi coś zdumiewającego tylko dlatego że ma wyższą cyferkę niż ja.
Jednostkowe przypadki, ale się zdarzały np. kiedy oddaliłem się od głównego wątku zbyt mocno.
Na jakim poziomie trudności grałeś? Pytam, bo na tych niższych istotnie eliksiry i magia nie mają takiego znaczenia. Natomiast na najwyższym niezastosowanie eliksiru, czy odpowiedniej umiejętności istotnie utrudnia walkę.
Ale rozumiem o czym piszesz. Ja w Wieśkowi daję dychę za całokształt (przyjemność ogólnie płynącą z kontaktu z tą grą). Jednakże faktycznie, gdyby go traktować jako czysto-rasowego rpga wypadłby blado głównie przez wzgląd na niektóre rozwiązania wepchnięte trochę na siłę, co nie oznacza że nie uzasadnione.
Zadań jest tam tak dużo, że chłopakom z CDP'u nie udało się znaleźć wyważenia pod kątem ilości zdobywanego doświadczenia. Musieli celować zarówno w tych, którzy zrobią "kilka" zadań pobocznych i przejdą fabułę jak i tych, którzy zadania poboczne będą traktowali jako podstawę rozgrywki. W przypadku tradycyjnego systemu zdobywania doświadczenia ci pierwsi mieliby przesrane (za mała ilość doświadczenia do pokonania końcowych bossów) jak i ci drudzy (zbyt duży poziom wynikający z zadań pobocznych). Co ciekawe pod koniec 2015 roku statystyki osiągnięć STEAM mówiły o tym że zaledwie nieco ponad 21% graczy którzy kupili grę, w ogóle ją ukończyli.
Głównie dlatego zastosowano pewnie system zdobywania doświadczenia niemal wyłącznie przez główny wątek fabularny. Z punktu widzenia logiki jest to rozwiązanie do dupy, ale wskaż alternatywę. Nawet w takim baldur'sie nie miałeś aż takiego zatrzęsienia różnych drobnych aktywności, które teoretycznie powinny dawać nam doświadczenie.
Myślę, że do wieśka po prostu trzeba inaczej podejść pod tym kątem. Wątki poboczne to część historii (i o nią w nich chodzi).
A magia i eliksiry. Cóż. W praktyce wszystkie eliksiry wspomagają zadawane obrażenia lub odporność na otrzymywane obrażenia (z różnych źródeł). Są naturalnie takie które wspomagają znajdowanie roślin tylko w praktyce... z tego się nie korzysta...
Podobnie jest z umiejętnościami. Praktycznie nie ma tam umiejętności typu nie wiem... nowy sierpowy w walkach bokserskich albo zupełnie nowy rodzaj uniku. Każda z umiejętności to poza drobnymi wyjątkami wzrost obrażeń lub odporności + kilka pierdół jak dodatkowy strzał z kuszy. Czyli z grubsza niemal wszystko kręci się wokół pytania: ile ciosów zadam by zabić, ile ciosów otrzymam by zginąć.
Pytanie tylko, czy można to traktować jako zarzut? Ty nie dostajesz postaci, którą masz sobie dowolnie ukształtować, ociosać i zrobić z niej praworządnie złego maga. Dostajesz Wiedźmina. To skonkretyzowana postać o jasno określony rysie charakterologicznym i jasno określonych umiejętnościach. On po to przeszedł szkolenie, po to przeszedł próbę traw, by później nie musieć się wszystkiego uczyć, a jedynie wykorzystywać posiadane umiejętności. Może poznawać nowe mutageny, a więc zwiększać swoją SKUTECZNOŚĆ w walce, ale absurdem byłoby otrzymanie "gołej postaci" której sposób walki jakoś dramatycznie zmienia się w przeciągu iluś tam miesięcy trwania historii poszukiwania Ciri. Byłoby to wielki absurdem, bo Wiedźmin nie jest rasowym RPGiem starej szkoły choćby przez sam fakt opowiadania historii bardzo dobrze opisanej postaci, z góry narzuconej, predestynowanej do odgrywania określonej roli.
Chodzi o to że sama ta postać narzuca już to czego NIE MOGŁO być w tej grze. Rozwój postaci nie mógł znacząco wpływać na jej możliwości walki. To dotyczy nawet arsenału, bo niby są topory, ale w praktyce korzystasz tylko z mieczy stalowych i srebrnych. Wszystko tu jest definiowane historią, ona jest pretekstem do rozwoju postaci.
