Huk narastał i odgłos chmary kroczków kończyn pomiotów dawał się coraz bardziej we znaki, powodując ciarki, tak jakby krwiopijcy już obłazili plecy i szukali szyi słuchacza. Wylew poczwar nie nastąpił, zamiast tego słyszalne zaczęło być jakby skrzypienie drewna i kół, i naciąganych lin.
Nagle po chwili zwątpienia z ciemności zaczęły wypełzać upiorne, już znane zwiadowi, spaczone stworzenia. Lecz tym brakowało jakby wigoru, prędkości i zapędu ich poprzedników, jakby byli wręcz okaleczeni. O mało nie skusiła by się na to podjudzona Micareth, która jakby słusznie poczuła słabość w szeregach wroga, lecz została powstrzymana w porę przez Angrę zamachem w jej klatkę. Słuch nie mylił…z czeluści ciemności zaczęło wyłaniać się więcej wampirzych pomiotów, a po chwili można było dostrzec ciągnięte przez nie sznury przywiązane do ciężkiego obiektu, wyraźnie prowadzonego na kołach, powoli wyłaniającego się w ciemności. Małe chmary szpetnych stworzeń to ciągnęły, to pchały, to wyrywały sobie wnętrzności by posunąć obiekt choć o jedną stopę.
Nareszcie się zatrzymali. Obie strony patrzyły na siebie w milczeniu, nie wiadomo czego oczekując. Podczas ciszy nareszcie można było usłyszeć prawdziwą zgrozę – chrapliwy, mrukliwy, ale wzdrygający każdym zmysłem, niski, gadzi oddech. Nie dało się już ukryć, że równy element osadzony na ciągniętej platformie to nie co innego jak duża, masywna klatka.
Zanim pełna zmieszania, przerażenia i niepewna, w którą stronę właściwie teraz biec ekipa zdążyła wykonać krok, w którąkolwiek ze stron, ciszę przerwał stukot ciężkich metalicznych kroków uderzających o skalne, jaskiniowe grunty. Zza jednego z kół wyłoniła się silna, krępa, lecz dumna sylwetka. Zanim skromne rezerwy światła jaskini odsłoniły tajemniczą postać z ciemności, widać było jak oszpecone i chude pomioty ustępują drogi dominującej sylwetce, jakby miały we krwi to, że są pod jej dowództwem.
Zatrzymał się. Tak by przybysze mogli go dobrze zapamiętać. Był orkiem z dość ekscesywnie długimi kłami, wybladłą cerą i jarzącymi się, białymi ślepiami, typowymi dla zwampirzonych przedstawicieli jego rasy. Był przyodziany w typowy dla orków płytowy pancerz, choć ten mienił się czernią, niczym eboną, a na hełmie były osadzone rogi zagięte w dół. Na plecach i przy pasie zwisały dwa długie zakrzywione miecze. Patrzył chwilę na scenę rzezi jakiej dokonał zwiad jakby coś szacował. Spojrzał prosto w Angrę i jego „obstawę” i rzekł oschle:
- Spokojnie. Nic się nie zmarnuje – wskazał na stertę ciał – posłużą jako doskonałe paliwo. A wy – wrócił wzrokiem do grupy zwiadu – zaskoczyliście mnie. Wykazaliście się sprytem, siłą, wytrzymałością, a przede wszystkim mocą. Nie gniewam się, skoro oni nie żyją, a wy tu stoicie żywi, to znaczy, że byli słabi, a wy...wręcz przeciwnie – silni. – Rozszerzył nogi i wzniósł ręce w górę jakby w geście obrządku – Nasz Pan, Molag Bal, byłby zadowolony, gdyby miał Was pod swoją komendą – nagle pokazał grymaśny uśmiech i złożył ręce, jakby w akcie ubicia interesu – o ile pozwolicie się … naprawić…
Angra ze wściekłością najpierw spojrzał się na swojego byłego podopiecznego, a potem na prężącą się figurę woja i wydał wyraźną mowę sprzeciwu:
- Nie będę służył niczemu co zamieniło poczciwego Miltena w bestię i szaleńca!
Sha’anks dyskretnie i z zaniepokojeniem pokazywał już najdziwniejszymi znakami najlepszą drogę ewakuacji, którą już wyczaił.
- Tak. Muszę przyznać, że nowi są często słusznie oszołomieni darem Pana. A i te malunki zawsze wychodzą bardzo podobne. Zawsze na początku malują…
- Spalę ich… – szepnęła Veranque – są słabi, to niewolnicy, a on tylko jeden. Dam radę wskrzesić może cztery poległe kreatury, na pewno zrobią małe zamieszanie w ich hordach.
