- Garrett? Garrett! - wykrzyknął Basso, upuszczając pajdę chleba, którą właśnie łapczywie gryzł. Szkoda, bo pajda była okazała, ze smalcem i ogórkiem prosto z piwnicznych magazynów.
- Garrett! Co się stało?! Garrett!
Basso rozejrzał się, zrozumiawszy, że ciągle krzyczy. Byli co prawda w bogatej dzielnicy Miasta, ale krzyki natychmiast przyciągały gapiów. Co teraz było na pewno niewskazane.
Złodziej otworzył oczy. Wzrok miał mętny, źrenice szukały światła. Paser pewnym uderzeniem sprawdził, czy Garrett jest przytomny. Był.
- Już… Już, żyję, spokojnie.
Usiadł, rozmasowując obolałą głowę.
- Co się stało?
- A co, nie widać? - zniecierpliwił się złodziej, podnosząc się powoli z ziemi. - Łeb mam rozwalony, leżę w jakiejś bocznej uliczce, nie mam Formuły. Na co to wygląda?
- Na kradzież?
- Naćpałeś się czymś? - Garrett zmierzył wzrokiem pasera. - Tak, kradzież. Takie, jak widzisz, zrządzenie losu. Ja ukradłem - mnie okradli. Chyba mówi się na to “karma”, tak słyszałem.
- Czyli nie masz Formuły?
Garret skrzywił się.
- Nie masz, po co nawet pytam. - Basso zmierzwił włosy, po czym ukrył twarz w dłoniach. - Tyle czekania, tyle planowania, tyle negocjacji z tobą… I dupa! Gówno! Szlag by tafił to wszystko, Garrett. Nawet nie wiesz, jak to cudeńko było potrzebne! - paser wściekle uderzył pięścią w mur. Nienajlepiej wybrał sposób upustu swojej agresji, bo pozdzierał sobie knykcie. A mur pozostał w stanie nienaruszonym.
- Odnajdę złodzieja, spokojnie. Zlecenie obejmowało dostarczenie ci towaru, który straciłem. Czyli ciągle mam robotę do wykonania.
- Naprawdę? Zrobisz to dla mnie? - Basso wyglądał na zdziwionego.
- Nie, nie zrobię tego dla ciebie. Dla tych pieniędzy, które masz mi zapłacić. - powiedział Garrett i natychmiast zniknął w bocznej alejce.
Jedyne, co pamiętał, to cień i odgłos wydawany przez napastnika. Cień - jak to cień - niczym się nie wyróżniał oprócz tego, że musiał należeć do kogoś niskiego. Natomiast odgłos zdawał się być na tę chwilę bardziej pomocny. Łączył w sobie stukot podkutej żelazem podeszwy, brzęczenie czegoś, co prawdopodobnie było przytroczone do pasa oraz sapanie. Takie charakterystyczne - bo ten rodzaj sapania da się słyszeć raczej w przydrożnych zamtuzach, a nie na ulicach.
Rysopis, czy może “słuchopis” był gotowy. Niski żołnierz, może strażnik, który ma problemy z kręgosłupem. To także zawęziło krąg poszukiwań, bo jeśli biedaka bolały plecy, to zapewne obsługiwał balistę. A ta w Mieście była jedna. Przynajmniej sprawna, bo niesprawnych można było naliczyć o wiele więcej.
Garrett skierował swe kroki do baszty, w której spodziewał się spotkać cel swych poszukiwań. Wiedział, że niezbyt to pomysłowe - ale gdzie miał zacząć szukać?
Nie miał pojęcia, jak to rozegrać, a widział już drzwi do wieży. Czy niepostrzeżenie przemknąć po murach i wejść przez boczne okienko? Czy poczekać w cieniu, aż ktoś sam wyjdzie?
Los zgotował mu jednak niespodziankę.
Spomiędzy kamenic dało się słyszeć sapanie. Ale nie takie normalne - tylko jakby z jakiegoś przydrożnego zamtuza. Po chwili w blasku latarni pojawił się on, w całej swojej okazałości. Złodziej. Niski, twarz poorana bliznami, zgięty niemal w pół, co przy jego i tak niewysokim wzroście wyglądało, jakby cały czas się skradał. A to Garrett podkradł się do niego.
Mocne uderzenie pałką w tył głowy, przeszukanie kieszeni, Formuła w dłoniach. Najbardziej żałosna historia odbicia towaru, jaką Garrett miał kiedykolwiek opowiadać w tawernach.
Gdy Basso usłyszał, co się stało, nie mógł przestać się śmiać.