A zabicie wieśka przez strażnika o kilka poziomów wyżej? No cóż... nie wiem czy czytałeś ksiażki Sapkowskiego, ale Wiedźmin wielokrotnie składał broń w obawie o własne życie i nie stawał w szranki jeśli absolutnie nie musiał.
Myślę, że próba traktowania Wiedźmina jako rasowego RPGa jest skazana na niepowodzenie, bo z góry zakłada, że wiedźmin jest rasowym RPGiem, a nim nie jest.
Lord ja rozumiem intencje autorów, chodzi mi tylko o to, że konsekwencje naszych wyborów MOGĄ nie być oczywiste, ale jednocześnie mogą być bardzo wyraziste.
Dla przykładu Laterett podał przykład historii Barona, którą sam uważam za bodaj najlepszy wątek w całym 3 Wiedźminie. Jest tam jeszcze inna historia.
spoiler start
Kiedy duch zaklęty w drzewie prosi nas o uwolnienie. Wyobraź sobie, że ja w swej naiwności nie spodziewając się konsekwencji zgodziłem się pomóc "potworowi". Mówiłem sobie, no może i potwór, ale każdy zasługuje na drugą szansę. Jakże się srogo pomyliłem. I kiedy zdałem sobie WIELE GODZIN PÓŹNIEJ sprawę z konsekwencji dokonanego wyboru (pogrom w wiosce itd.) miałem autentyczne poczucie winy. To był taki moment kiedy powiedziałem sobie: jak mogłem być tak głupi? Ta konsekwencja gdzieś mi umknęła w toku dobrodusznego traktowania całego świata, ale kiedy już nastąpiła miałem pełne poczucie, że zasłużyłem na to poczucie winy, własną naiwnością, pobłażliwością wobec monstrum, krótkowzrocznością itd.
spoiler stop
spoiler start
Bardzo podobne uczucie towarzyszyło mi kiedy z dobroci serca postanowiłem dać szansę odczarowania żony barona i ten później się powiesił. Przyczyna skutek.
spoiler stop
No i ja rozumiem wasz argument, że jak Ciri niby nie miała wsparcia w ludziach dookoła to dochodziło do śmierci. Podałem kilka wyborów, które nie są związane ani z ojcem czy nawet stricte białym zimnem i w takiej sytuacji mówienie o braku wsparcia jest bardzo grubymi nićmi szyte.
Geralt zabił set potworów by Ciri odnaleźć, zmagał się z cyklopami, druidami, czarodziejami, "wikingami" z wysp, a nawet ruszył dla niej do równoległego wymiaru. Dał dość dowodów swojego oddania i wsparcia by między bajki włożyć zarzut, że był zbyt obojętny.
I głównie dlatego to mi się nie trzymało kupy rozumiecie? Na końcu nie miałem poczucia, że coś spartaczyłem. I oczywiście można o tym pisać z drugiej strony, że życie bywa nieprzewidywalne to fakt i z tym dyskutować się nie da. Nie zmienia to faktu, że historia Barona za pierwszym razem skończyła się dla mnie tragiczne, ale miałem poczucie, że w sumie poszło to tak jak powinno, a historia Ciri zakończyła się wielkim rozczarowaniem. Nie rzutuje to na mój odbiór całości gry, ale jest rażącym niedociągnięciem fabularnym bo dotyczy GŁÓWNEGO przecież wątku a nie jakiejś tam pobocznej historii.
Mi nie chodzi o to że wszystko ma się kończyć dobrze, historii Barona nawet nie próbowałem "cofnąć" bo podobało mi się, że nagrodą za naiwność jest tragedia Z MOJEJ WINY. Było to tak spojne, że aż mnie zmierziło na widok końcowych aktów historii Barona. No a Ciri... człowiek się stara, ryzykuje życiem, robi cąłą tę historię z jej powodu, a potem się okazuje, że głupia śnieżka ma kształtować jej poczucie naszego oddania lub jego braku? Wychodziłoby zatem na to, że Ciri jest skrajnie rozchwianym emocjonalnie bahorem, który nie potrafi dostrzegać kto jest dobry, a kto zły.