- Gdy płoną, miecz lżej przebija ich ciała, jakby masło – odszepnęła Micareth, jakby przytaknęła elfce.
- Sha’anks ma dość – zaprzeczył khajit – gdy jest się osaczonym trzeba porzucić waleczność byka i wybrać płochliwość kury, ukryć się, Sha’anks widzi przestrzał, ucieczkę, Sha’anks wszystkich dobrze ukryje.
- Nonsens. – warknęła Micareth, gdy Veranque jakby dostrzegała logikę w słowach nastroszonego khajita.
W tym czasie wampirzy przywódca dał znak ręką i zaraz podwładni zajęli się odbezpieczaniem klatki, z której dało się usłyszeć nagłe potężne ziewnięcie.
- Karmiąc bestię wampirzą krwią, zbliżamy ją coraz bardziej do naszego stanu. Zaczyna rosnąć w siłę, lecz coraz bardziej przez to głodnieje i pragnie czegoś…żywszego. – uśmiechnął się zajadliwie – jeżeli dalej tak będziecie zostawiać po sobie tyle padliny, to za niedługo nie będzie się mieścić w kojcu – powiedział kładąc dłoń na klatce.
- Przysięgam, że czeka was eksterminacja za te porwania i ludobójstwa! – Wykrzyczał Angra widząc istny horror, za którym stały wampiry robiące z Blackreach nowe miejsce zamieszkania.
Nagle oczy orka zabłysły i zderzył swoje pięści, z taką mocą, że wybrzmiał jakby na całą jamę, a ze zbroi otrząsnął się i wystrzelił cały kusz.
- Jeżeli nie chcecie zostać naprawieni, to gińcie! Gińcie i zostańcie pożywką dla silnych! – krzykiem tym obudził bestię z klatki, która wydała potężny ryk świdrujący wszystkim uszy.
Pomniejsze, żałosne stworzenia w obłędzie zakryły uszy, lecz przywódca pozostał niewzruszony. W klatce wyłonił się gadzi pysk, z którego wyciekał czerwony krwawy śluz, a łapska ze szponami zacisnęły się na kratach, jakby stworzenie już czekało na zezwolenie na żer. Był to jakby wyrośnięty Daedroth, ale ryk i rozmiary były absolutnie nienaturalne co do tej pomniejszej daedry. Lecz czy daedry mają jakiekolwiek zasady nie do złamania? Bestia zwróciła zwoje głodne ślepia w żywych przybyszy i oglądała ich jakby z pożądaniem i ciekawością.
Gdy drużyna zwróciła swój wzrok z powrotem na przywódcę, towarzyszyły mu dwie ciemne figury po obu stronach, a na twarzy miał już założone jakby akaviryjskie menpo, ale idealnie komponujące się z rogami i przedstawiające upiorną, diabelską twarz, twarz budzącą takie przerażenie, że wszystkim członkom ekspedycji wydawało się jakby znali tą twarz, a Sha’anks uciekł w tył, oparł się o ścianę i panicznymi ruchami ręki wskazywał już drogę. Teraz dekorujące przyłbicę jarzące wampirze oczy wwiercały się w każdą duszę, która tylko w nie spojrzy.
- Jest to twarz samego Pana, która wydaje wyrok śmierci! – wrzasnął z jakby ceremonialną dumą, niczym już hetman daedrycznego księcia – Silny, lub nie, oferty Molal Bala się nie odrzuca! Gdy podaje dłoń strapionemu, w studni bez wyjścia, ten nie może odmówić! Albowiem gdy Pan słyszy odmowę, zasypuje nieszczęśnika jadowitymi wężami!
Słowa wampira tak sączyły nienawiścią i karą, że każdemu odwidziało się podjęcie jakiejkolwiek ofensywy (i tak nikt nie chciał stać się posiłkiem uwalnianej z klatki deadry, ani oglądać jak spożywa zwłoki).
- Tak! Dar od Pana domaga się mięsa! Nie każcie mu czekać! Ha!
Rzucili się do ucieczki. Przy pierwszym kroku omal na siebię nie nadepnęli.
- Tak! Uciekajcie! Nie krępujcie się! Przyprowadźcie innych! Przyprowadźcie więcej! Wy zawsze przysyłacie następnych! I następnych! A gdy będzie gotowy, pożre wszystko! – zaśmiał się potem szaleńczo.
