Jakbym miał cokolwiek oceniać po tym co na razie jest dostępne to to, że dalej jest to idziemy w kierunku spektakularnej grafiki z jeszcze większą ilością przywódców, cywilizacji i cudów świata, ale pewnie nadal około roku 4000 BC będziemy mogli spotkać np. Roosevelta w garniaku...ewentualnie inne, kolorowe, uśmiechnięte, bajkowe postacie przywódców starożytnych "cywilizacji".
Fabuła jest dość słaba, gra ma mnóstwo wad, trzeba przymknąć oko na pewne niedoróbki, irytują drętwe postacie, a na początku gry sporo się nabiegać. Paradoksalnie jednak ta gra ma swój urok i naprawdę wciąga jeśli chodzi o samo budowanie i rozwój osady, po prostu wciągnąłem się na wiele godzin. Jest tu potencjał na coś lepszego.
Witam. Od dawna szukałem gry z fajną fabułą, bez żadnych duchów, potworów i magii, będącej na swój sposób symulacją prawdziwego życia, a że jestem fanem westernów to ze sporymi nadziejami sięgnąłem po RDR 2. Początek był bardzo ciężki, nie za bardzo wiadomo o co chodzi, nie za bardzo wiadomo kto jest kto i o co chodzi, sterowanie też mi się wydawało mało intuicyjne. Brnąłem w tę grę w zasadzie z ciekawości i z każdym kolejnym rozdziałem wzrastał mój zachwyt. Oczywiście gra ma słabe strony, ilość zabitych przeciwników wielokrotnie przekracza "dorobek" największych morderców z prawdziwego Dzikiego Zachodu, a ilość tzw "znajdziek" jest absurdalna, ale gra pochłonęła mnie bez reszty i finał historii Arthura wywołał autentyczne ciarki na plecach. Postacie są fenomenalnie napisane, co zdarza się obecnie rzadko nawet w kasowych filmach. W filmach patrzę na bohaterów jak na aktorów, w grach jako fikcyjne, komputerowe postacie, a w tej grze... patrzę na Arthura jak na siebie, a na Dutcha, Hoseę i resztę jakby istnieli naprawdę. Po skończeniu fabuły zagrałem początek jeszcze raz, wiele rzeczy odbieram inaczej, ale znając finał historii i tak imponuje mi autentyczność bohaterów (swoją drogą grając drugi raz jest takie specyficzne, nieprzyjemne uczucie jak się odbiera jeden z długów, która to scena ma kluczowe znaczenie dla późniejszych zdarzeń). Oczywiście, że jest się o co czepiać, ale po takiej przygodzie jaką przeżyłem w RDR2 to chyba nie wypada... Początkowo irytowały mnie odległości między lokalizacjami i fakt, że trzeba je przemierzyć konno, ale potem, zwłaszcza gdy już miałem dobrego konia zaczęło mi to sprawiać przyjemność na tyle, że nawet rezygnowałem z "szybkiej podróży", żeby sobie po prostu pojeździć. Duży plus za wątki poboczne na które natrafiamy zupełnie przypadkiem eksplorując mapę (m. in wątek domu zamieszkanego przez wynaturzone rodzeństwo, które spija Arthura i wrzuca do grobu). Aczkolwiek są też nie dokończone wątki (m in. luksemburskiej księżniczki) przez które straciłem niepotrzebnie sporo czasu. Ogólnie, rewelacyjna gra.
Witam. Nie jestem fanem serii TR, więc to będzie raczej opinia "z zewnątrz". Co prawda jako dzieciak miałem okazję pograć w krótkie demo pierwszej odsłony gry, które bardzo mi się podobało, ale tak naprawdę moja przygoda z Larą Croft zaczęła się wiele lat później przy okazji Tomb Raider Anniversary i niedługo potem Legend, które to części mi się bardzo podobały ze względu na zagadki, klimat i sympatię dla głównej bohaterki. Kilka lat później sięgnąłem po dwie pierwsze części nowej serii i tutaj miałem mieszane uczucia - grafika mi się bardzo podobała, kilka lokalizacji było rewelacyjnych i były chwile, że czułem pewien dreszczyk emocji ale rozgrywka bardziej przypominała mi MoH czy CoD niż TR. To co najbardziej lubiłem wcześniej w serii czyli zagadki były tu bardzo średnie, a postać głównej bohaterki niezbyt mi odpowiadała (choć w przypadku TR 2013 mniej mi to przeszkadzało, bo ta jej młodociana naiwność i wiara w towarzyszy wydawała mi się na swój sposób urocza).
Tymczasem sięgnąłem po "Shadow..." i jestem mocno zdegustowany. Grafiki nie chcę analizować, zwłaszcza, że grałem w te grę od jesieni 2021 i parę rzeczy robiących wrażenie pojawiło się w międzyczasie, przypuszczam, że w momencie ukazania się robiło to dużo lepsze wrażenie (choć i tak pod tym względem gra wypada świetnie). No więc grafika grafiką, ale klimatu nie czuję zupełnie, a Lara jest tak irytująca, że grając w tę grę miałem nadzieję, że Trójca się z nią rozprawi :) (oczywiście wiedząc, że to nie jest możliwe). Jedyny dreszczyk emocji był w San Juan, gdzie kończył się wątek historii Lopeza i przez moment było intrygująco jak w starych TR. Ale to był tylko moment. Niezmiernie irytowały mnie te wszystkie sceny gdzie Lara z zatroskaną miną i z teatralną dobrocią w oczach wysłuchiwała tych wszystkich infantylnych historyjek ludzi w Paititi, co niemiernie gryzie się ze scenami jak Lara bezlitośnie morduje żołnierzy Trójcy. Równie irytujący jest nadmierny patos w rozmowach ze sprzymierzeńcami oraz zupełnie irracjonalne dla mnie absolutne zaufanie jakim wszystkie "dobre" postacie od samego początku obdarzają Larę. Dla mnie to jest bardzo niewiarygodne. Scena w której ginie Unuratu nie wzbudziła we mnie żadnego żalu, raczej irytację kolejnym potokiem patetycznych uniesień mającej zbawić cały świat Lary. Niezbyt też rozumiem skąd zachwyt nad dubbingiem pani Gorczycy, według mnie jej kwestie są niezwykle drętwe i ze zdziwieniem przeczytałem, że wypowiada je profesjonalna aktorka.
Chwila nadziei nastąpiła wraz z odkryciem Paititi, przez moment faktycznie czułem się jakbym trafił do jakiegoś tajnego, ukrywanego przed światem centrum Inków, ale czar szybko prysł. Do tego ten nieszczęsny Jonah, który jest w tej grze tylko po to by Lara musiała go ratować. Doszedłem do 92% gry i... kompletnie nie chce mi się jej kończyć i jest to absolutny fenomen, nie przypomina mi się żadna gra którą bym odpuścił w samej końcówce i to nie dlatego, że jest trudna, tylko dlatego, że mi się nie chce. Ta gra ma dużo fajnych elementów, ale fabuła po prostu psuje odbiór całości. Moim zdaniem jest to zdecydowanie zmarnowany potencjał, bo dość ciekawy początek nie zapowiadał katastrofy.