
Shogun Showdown to turowy roguelike w klimatach feudalnej Japonii z uwzględnieniem yokai.
Rozgrywka opiera się o plansze szerokie na 5-9 pól, które czyścimy z przeciwników utrzymując się z dala od sygnalizowanych zagrożeń. Ruch, atak (kolejkowany) czy obrót - wszystko ma swoją cenę. Gra turowa, ale bardzo dynamiczna - choć przy wielu wrogach to wrażenie gaśnie. Mimo trudu ogarnięcia mechaniki z marszu, powodującego czysto ludzkie pomyłki (obrócenie zamiast ataku), robi dobre wrażenie jako nieźle przemyślany zlepek poruszania bohatera (1/5), przeciwników, umiejętności pasywnych, ataków i przedmiotów. Dzięki temu wciąga - niestety tylko początkowo. W każdym nowym etapie dochodzi do starcia z nieznanym, na które, niestety, trudno zareagować. Takie momenty potrafią się kumulować przez co poziom wyzwania tylko wzrasta a satysfakcja w sumie maleje :/
Sam rozwój bazuje na "zadaniach" i ilości pokonanych przeciwników/etapów. Mimo, że ścieżka jest w zasadzie jedna na całą rozgrywkę i jest etapowo podzielona na przeplatające się pola walki (również poprzeplatane na areny i kapliczki) i odpoczynku (ze, z góry wiadomym rodzajem, kapliczki i kramu), to w trakcie (wraz z kolejnymi "dniami") rozszerza się ilość odnóg prowadzących do finału a jednocześnie, na etapach zaczynają pojawiać się ulepszone jednostki. Cały ten zamysł jednak ma tę wadę, że co chwilę robimy to samo, tą samą "gołą" postacią na tych samych etapach. Okej, wykupujemy/odblokowujemy elementy rozszerzające (i jednocześnie zwiększające losowość przejść) Nasze możliwości, ale jednak rdzeń zabawy w żaden znaczny sposób się nie zmienia i opiera głównie o postać (ruch), którą wybierzemy, a to sprawia, że gra szybko staje się monotonną :(
Już w 3. godzinie przedarłem się do finałowej potyczki (dzień I), ale ostatecznie przetrwałem ją dopiero w 10. (za pierwszym razem po zmianie postaci). To pokazuje jak bardzo losowe potrafią być kolejne próby i jak wiele zależy od wyboru postaci. 7 dni na "prawdziwy" finał (każdą postacią z osobna)? Nie, dziękuję!