Uciekali. Każdy chciałby uciec od takich pokładów zła. Uciekaliby prawie na oślep, bo pochodnia Angry przygasała, gdyby nie to, że Sha’anks nie blefował. Znał się na uciekaniu, jakby od dzieciństwa tylko tym się zajmował, jak i sam znakomicie widział w ciemnościach, podczas gdy to ciemność, to skromne światło, to ledwie widoczne, rozmazane luminescencyjne środowisko jaskini doprowadzało resztę zwiadu do kurzej ślepoty.
Udało się. Przynajmniej na teraz. Dosłownie każdego adwersarza można było zgubić taką trasą. Pełną szczelin, wąskich skrótów i zakrętów. To pod górkę, to znikając z horyzontu, to przeskakując naturalne bariery. Jeden problem mieli z głowy. Ale trzeba było jeszcze wykonać raport dla jajogłowych z góry i przetrwać trasę. Problem w tym, że teraz nie wiedzieli nawet gdzie są. Wycieńczeni, w milczeniu przysiedli na gołym gruncie. Przez bite 10 minut nikt się nie odzywał.
Gdy już wyszli z zapowietrzenia i się uspokoili Sha’anks zaproponował mały zwiad. Żaden wycieńczony członek ekipy nie wniósł protestu by khajit rozglądnął się za nich. Sha’anks powziął manierkę z wodą i wyszedł z zakamuflowanej szczeliny, w której postanowili się ukryć. Po drobnej chwili wszyscy inni poszli w ślad ich partnera i również wyciągnęli swoje manierki.
- Cholera…! Niech ich wszystkich spopieli Odchłań, niech to cholera strzeli! – wycedziła przez zęby Micareth, chyba nigdy tak nie poirytowana jeszcze podczas tej podróży.
- Co się dzieje dziewczyno? Wyglądasz jakbyś miała poodgryzać sobie palce.
Micareth pokazała o co jej chodzi. W jej manierce widać było wyszarpaną wyrwę. Altmerka i nord syknęli i wydali grymas współczucia. Zmieniło się to gdy Micareth przyszpiliła pytający wzrok w Veranque.
- O nie… – odezwała się altmerka zmieniając zaraz twarz – na mnie nie licz. – zakończyła i przybrała kamienną ekspresję, sącząc swój zapas.
- Pewnie, za dobrzy jesteście... – burknęła Micareth – zaplute Dominium, nikogo nie widzicie poza sobą, widać skąd jesteś. Wasze dumne pyski z Sumerset was zdradzają.
- Nie będę komentować. – prawie wyziewała elfka.
- Nie, nie wytrzymam chyba. Panie poruczniku… – odwróciła się w stronę Angry.
- Co? – spytał się jakby wyrwany z kontekstu nord – wybacz, ale nie słuchałem. A! Woda? Nawet nie wiem gdzie ją schowałem, minuta…
W tym momencie przerwała Micareth:
- Nie mam czasu. – burknęła – Ten wyrośnięty futrzak na dwóch nogach na pewno się podzieli z „koleżanką”, zaraz wrócę. – Po czym zerwała się na równe nogi.
- Blackreach jest duże i pełne nietkniętych wodopojów, na pewno coś znajdziemy, wystarczy się rozejrzeć – Powiedział Angra jakby chciał ją uspokoić, ale Micareth nie zwracała już uwagi na nikogo.
- I nawet nie próbuj uciec. – zagroził Angra.
- Jakbym miała dokąd… – parsknęła pod nosem i wyszła ze szczeliny.
Zaraz po wyjściu dostrzegła świecący grzyb rozmiarów drzewa oraz Sha’anks’a siedzącego pod nim i opartego o „pień”. Pomaszerowała do niego zamaszystym krokiem, lecz zwolniła i zatrzymała się na szczycie, obok grzyba. Jej oczom ukazał się widok, który Sha’anks oglądał zapewne od kwadransu.
U podnóża pagórka, na którym stali zaczynała wyłaniać się pradawna, wydeptana, kręta ścieżka. Wymijała ona slalomem stawy niewzruszonej wody, odbijające jasnoniebieskie światło. Nieopodal towarzyszyły im również drobne ruiny pojedynczych chat pradawnej cywilizacji. Na samym końcu drogi spoczywała jakby cytadela ze złomu i mała osada. Wszystkie pozostałości cywilizacji dwemerów sprawiały odczucie zimnej pustki, podczas gdy krajobraz olbrzymiego jaskiniowego kompleksu sprawiał wrażenie wciąż żywego, tętniącego mikro–życiem, które oblazło i obrosło krasnoludzkie dzieła kultury.
