Trochę odgrzewany kotlet, ale dla fana dinozaurów i Scarlett, podchodząc bez większych oczekiwań. Ujdzie
"Jurassic Park" i "Zaginiony świat" czytałem w dzieciństwie na okrągło. Podobnie często oglądałem filmy Spielberga, które ekranizacjami były raczej kiepskimi, ale jako filmy zrealizowane zostały pierwsza klasa i z powodzeniem sprzedawały magię kina. Seria Jurassic World to już nie to samo, ale z tych wszystkich nowych produkcji Rebirth ma akurat bardzo fajnie zrealizowane sceny akcji i ta część przygodowa też daje radę. Nie było takiego żerowania na nostalgii jak w 1 i 3 filmie.
Jest też parę nawiązań do książek Circhtona - akcja z pontonem i t-rexem z pierwszej powieści czy motyw z drugiej, gdzie asystent Dogsona pracował nad lekiem antyzakrzepowym i tutaj biznesman wynajmuje najemników by pobrać próbki do tworzenia leków na choroby serca.
Po opiniach z okolicy premiery spodziewałem się totalnego gniota, a oglądało się w sumie całkiem przyjemnie.
Ten film jest zły na wielu poziomach. Od papierka po batoniku, który rozwala system zabezpieczeń kompleksu badawczego, pływającego TRexa, dinozaurów poruszających się w trybie stealth ( nikt ich nie widzi i nie słyszy póki kilka ton nie wyrośnie komuś tuż przed nosem), pochowanych w dwumetrowej trawie zwierząt wielkości kilkupierowego bloku i dino-mutanta, po grającą z (chyba) przymusu Scarlet i wszelkiej maści durnoty związane z wyprawianiem się na wyspę pełną dinożarłów.
Seria miała lepsze i gorsze odsłony, nawet trylogia z Prattem nie gwałciła, aż tak logiki jak robi to JW: Odrodzenie.
Większość zwierząt potrafi pływać/unosić się na wodzie więc nie jest to w sumie takie nieprawdopodobne względem tyranozaura.
Powinien lepiej sprecyzować swój wcześniejszy komentarz - chodziło o pływającego pod wodą tyranozaura :-)