Pomagam Bergsonom. To mili ludzie. Ostatnio urodziła im się córeczka - śliczna jak to małe dziecko. Już wcześniej rodzina była liczna, taka w której zawsze jest coś do zrobienia. Zwłaszcza, że Bergsonowie to trochę bohaterowie. Żyją w co najmniej cztery pokolenia pod jednym dachem, co dziś wcale nie jest częste. Kochają się i równocześnie dbają o to, by każdy z nich rozwijał talenty - a mieszkają na wsi. Takiej wsi, że oko wykol, a sąsiadów nie widać! Żadnego studia jogi czy fitness w okolicy. Ich świat wydaje mi się trochę nierealny. Jakby nad domem krążyły ze trzy księżyce lub inne ciała niebieskie. Panorama ze skarpy za domem poraża jakimś dziwnym pięknem, lecz najwspanialszy ze wszystkiego jest ich dach. Kolorowy, jak witraż kościelny w słoneczny dzień. I mnóstwo pamiątek w domu.
Pomagam Bergsonom, bo jest w tym jakiś paradoks. Z jednej strony nad ich światem zawisło nieszczęście. Rodzaj zepsucia, czy spaczenia, które niszczy wszystko wokół. Jakby odwrócił się od nich lub zbuntował ich opiekuńczy bóg. Z drugiej, by im pomóc wystarczy trochę pomachać ręką, poklikać tu i ówdzie. Nacisnąć kilka liter, a to akurat umiem. To niewiele biorąc pod uwagę skalę problemu. U mnie w życiu na przykład skala ta jest mniejsza. Żaden tam koniec świata. Ot ktoś chory, ktoś samotny, ktoś niespełniony w pracy. Temu brakuje pieniędzy, a tamtemu czasu. Zwykle też rozmowy z kimś bliskim, z człowiekiem. Owszem czasem pojawia się problem klimatycznego kryzysu czy upadającej demokracji, ale zwykle raczej są to sprawy codzienne, przyziemne. Jeżeli w ogóle jest w tym jakiś bóg, to nie taki który się zbuntował,
lecz taki w którego się wątpi, a chciałoby się wierzyć. Niby nic, lecz choćbym klikał i klikał, i ruszał myszką i wciskał te klawisze za klawiszami marną widzę szansę, żeby coś rozwiązać.
Dlatego pomagam Bergsonom, z gry komputerowej Children of Morta.