I jeśli podejść do tego pod tym kątem... to istotnie trzymałoby się to kupy. Mała zagubiona kobietka źle zinterpretowała życie i do końca patrzyła wyłącznie na czubek własnego nosa :P
I żeby była jasność to wszystklo co piszę to nie są ZARZUTY do redów. Oni stworzyli historię wedle własnego widzi mi się, którą ja odberałem tak a nie inaczej. W sumie to dość niezwykłe mieć kontakt z produktem artystycznym o tak wielkiej wartości a jednocześnie mieć świadomość, że poboczne wątki chwytały mnie bardziej niż główna intryga :)
Bo tak po prawdzie... od początku do końca cały czas zachodziłem w głowę, na chuj szukać kogoś, kto nawet nie próbuje nam w tych poszukiwaniach pomóc :D I w sumie te wszystkie niesamowicie ciekawe wątki, historie, detale, drobiazgi fabularne wynikały z bardzo płytkich pobudek. Córka mi zwiała z domu, więc wybiłem pół świata potworów, by ją odnaleźć :P
Mój pierwszy kontakt z grą z otwartym światem? Loading... loading... loading... loading... loading... loading...
Jakim cudem gra w otwartym świecie ma tak porażającą ilość krótkich co prawda ale jednak ekranów ładowania? To jest niepojęte. Poza tym niestety piękne wybuchy to jedno, a idiotyczne charaktery, drętwa, wręcz beznadziejna fabuła to drugie. Nie wspomnę już o tym, że żeby to gówno uruchomić trzeba było grzebać w plikach konfiguracyjnych gry.
Nikt nie mówi, że to ma być wiedźmin w kosmosie. Chodzi tylko o stopień skomplikowania historii itd.
Mam do was pytanie. Czy może mi ktoś napisać z jakiego powodu CDP postanowił tak skonstruować fabułę zarówno podstawowej części gry jak i dodatku Krew i Wino, że o najbardziej doniosłych i istotnych wydarzeniach decyduję kompletne pierdoły?
spoiler start
Pisząc za poradnikiem (odnośnie części podstawowej gry) śmierć ciri gdy 3 z 5 odpowiedzi w dialogach:
podczas zadania Krew na polu bitwy (Blood on the Battlefield), gdy Ciri będzie niepocieszona wybierz stwierdzenie, że nie musi być dobra we wszystkim,
w dalszej części zadania udaj się do cesarza i przyjmij zapłatę,
w zadaniu Ostatnie przygotowania (Final Preparations) wyrusz z Cirillą do Loży czarodziejek,
zadanie Dziecko Starszej Krwi (The Child of the Elder Blood): każ uspokoić się dziewczynie, gdy zacznie wpadać w gniew,
nie zgadzaj się na odwiedzenie grobu Skjalla, gdy zostaniesz o to poproszony, odpowiadając, że czas nagli.
--------------------------------------
Taka konstrukcja świata wydaje mi się... zwyczajnym debilizmem. Nie porzucałem się z ciri śnieżkami, wlazłem z nią do loży czarodziejek i chciałem szybko ruszać w trasę więc nie odwiedzieliśmy grobu Skajalla i to ma powodować, że Ciri ginie? Już nawet jak to piszę brzmi to po prostu śmiesznie.
Bardzo podobnie wygląda historia z dodatku Krew i Wino, gdzie mimo, iż udowodniłem, że siostra księżnej zamierzała księżną zamordować, nie ma żadnych opcji uniknięcia tragedii. Mam tu na myśli fakt, że gdybym był Wiedźminem w takiej sytuacji bardzo, ale to bardzo nalegałbym na spięcie oskarżonej kajdanami i uniemożliwienie wykonania jakichkolwiek działań względem otoczenia. Cała ta sytuacja jest tak absurdalna, że aż boli patrzeć. Kobieta oskarżona (w zasadzie winy dowiedziono) o zamordowanie całej masy ludzi, doprowadzenie do rzezi w mieście itd. chodzi sobie jakby nigdy nic. TO JEST ABSURD. To się nie trzyma kupy.
spoiler stop
Chodzi mi generalnie o to, że o tym jaki będzie finał decydują pojedyncze, często nic nie znaczące detale. Wygląda to trochę tak jakby najpierw wymyślono sobie fabułę (genialną zresztą) potem wymyślono zakończenia (również genialne), a dopiero na końcu zaczęto zastanawiać się, jakby tu wpleść w fabułę elementy wywołujące dane zakończenie.
Nie mam ŻADNEGO realnego poczucia, że na dane zakończenie sobie faktycznie zapracowałem. Wprost przeciwnie gdybym nie przeczytał poradnika do głowy by mi nie przyszło, że robiąc to czy tamto skazuję postać na śmierć. Strasznie to naciągane i psuje historię.