Ciszę wreszcie przerwał khajit, jakby wyrwany z drzemki:
- Sha’anks przeprasza, Sha’anks zapomniał wrócić i powiedzieć, że jest bezpiecznie. A więc, jest bezpiecznie. Wzrok Sha’anks został przykuty do tego widoku i zapomniał co ważne. – zaczął się usprawiedliwiać.
- Nie przyszłam odbierać od Ciebie sprawozdania ze zwiadu, tylko…ah tak! – Przypomniało jej się czego od niego chciała – Czy Sha’anks nie użyczy łyczka wody, dla koleżanki? Mój zapas „sam” się wyczerpał – pokazała swoją manierkę.
- Sha’anks przeprasza, ale Sha’anks nie może użyczyć napoju.
- A to niby czemu? – Zapytała już poirytowana tą „bezczelną” odmową.
- Sha’anks bardzo się denerwował. Sha’anks był zestresowany, ale jednocześnie strasznie wycieńczony. Sha’anks musiał się postawić na nogi i uspokoić…
- Wszyscy musimy się uspokoić i zaspokoić pragnienie. Chyba zasługujemy na chwilę odpoczynku, nieprawdaż? – W tym momencie przestała udawać miłą – To dasz łyka czy nie?
- N…n-nie. – Wycedził z małym zawstydzeniem.
- To jakaś kpina! Wiesz co? Trzeba być niemożliwie samolubnym i mieć innych w absolutnym poważaniu, by naprawdę nie dać łyka spragnionej damie. – wylała na khajita, chcąc go wziąć na sumienie.
- Sha’anks już przeprosił i jeszcze raz przeprasza, ale dla Sha’anks to już o wiele za dużo, Sha’anks nie mógł się powstrzymać, Sha’anks po prostu swój skromny zapas wody odrobinę posło…
W tym momencie przerwał im Angra znudzony czekaniem i wyraźnie zaniepokojony ich nieobecnością:
- Gdzie się podziewaliście? Myślałem, że pouciekaliście, albo gorzej, a to najszybsza droga do śmierci, czy tu, czy na powierzchni… – w tym momencie również i jego zatkał widok olbrzymiej jaskiniowej struktury – na Shora, cóż za widok. Aha! – Nagle wskazał palcem w dół wzgórza. – Widzisz Micareth? Twoja woda, mówiłem, że nie ma co panikować.
- Wyśmienicie, zatem ruszajmy. – Rzekła już z większym entuzjazmem, nieco spokojniejsza Micareth.
- Niezbyt możemy. – Zastopował Angra – Vera poszła już spać i ja szczerze mówiąc myślę, że w tym grajdole jesteśmy na tyle bezpieczni, że możemy uciąć małą drzemkę. Łydki mnie coś bolą po tym skoku z tej skały, mam…
- Jasne. Jasne. – Przerwała Micareth. – Zawsze byłam zdana na siebie.
- Chyba nie wybierasz się tam sama dziewczyno? – Zaniepokoił się Angra.
- Może Sha’anks pójdzie? Sha’anks umie poruszać się szybko i cicho, nie zwracając uwagi nikogo…niczego…
- Poradzę sobie. – odmówiła gwałtownie Micareth. – Zejdę do najbliższego stawiku i tam się napiję. Zbyt mnie pragnienie zrzera. Napiję się i może na miejscu skołuję jak zabrać jakiś zapas, może w tej chatce zaraz obok stawiku – wskazała na drobny obiekt w oddali. – Dwemerzy wszystko robili z metalu, może akurat zachowa się coś dla mnie…
- Łaski bez…
- Coś mówiłeś?
- Nic.
Wróciła po miecz i wyruszyła w dół pagórka.
- Micareth! Dam Ci trochę swojej i…i poszła… - Machnął Angra.
- Sha’anks myśli, że ona po prostu nie zwraca uwagi.
- Wiem. Wiem… – przez chwilę stał w zamyśleniu – Co ona chce udowodnić…i komu…?
- Skoro nie Sha’anks, porucznikowi, ani Veranque, to może sobie?
- A cholera ją wie. – Parsknął Angra. Po czym zwrócił się do khajita – Sha’anks, łajzo, mam do Ciebie proźbę.
- Sha’anks zamienia się w słuch.
- Jeżeli nie wróci za jakoś godzinę...pójdź po nią…