Psycholożka porównuje to do efektu śmieciowego jedzenia – zapewnia ono zastrzyk dopaminy, który jednak błyskawicznie przestaje działać. Takie rozwiązania promują ciągłą stymulację zamiast powolnego osiągania satysfakcji, a najbardziej narażone są na to dzieci.
To Racja, widać to też zwłaszcza po tych od urlopów i platynek, oni zawsze muszą ogrywać każdą nową grę AAA gdzie dzisiaj takie gry to jakaś bezrozumna papka która polega bardziej na oglądaniu niż grania coś jak ostatnia kampania dla pojedynczego gracza w Battlefield 6.
Takie osoby też nigdy nie grają w coś gdzie trzeba pokombinować typu jakaś strategia, przygodówka, symulator lub odsłuchać jakiś dłuższy dialog w grze RPG.
I wcale nie są to zazwyczaj tylko dzieci.
Raczej ciężko się zgodzić z panią psycholog bowiem są gracze z lat 90' wychowani na prostych grach arcade jak i młode pokolenie grające w MOBA, czy Spelunky 2, więc niepotrzebnie generalizuje.
To samo platformówki - takie Super Mario Bros 3 mimo iż jest grą dużo łatwiejszą niż pierwsza część, dalej jest trudniejsze niż to co wychodzi ostatnimi latami (nie umniejszam samej zabawie - to inna kwestia).
Nie chodzi mi o fakt, że dziś nie robi się gier trudnych - robi, a te potrafią być naprawdę dużym wyzwaniem. Bardziej problem jest w tym, że dziś standardowa gra to wyzwanie na poziomie 3/10 - praktycznie samograje. Wtedy, te najłatwiejsze to było takie 6/10 - niby dalej nie specjalnie trudno, ale trzeba było przysiąść i choć minimalnie się skupić - i to jest słowo klucz, bo dzisiejsze gry tego skupienia nie wymagają nic a nic.
Coś co wiadomo od dawna.
Dziś (a nawet od dobrych 10-15 lat) gry robi się łatwe i bezpieczne - gracz ma się nie zestresować, nie zrazić i dosłownie "przejść i zapomnieć", a potem kupić nowy produkt.
Mało gier daje jakiekolwiek wyzwanie, te zaliczane do trudnych to coś typu standardowa gra z lat 90-tych, a tylko nieliczne potrafią stawić bardzo wysoką poprzeczkę przed graczem (tutaj czasami aż przesadzają).
Co ma na to wpływ? Pewnie próba dotarcia do jak największej liczby graczy, co przekłada się niestety na "miałkość" finalnego produktu - zamiast czymś się wyróżniać (co jednych mocno zachęci, innych odepchnie), wszystko jest po prostu grzeczne, łatwe i przeciętne.
Psycholożka porównuje to do efektu śmieciowego jedzenia – zapewnia ono zastrzyk dopaminy, który jednak błyskawicznie przestaje działać. Takie rozwiązania promują ciągłą stymulację zamiast powolnego osiągania satysfakcji, a najbardziej narażone są na to dzieci.
No, i pokazuje tez ze Herr uPierdus ma jednak slaby mozdzek, bo "soulsy zbyt trudne, dej ulatwienia"