Ubijasz setki potworów, uczysz się ważenia mikstur, zapierdzielasz przy rozwiązywaniu intryg, łamigłówek i zagadek, a o ostatecznym zakończeniu decyduje durna bitwa na śnieżki, czy jedno pytanie Geralta, które ma niby nie dość, że wzbudzić wyrzuty sumienia w mordercy to jeszcze w 5 sekund zupełnie odmienić jego postrzeganie własnych zbrodni.
Absurd absurdem pogania. Grę oceniam na 10 bo przyjemnosć dała mi niebywałą, ale zakońćzenia o ile same w sobie są niesamowicie ciekawe, o tyle sposób doprowadzania do nich jest spartaczony po całości. Zastanawiam się tylko dlaczego...
Bardzo się obawiam o stan tej gry. Tzn... nie zrozumcie mnie źle, grafika jest po prostu bajeczna, a ostrość tekstur zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie (na gamepleyach), ale od strony fabularnej Wiedźmin postawił poprzeczkę horrendalnie wysoko. Stopień skomplikowania głównego wątku, ilość wątków pobocznych, całe tabuny przedmiotów, eliksirów i drobiazgów, z których niemal każdy można przeobrażać, modyfikować... ja co prawda nie mam czasu grać po naście godzin dziennie, ale to wszystko w świecie Wiedźmina sprawiło, że kończąc grę po raz pierwszy miałem pewne trudności z przypomnieniem sobie niektórych historii, z którymi się zetknąłem i to jest dla mnie miarę ogromu tego świata. Potem grając po raz drugi zdumiało mnie to jak wielu rzeczy za pierwszym razem nie odkryłem i jak bardzo INACZEJ potoczyła się historia, gdy dokonałem innych wyborów. Jak do tego dodać fakt, że wielokrotnie dawałem się zwieźć "życzliwości serca" i sądząc, że postępuję właściwe suma sumarum dokonywałem błędnych wyborów... chłopaki z CDP zrobili coś niesamowitego i mimo, że w wieśku mimika twarzy kuleje na każdym kroku, w ogóle mnie to nie razi.
I w tym kontekście mam obawy odnośnie nowego Mass Effecta... i mam olbrzymią nadzieję, że się mylę. Nie chciałbym, by okazało się, że pod podszewką pięknej grafiki, kryje się masa nic nie znaczących wyborów i powtarzalne misje.
Najpiękniejsza gra spośród wszystkich w jakie do tej pory grałem, a trochę tego było. Nieziemski klimat, przepiękna muzyka i sięgające zenitu emocje podczas podróży... absolutnie godne polecenia, a twórcom należy się ogromny ukłon! Istny majstersztyk!
No tak. Program, niedoskonały. Ale nagięta to teoria. Widzisz... z zawodu jestem programistą... i z doświadczenia wiem, że jeśli istniałaby technologia umożliwiająca wejście we wspomnienia z dawnych zaprzeszłych lat to TYM BARDZIEJ istniałaby technologia umożliwiająca przedstawienie tych wspomnień z idealną fizyką. Choćby po to, by ktoś kto w te wspomnienia wchodzi czuł się realniej. W końcu Abstergo chce to sprzedawać. Zobacz choćby tu:
[link]
A to tylko proste demo byle jakiej jakości, kiedy czytać w myślach jeszcze nie potrafią, a co dopiero zaglądać do wspomnień zapisanych w DNA.
Zatem żeby wejść w świat mam założyć, że: "Potrafimy odtworzyć wspomnienia Twoich przodków z dokładnością do konkretnych wydarzeń, poszczególne ulice z dokładnością do centymetra, ale nie potrafimy napisać banalnie prostego programu do prawidłowych kolizji z obiektami. No sorry taki mamy klimat :- ). Hehehe...
Natomiast faktycznie argument animusa ma się całkiem nieźle do kłopotów fabularnych, gdzie założyć należałoby, że w pewnym zakresie możemy wspomnienia modyfikować (to czy zabijemy 100, czy 0 strażników jest rzeczą umowną niejako do pełnej swobody), ale podstawowe zmienne (najważniejsze wydarzenia) mają być stałe. I to nie mnie w sumie przekonuje. 100% synchronizacja oznacza tyle, co wykonanie zadania w 100% zgodnie z wytycznymi. Jak tego nie zrobisz, przechodzisz dalej, ale ze zgrzytem linii fabularnej. No i z tym się raczej dyskutować nie da.
