Grajcie, zdziwicie się jak gry z tej serii (6 części) wciągają. Są świetne ale zapomniane.
Z tej części zapamiętałem tyle, że miała świetną grafikę i była długa.
Space Quest V to przyzwoita gra przygodowa od studia Dynamix. Gra została wydana przez Sierra w 1993 roku na komputerze Pc. Nie pojawiła się ta część na żadnych innych platformach. Zabrakło nawet wersji Amigowej, bo Sierra i LucasArts od 1993 roku przestały wypuszczać swoje przygodówki na przyjaciółkę skupiając się całkowicie na blaszaku. To jedyna część, która nie została zaprojektowana i wyprodukowana przez Sierrę. Po drugie przy grze maczał palce tylko jeden z dwóch głównych projektantów tej serii Mark Crowe, a zabrakło Scotta Murphy'ego, bo drogi tego znakomitego duetu rozeszły się po rewelacyjnej czwórce. Mark Crowe znalazł nowego partnera w osobie Davida Selle czyli czołowego projektanta Dynamix. SQV w odróżnieniu od poprzedników nie odniosła sukcesu komercyjnego i nie przeszła do historii przygodówek jako ceniona klasyka. SQV różni się od pozostałych gier tej serii, a brak Scotta Murphy'ego w niektórych momentach jest bardzo odczuwalny. Gra nadal jest zabawna i pełna nawiązań do filmów science fiction, ale brakuje jej specyficznego sarkazmu z poprzednich części i niektórych mroczniejszych scen śmierci. Recenzja Space Quest V pojawiła się w pierwszym numerze kultowego czasopisma na polskim rynku Secret Service, a w trzecim numerze SS była solucja zarówno piątej części i remake'u pierwszej części z grafiką VGA :)
Gameplay. Piąta kosmiczna przygoda pozwala nam śledzić dalsze losy Rogera Wilco, kiedy zapisuje się do Akademii StarCon, aby w końcu spełnić swoje marzenie o zostaniu kapitanem. Gdy oficjalnie obejmuje dowództwo nad swoim pierwszym statkiem tym razem podczas przygód może liczyć na wsparcie załogi składającej się z barwnych postaci. Gra korzysta ze standardowego interfejsu Sierra z początku lat 90', ale wprowadza kilka zmian w stosunku do tego co mamy w Space Quest IV. Tym razem zrezygnowano z ikon „smak” i „zapach”, a zamiast nich pojawiła się ikona do wydawania rozkazów, która przydaje się w określonych sytuacjach. Space Quest zawsze słynął z napiętych sekwencji pościgów i zabawnych fragmentów eksploracyjnych. To seria w której śmiech i strach są na porządku dziennym. Nie inaczej jest w piątce. Gra jest przezabawna z zaskakująco dobrze napisanym wątkiem romantycznym, a przy tym ma momenty napięcia i narastające poczucie grozy. Posiada spójną historię z zapadającymi w pamięć postaciami. Luźne pogawędki z członkami załogi na statku budzą skojarzenia z serią Mass Effect, która skopiowała ten zajebisty patent. Jedną z najlepszych cech gry jest możliwość sterowania własnym statkiem, gdzie wydajemy rozkazy z fotela kapitana. Ma to klimat żywcem wyjęty ze Star Treka. Niestety zagadki stały się wyjątkowe proste. Gra nie wymaga zbyt wiele myślenia. Zresztą nawet jeśli ktoś utknie to załoga podpowiada co robić dalej. Sekwencje zręcznościowe również nie stanowią większego wyzwania. Nadal można zginąć w pewnych miejscach, ale praktycznie wszystkie zgony w grze są oczywiste i można ich uniknąć. Poza tym sceny śmierci nie są tak pomysłowe jak w poprzednich częściach. Jedną z największych wad tej części jest irytujący labirynt, który musimy pokonać kilka razy. Mimo pewnych rys Space Quest V to najlepsza parodia serialu Star Trek jaka powstała. Pojawia się również mnóstwo odniesień do filmów science fiction od Obcego po Muchę. Mnóstwo żartów nawiązuje także do poprzednich części Space Quest oraz różnych gier retro.
Grafika i udźwiękowienie. Space Quest V nie ukazał się podczas żadnej konkretnej rewolucji graficznej, ale fakt, że powstał w Dynamix, a nie w samej Sierra z pewnością wpłynął na zmianę stylistyczną. Trzeba jednak przyznać, że gra dobrze wykorzystała wszystkie dotychczasowe osiągnięcia technologiczne na rynku poza dźwiękiem. Gra ma zupełnie inną prezentację od poprzedników. Wykorzystuje przyjemną, retro komiksową oprawę graficzną, która idealnie pasuje do jej tematyki sci-fi. Okna tekstowe i menu zyskały nieco bardziej industrialny, szaro-metaliczny połysk, a nawet klasyczne czcionki Sierra zostały zastąpione wielkimi literami, bliższymi komiksowemu standardowi. Grafika VGA w 256 kolorach jest całkiem przyzwoita. Wszystkie narysowane tła wyglądają zacnie, a postacie na ekranie są animowane za pomocą rotroskopii. Sceny dialogowe są przedstawione w stylu komiksowym. Mamy mnóstwo animowanych zbliżeń podczas interakcji z postaciami z wieloma różnymi stanami emocjonalnymi widocznymi na twarzy. Przewodnie motywy muzyczne nawiązują do Star Treka i innych dzieł gatunku sci-fi, ale to już znana część zabawy w tej serii. Większość nowych kompozycji ma lekko futurystyczne aranżacje, które generalnie bazują dyskretnych motywach ambientowych. Największym minusem audio jest to, że gra nie posiada wersji dubbingowanej z powodu przycięcia budżetu co jest ogromnym krokiem wstecz wobec Space Quest IV (1991), który posiada znakomity dubbing.
Podsumowanie. Rewelacyjna parodia serialu Star Trek - The Next Generation. Space Quest V sprawia wrażenie całkiem spójnego i dobrze zintegrowanego rozdziału w historii przygód Rogera Wilco. Fabuła nie jest może zbyt oryginalna, ale jest dobrze zrealizowana z mnóstwem nieprzewidywalnych zwrotów akcji, kilkoma efektownymi momentami grozy i fajnymi sekwencjami akcji, a przy tym dobrze wykorzystuje wszystkie swoje postacie w tej zabawnej przygodzie. Chociaż gra nie posiada dubbingu to dialogi są na tyle świetnie napisane, że przyjemnie się je czyta. Z drugiej strony mimo, że Mark Crowe dwoił się i troił to brak Scotta Murphy'ego sprawił, że uleciała część magii poprzednich części cyklu. Piątka praktycznie nie wnosi nic świeżego do serii. To taki typowy bezpieczny sequel niczym kolejne części Assassin's Creed. Nie jest to poziom najlepszych części serii, które mają duszę, a bardziej solidny produkt korporacyjny, który broni się zwłaszcza fajną komiksową prezentacją i dużą ilością gagów.
https://www.youtube.com/watch?v=aIuxSnVedtQ