Huk armat, i swad prochu strzelniczego, krótki to był sen... Po kolejnej nocnej wycieczce kolejny ataman kozacki udał się na niebiański step. Ale co z tego? Na jego miejsce przychodzi kolejny. Chmielnicki ? Zabicie go może i rozwiąże problem, ale chowa się tchórz za plecami Templariuszy z którymi chce podzielić Rzeczpospolita. Może Islam Gerej?
Moze pójdzie po rozum do głowy i w końcu zobaczy że jest tu tylko marionetka? Ech... Muszę coś zjeść.. dziś w menu znowu konina z padlych wierzchowcow, mozna powiedzieć rarytas, za takiego żywego konia można było kupić wieś, no i ta woda, śmierdzi trupem, Kozacy zaczęli wrzucać martwych towarzyszy do rzeki... dlugo nie wytrzymamy.
-Książę ktoś musi iść do Króla a po pomoc, nie wytrzymamy dłużej niż tydzien, brakuje jadla,prochu i wody - powiedział Lanckorynski
- wiem o tym, wysłałem już goncow, nie sposób się przebić przez obóz wroga - wycedzil Wisniowiecki
-Musimy próbować dalej, żadna różnica zginąć tu czy tam - odezwał się cichy zazwyczaj Pan starosta Sobieski- masz przy sobie Assasyna, w nocy zdrowo sobie poczyna w obozie kozackim, wie jakie zwyczaje ma czerń,jak się pomiędzy nimi poruszac, jeśli ma się udać to właśnie jemu.
-Ksiaze spojrzal na mnie smutnym wzrokiem - Arn przyjacielu, długo już jesteś przy mnie, zawsze byłeś obok, czy mogę mieć do Ciebie jeszcze jedna prośbę?
-Mości książę, sam chciałem to zaproponować, napisz list do Króla, w nocy ruszam.
Wyruszylem w ciemnosci. Droga byla niebezpieczna, poniewaz aby przejsc do zamku krola nalezalo przekrasc sie wzdluz calego boku kozackiego taboru. Ostroznie wybralem te droge, poniewaz w nocy przechodzilo tedy bardzo wiele osob a straze niewiele interesowaly sie przechodzacymi. Noc byla ciepla, chmurna i bardzo ciemna co sprzyjalo drodze. Poczulem wielki strach. Zastanawialem sie, czy mozliwe jest wykonanie zaplanowanej misji. Zatesknilem do przyjaciolmi. Mimo tych wszystkich mysli i niepokoju poszedlem dalej.
Spotkalem straznika wroga i zamienilem z nim nawet kilka zdan. Zanim strażnik zorientował się że jestem obcy mial wbite ostrze prosto między kręgi szyjne, zdążył zaledwie jeknac, wiedziałem w jego oczach strach, chciał krzyczeć, nie mógł jednak, sygnały z mózgu nie docierały już do reszty ciała. Schowałem ciało w wozie z sianem, odwróconej się i...
-Ani kroku dalej, Lachu!
Zatrzymałem się. Około czterdziestu kroków dzieliło mnie od grupy.
- Posccie mnie, nie przelewamy więcej krwi
Kozak wykrzywił twarz.Szczęknęła cięciwa. Machnolem szabla, rozległ się przeciągły jęk uderzonego metalu, strzala wyleciał w górę koziołkując, sucho trzasnela w krzakach. Zacząłem iść do przodu
- W kupę – skomenderował jeden. Syknęły szable kosy i siekiery grupa zwarła się ramię do ramienia, najeżyła ostrzami.
Przyspieszyłem kroku,i przeszedłem w bieg – nie na wprost, prosto na grupe, ale w bok, okrążając ją po okregu.
Pierwszy nie wytrzymał, rzucił się na mnie, skracając dystans. Za nim skoczyli nastepni.
- Nie rozbiegać się! – wrzasnął jeden Z medalionem Templariuszy kręcąc głową, tracąc mnie z pola widzenia.
Zaklął, odskoczył w bok widząc, że grupa rozpada się zupełnie. Pobiegłem do pierwszego atakujac z prawej strony, biegnąc w przeciwnym kierunku. Próbował wyhamowac ale przemknąłem obok, nim zdążył unieść siekiere. Zapewne poczuł silne uderzenie tuż nad biodrem. Odkręcił się i stwierdził, że pada. Już na kolanach, zdziwiony spojrzał na swoje biodro i zaczął krzyczeć.
Kolejny wpadł prosto na moją szable, cięty przez całą szerokość piersi, zgiął się wpół, z opuszczoną głową zrobił jeszcze parę kroków i runął. Niewielki tatatzyna dostał w skroń, zawirował w miejscu i padł w krzak dzikiej rozy, ciężko, bezwładnie.
Obróciłem się szybko, dość szybko aby kolejny dostał, przez brzuch, wytrzymał, złożył się do ciosu, wtedy dostał drugi raz, w bok szyi, tuż pod ucho. Wyprężony, postąpił czterykroki i zwalił się na na ciało Tatara.
Templariusz wraz z bliznowatym uderzyli jednocześnie z dwóch stron, Ten z wisioriem zamaszystym ciosem z wysoka, Bliznowaty kosa z przyklęku, nisko, płasko. Oba ciosy zostały sparowane, dwa metaliczne szczęknięcia zlały się w jedno. Biznowaty odbił cios, tak silny, że rzuciło go w tył, musiał przyklęknąć. Podrywając się, złożył blok, za wolno. Dostał cięcie przez twarz, symetryczne do starej blizny.
Templariusz doskoczyl zatrzeszczal szable, nie poczuł uderzenia, nogi ugięły się pod nim dopiero, gdy po odruchowej paradzie usiłował przejść od finty do kolejnego ataku. Szabla wypadła mu z ręki przeciętej po wewnętrznej stronie, powyżej łokcia. Upadł na klęczki, potrząsnął głową, chciał wstać, nie zdołał ukryte ostrze wyladowalo w oczodole. Spojrzal jeszcze na mnie Opuścił głowę na kolana, tak zamarł Spoczywaj w pokoju.
Czym prędzej pobiegłem w stronę skraju obozu, cały czas nasluchiwalem czy nikt za mną nie podąża. Zdolalem dotrzeć do konia, wsiadłem na niego i pojechałem jak najszybciej do krola, z tylu słyszałem tentent koni scigajacych mnie jeźdźców, jednak kiedy się oglądałem nikogo nie było... to tylko upiory, upiory tego miejsca które zostawiłem w tyle. 7 sierpnia 1649 roku dotarłem do Króla, który to natychmiast ruszył z odsieczą...