Nie mogę.
Nigdy nie porzuciłem gry ze względu na poziom trudności, ale jestem blisko. Gram w Stellar Blade i walczę z czymś co mnie zabija jednym atakiem, bardzo nie cool. Krzywa trudności im nie wyszła. Przedostatni boss chyba. Ostatni to podobno krew z nosa, nie wiem czy jest sens brnąć. Porzuciliście kiedyś grę która bardzo Wam się podobała? W sensie przez trudność?
Porzuciliście kiedyś grę która bardzo Wam się podobała? W sensie przez trudność?
Tak, Lords of Xulima. Raz, że w pewnym momencie walki zrobiły się tak trudne, że musiałem biegać po planszy i szukać takich grup przeciwników, których już dałem radę pokonać na moim levelu. A dwa, że i tak po tych zwycięskich walkach musiałem zwykle odpoczywać, więc kurczyły mi się zasoby. Na żarcie w sklepach nie mogłem sobie pozwolić, bo było absurdalnie drogie, więc po paru walkach musiałem zawsze wracać do jednej lokacji, gdzie rosły owoce, żeby je pozbierać i w końcu przez to odpuściłem. Choć uważam, że to fajna gra, tylko wymaga mega cierpliwości, której nie mam.
No i soulslajki zanim zaczęto dodawać do nich poziomy trudności. Tu akurat nie chodziło nawet o jakichś bossów od których się odbijałem, tylko o to, że z moim marnym skillem musiałem bardzo dużo grindować i ostatecznie zawsze mi się w jakimś momencie znudziło.
Tak i do dziś mnie to męczy żeby zacząć grać w to od nowa ale gra niestety robi się w dalszej części nudna.
Chodzi o grę cRPG 'Lionheart' która jest całkiem fajna ale do momentu opuszczenia Barcelony. Potem walk była masa i nużyło a do tego nie mogłem pokonać pewnego bossa, demona jakiegoś. Totalnie byłem pod ścianą bo prawie nic mu nie robiłem. Nie wiem jak źle prowadziłem rozwój postaci, że tak wyszło. Postawiłem na niebieskiego ducha wszystko ale więcej nie pamiętam.
Też byłem blisko porzucenia, ale jednak dotrwałem do końca. Podobnie miałem z pierwszym podejściem do Final Fantasy X kiedy niby długo toczyłem bój z przeciwnikiem, ale ostatecznie ponosiłem porażkę. Pamiętam że chyba odstawiłem wtedy grę na dwa lub trzy tygodnie, wróciłem do poprzedniej lokacji zdobyć trochę doświadczenia i za pierwszym razem obaliłem dziada.
Wyścig w Mafii. Porzuciłem na jakieś 3 miesiące. Wróciłem i od strzała praktycznie siadło.
Sam wyścig w którymś patchu uprościli, może dlatego było łatwiej po 3 miesiącach ;)
Fakt, był przegięty, bo tam nie można było nawet drobnego błędu popełnić i trzeba było się po prostu nauczyć trasy na pamięć.
Klimat jechania sportowym samochodem nocą i uważanie na policję robi na mnie wrażenie do dziś, cały czas czuje się ten dreszczyk i niepewność. Dopiero jak już wyjedziesz z miasta to odczuwasz trochę ulgi.
Ten wyścig w premierowej wersji jest trudniejszy i nie ma wyboru poziomu trudności później w której wersji został on ułatwiony.
Ja w połowie porzuciłem Celeste, zaraz na początku hollow knight i kingdome come.
Porzuciliście kiedyś grę która bardzo Wam się podobała? W sensie przez trudność?
Tak, Wiedźmin 3. Ale wróciłem po roku!
Przypomniała mi się jeszcze jedna gra, którą porzuciłem przez poziom trudności: Mordheim: City of the Damned.
Generalnie jest to naprawdę wciągająca gra taktyczna, ale poziom jej upierdliwości mnie w pewnym momencie przerósł. Nie dość, że nie ma tam żadnej opcji zapisania gry, to wysyłając swój oddział na misję chyba za każdym razem następowało u mnie jakieś "losowe" wydarzenie, które rozbijało formację i wszystkie jednostki zaczynały w różnych miejscach na planszy. Wtedy zostawało mi jedynie modlić się, żeby wylądowały gdzieś blisko siebie, a nie na drugim końcu miasta, bo ponowne zgrupowanie drużyny często kończyło się napotkaniem wrogich oddziałów, a pojedyncza jednostka najczęściej była z nimi bez szans.
W dodatku cały system tej gry wydawał się tak niesprawiedliwy i działający na niekorzyść gracza, że można było nabawić się nerwicy. Grałem siostrami Sigmara i w końcu udało mi się zarobić tyle kasy, żeby przyłączyć do drużyny najsilniejszą jednostkę tej frakcji (chyba Matriarchini się nazywała) i podczas bodajże trzeciej misji z nią w składzie zostałem przytłoczony siłami wroga i zwyczajnie musiałem uciekać. Wtedy, podczas ucieczki (która jest generalnie porzuceniem aktualnej misji) gra oblicza szansę na przeżycie dla każdej jednostki.
W drużynie miałem kilka sióstr, których i tak chciałem się pozbyć, bo w trakcie poprzednich misji np. straciły rękę, oko, albo uszkodziły sobie mózg (co w przypadku tego ostatniego czyni ją prawie bezużyteczną) i oczywiście te poharatane siostry wszystkie przeżyły. Natomiast jak przyszła kolej na tę Matriarchinię, na którą chuchałem i dmuchałem, żeby jej się tylko nic nie stało, to oczywiście gra "wylosowała" jej śmierć. Wtedy rzuciłem padem i stwierdziłem, że pierdole, nie gram w to, bo szkoda nerwów ;)
Widać, że to ich pierwsza gra. Nic nie wiedzą o stopniu trudności. Mam chyba milion omniboltow, jeszcze więcej vitcoinow. Po co? Jest tu jakiś ekspert od tej gry?
A co wcześniej stworzyli? Widać zapatrzenie na japonski gamedev ale wykonanie jest koślawe. Niech ta piekna nacja zostanie przy serialach.
Visual novelkę i dwie gachy, dzięki którym mieli pieniądze na większy projekt, czyli Stellara.
I który Boss sprawia ci trudność? Unidentified Naytiba?
Nie bez powodu Steven He robił z tego polewkę. Takie gry są robione pod ich dzieci, czyli poziom trudności "ASIAN" ;)
https://www.youtube.com/watch?v=miD_TWmdGIY
W sumie przypomniało mi się, Might & Magic VI. Grałem wiele lat po premierze, gdy gra już wyglądała na starocia, ale grało się znośnie do czasu aż dotarłem na jakieś pustynie. Były całe zawalone jakimiś wielkimi potworami, których zwyczajnie nie szło w takich liczbach pokonać. Nie wiem, możliwe, że nad nimi trzeba było po prostu przelecieć czy coś, ale w tamtym momencie wymiękłem i gry nigdy nie skończyłem.
Cloud, js uwielbiam azjatycki gsmedev. Zawsze byłem gotowy przez misje poboczne. Tutaj dostałem osiemdziesiąty omnibot. Czy ktoś w to grał?