Jednakże... temat abordażu w tym wypadku jest już raczej niedoróbką. Dlaczego? Bo strażników możemy w mieście wybijać w dowolnej kolejności, bo strażnicy jako tacy są jak trawa. Czy są ułożeni tak, czy inaczej jeden pies. Chodzi o to, by na nas reagowali. Ze statkami jest podobnie. One nie mają znaczenia fabularnego, więc powinno się je dać abordować w dowolny sposób. Zwierzę możesz zadźgać, uśpić, postrzelić, od biedy zatłuc pięściami. Wchodząc na statek po cichu dajesz wyraz assassyńskiemu podejściu, które zakłada pozostanie w ukryciu. To byłoby nawet bardziej realne. Wokół pływa masa statków, a my zamiast rozpoczynać otwarty konflikt po cichu mordujemy kapitana.
Dlatego o ile mogę wytłumaczyć animusem zgrzyt fabularny o tyle już niedoróbek graficznych lub logicznych nie. Abordaż to zajęcie statku, a można tego dokonać na różne sposoby.
Szkoda, że nie poprawili podstawowych błędów logicznych w AC BF, którymi jest narzucana liniowość fabuły (aż do bólu). Zabijamy Waszyngtona. Zakładamy dużo bardziej kreatywny sposób, czyli zamiast z bliska, trafiamy go strzałą rozwścieczającą tak, by jego kompani go ciachnęli (w końcu chrzani mnie 100% gry, liczy się zabawa, więc zadanie poboczne pod tytułem pozostań wtopiony w tłum mam w nosie), a następnie spokojnie obserwujemy sytuację z boku. Dzieło się dokonuje i widzimy cut scenkę z naszym protagonistą trzymającym swoją ofiarę w ramionach. To się kupy nie trzyma, bo realnie wokół niego aż roi się od wrogów i absolutnie niemożliwą byłaby ich pogaduszka. I tu nagle zadowolony z dokonanego dzieła budzę się i mówię: kurde to tylko gra. I cały czar immersji pryska. Co gorsza po zabójstwie "budzimy się" w krzakach w zupełnie innym miejscu niż byliśmy wcześniej. Teleportacja?
Inna sytuacja. Jesteśmy na statku. Zatrzymujemy go, puszczamy ster, wyskakujemy za burtę i wdrapujemy się na akurat przepływający okręt. Nasi pobratymcy nie reagują nawet jednym strzałem, ale co tam załóżmy, że można to jakoś wytłumaczyć. Powiedzmy, że ruszyliśmy do boju sami żeby pokazać "naszym", że jesteśmy kozak. Wybijamy załogę do nogi. Nie zostaje nawet jeden. I co? I nic. Obrabować statku się nie da, o wygranej nie ma mowy. Statki da się złupić tylko przez abordaż, a to jest idiotyzm. Wystarczyłoby dodać jeden prosty skrypt pod tytułem: jeśli ręcznie wybito załogę do nogi automatycznie uruchomić sekwencję zdobycia okrętu. I już gracz otrzymuje całe morze nowych możliwości.
Inna sytuacja. Notoryczne idiotyczne blokowanie się postaci lub wykonywanie ruchów kompletnie niezgodnych z oczekiwaniami gracza. Podbiegamy do skrzyni, no jestem kurde dosłownie tuż przed nią, klikam E i guzik, bo źle cholewka stanąłem, przecież jak ten baran kopnie krzywo to sobie kostkę skręci, więc z góry narzuca się, że do skrzyni trzeba podejść od przodu idealnie prostopadle.
Zerowa inteligencja wroga to w sumie nie problem, bo ja zawsze zakładam "wirtualnie" odrobinę większą dawkę realizmu i dążę do tego, by mnie nikt nigdy nie wykrył. W ten sposób zabawa staje się dużo trudniejsza, ale tu znowu pojawia się pewien problem, bo jest NIEMOŻLIWYM, by skacząc z dachu na ziemię nie zrobić łoskotu zawiadamiającego straże.
Nie żebym uważał grę za złą. Problem w tym, że to nawet nie jest dobra platformówka skoro postać łazi jak chce. Jakim cudem statek skręca mając zwinięte żagle i stojąc w miejscu? Irracjonalne. I nie chodzi o to, by całość stała się symulacją bycia piratem, ale chociaż o jakąś namiastkę immersji, której tu zwyczajnie nie ma.
Optymalizacja, którą tak wszyscy chwalą? To nie jest zaleta gry. To jest obowiązek twórców. Jeśli oczywiście chcą być traktowanie poważnie.
Zatem twórcy mieli gotowy silnik, dorobili trochę grafik, wrzucili w to niezgorszą fabułę i tyle. Żal, bo po katastrofie jaką było Unity spodziewałem się czegoś naprawdę dobrego.