
Najlepsza seria jRPG powraca w swojej trzynastej odsłonie. Tak jak poprzednia odsłona czyli Daybreak 2 był w mojej ocenie jedną z gorszych części, tak Horizon jest zdecydowanie jedną z najlepszych. To jest to na co kilka lat musiałem czekać, znowu dzieją się wielkie rzeczy, najlepsza odsłona serii przynajmniej od czasów Cold Steela IV. Absolutne peak fiction
Dwie pierwsze odsłony Calvardowej podserii były w sumie czymś w stylu spokojnego początku i wprowadzenia. To był taki 250 godzinny prolog. Wydarzenia, które tam się działy były w miarę zamknięte i nie było specjalnie dużo akcji na wielką skalę. To było zapoznanie się z nowym miejscem akcji i z nową grupą bohaterów. Oczywiście było trochę nawiązań do starych odsłon, trochę starych postaci się pojawiło ale ogólnie jeżeli chodzi o takie główny wątek całej serii to wiele się nie wydarzyło. Gry te przypadały na okres względnego spokoju w Zemurii, gdzie prezydent Calvardu zawarł swego rodzaju pakt o nieagresji z największą organizacją przestępczą na kontynencie. Ouroboros więc przez dwie gry pełnił dosyć marginalną rolę, spotykaliśmy co prawda kilku ich członków nowych i starych, ale kolejna część ich wielkiego planu była raczej w zawieszeniu. Dosyć znamiennie dla mnie jest to, że w połowie podserii zmieniono podtytuł, jakby pokazując, że wydarzenia z Daybreaków to coś dziejącego się w tak zwanym międzyczasie. Teraz jednak gdy nadchodzi data końca tego paktu o nieagresji, Calvard dokonując kilku technologicznych przełomów w ostatnim czasie, zamierza po raz pierwszy wysłać człowieka w kosmos. I w tym momencie zaczyna się gra. I zaczyna się bardzo mocno, już w samym prologu powraca Rean czyli główny bohater podserii Cold Steel i, co może ciekawsze i bardziej elektryzujące dla fanów, powraca również sam Kevin Graham niewidziany w serii od 7 odsłon, od 2011 roku, główny bohater Sky the 3rd czyli trzeciej części pierwszej podserii. To że oni wracają było wiadomo przed premierą, są w końcu na okładce gry ale osobiście nie spodziewałem się, ze wrócą już tak wcześnie. Tak więc od samego prologu mamy hype jakiego nie było jeszcze w obecnej podserii. Potem trochę ten hajp wyhamowuje a my większość gry spędzamy zbierając informację na temat tego co się dzieję, bo wiemy i czujemy że coś się dzieje za kulisami, ale nie bardzo wiemy co dokładnie. Tym bardziej, że cały Calvard żyje pierwszym załogowym lotem w kosmos, bardzo przyśpieszonym względem pierwotnych założeń po udanych pierwszych próbnych bezzałogowych lotach a w tym samym czasie różne siły i frakcje zaczynają działać w tle. Większość gry spędzamy jednak jako Van czyli bohater tej podserii. Szczerze to liczyłem, ze Rean i Kevin po tak hucznie zapowiadanych powrotach będą odgrywać większą rolę w grze a tymczasem chyba oni razem mają mniej czasu antenowego niż Van. Ich ścieżki przeplatają się w sumie tylko w prologu a potem ruszają w swoją stronę i potem w głównym wątku już się nie spotykają. Zarówno Rean i Kevin odkrywają jednak pewne istotne z punktu widzenia fabuły rzeczy, które rzucają nowe światło na to co się obecnie dzieje ale także zadają kolejne pytania. I w sumie tak wygląda większość gry, coraz więcej pojawiających się pytań, na które odpowiedzi dostajemy w ciągu ostatnich kilku godzin rozgrywki. Zaczynają się w pewnym momencie dziać niewytłumaczalne cuda na kiju, więc dosyć często można sobie zadawać pytanie: co tu się odtentegowuje. Finał gry jednak absolutnie dowozi zapewniając zarówno napięcie, dramaturgię i wzruszenie. Zaczynają się dziać wydarzenia na skalę chyba jeszcze większą niż w Cold Steelu IV. Wojna między dwoma krajami to nic. Gra oczywiście kończy się obrzydliwym clifhangerem, jeszcze gorszym niż Cold Steel I czy III. To akurat było do przewidzenia przed premierą, więc na zakończenie niektórych wątków i całej podserii trzeba będzie trochę poczekać. A to pierwsza taka sytuacja w historii serii gdy w momencie nowej premiery anglojęzycznej, nie ma jeszcze w Japonii premiery kolejnej odsłony albo ze dwóch. Kontynuacja nie jest jeszcze nawet zapowiedziana. W grze powraca poboczny dungeon, kolejna wersja Gartenu. Przez pół gry jest on wymagany, potem opcjonalny. Jest on zrobiony podobnie jak w poprzedniej części ale lepiej, i na sam jego koniec dostajemy coś naprawdę bardzo fajnego. Albo inaczej, dostajemy spotkanie z kimś bardzo ciekawym. Więc było warto.
Mechanicznie jest jeszcze lepiej niż kiedykolwiek wcześniej a już wcześniej był to najlepszy turowy jRPG na rynku. Tutaj dostajemy tylko jakieś pomniejsze zmiany i ulepszenia hybrydowego systemu walki i zarówno tryb walki w czasie rzeczywistym jak i turowy prezentują się super dobrze. System walki w czasie rzeczywistym to dalej nie jest poziom takiego YSa, który ma tylko taką walkę ale z każdą odsłoną coś dodają i sprawiają, ze jest więcej opcji i walczy się po prostu z odsłony na odsłonę troszkę lepiej. Turówka to absolutnie top gier. Pamiętam jak w pierwszym Daybreaku przeszkadzała mi trochę na początku możliwość poruszania się postacią w trybie turowym bo była to zupełna nowość w serii ale teraz, w trzeciej odsłonie z poruszaniem szczerze już widzę opcji aby się obejść bez tego poruszania, gdyż otworzyło to zupełnie nowe opcje w walce jak chociażby dodanie bonusów do ataków z boku/z tyłu. Gra się w tą grę po prostu super dobrze i przyjemnie. Aż chce się po prostu każdą mapę czyścić z przeciwników. Graficznie może jest ciut lepiej niż wcześniej, na pewno widać, że sporo kasy idzie na trochę nowych animacji i kilka cutscenek w grze, które wyglądają bardzo dobrze, z każdą kolejną częścią jest ich chyba coraz więcej. Oprawa dźwiękowa bardzo dobra, w Gartenie znowu mamy możliwość słuchania sobie niektórych ścieżek dźwiękowych z poprzednich odsłon i z innych gier Falcomu w czasie przemierzania dungeonu. Voice acting japoński jak i angielski na bardzo solidnym poziomie.
Trails Beyond the Horizon to jest ta odsłona na którą czekałem od czasów Cold Steela IV. Akcja na dużą skalę, intryga w tle, zwroty akcji, powroty starych bohaterów. Wszystko to tutaj jest i całościowo wypada świetnie. Studio Nihon Falcom znowu dowozi i kolejny raz pokazuje klasę. Jeżeli myślicie, ze Final Fantasy czy Persona to najlepsze co ma gatunek jRPG do zaoferowania to jesteście w dużym błędzie. Zobaczyć znów Kevina i Reana w akcji to coś na co fani serii czekali całymi latami. Dosłownie wszystko tutaj zagrało, nawet typowe dla gier jRPG fetch questy tutaj wypadają całkiem nieźle i wcale nie są typowym nudzeniem. Stosunkowo mało jest zupełnie nowych lokacji, które odwiedzamy, to w sumie chyba największy minus gry, mamy nowe dungeony w starych lokacjach, dwie nowe dzielnice w stolicy Calvardu ale zupełnie nowe miejsce jest tylko jedno: miasto Anchorville. Brakuje też trochę jakichś większych minigierek poza łowieniem rybek czy pokerem i blackjackiem. We wcześniejszych odsłonach mieliśmy mniej lub bardziej rozbudowane karcianki (Vantage Masters to było coś) czy jakiegoś tetrisa a tutaj nic takiego niestety nie ma. Teraz najgorsze będzie wyczekiwanie na koleiną część a po skończeniu gry, po 177 godzinach super zabawy mam zdecydowanie ochotę na więcej i chcę wiedzieć co będzie dalej...