Red Dead Redemption to bezpośrednia kontynuacja Red Dead Revolver z 2004r także GUN z 2005r żadnych szlaków nie przecierał. Domyślam się że autor to wie tylko sobie zrobił klikbejtowy tytuł. Ta strona schodzi na psy...
Red Dead Revolver był słabym liniowcem, a Red Dead Redemption więcej wspólnego ma z Gun niż ze swoim poprzednikiem.
Od siebie dodam, że na Xbox 360 wyszła nextgenowa względem innych platform wersja.
Świetna gra. Zaliczyłem na 100% (wszystkie poboczniaki i 50/50 złoża złota). Super pozycja.
Odpowiem też anegdotę. Bohater, żeby się leczyć wali łiskacza. A jako, że miałem 0,7 w lodówie to pomyślałem, że to będzie fajny pomysł, jak będę walić whiskey razem z nim. Więc jak on pił to i ja piłem, 10 ml. Jako, że było z czasem coraz trudniej, to trzeba było walić łiskacza w grze coraz więcej i ja też to robiłem. Po trzech godzinach grania pękła butla 0,7 i stwierdziłem, że się już do gry nie nadaję i że to był wyjątkowo głupi pomysł...
GUN to bardzo przyjemny western. Jak na piaskownicę to gra dość treściwa i krótka, skondensowana i bez zbędnych zapychaczy.
Jeśli RDR 2 to odpowiednik GTA 5, RDR to GTA 4 to GUN to GTA 3/VC w wielkości i rozbudowaniu całości.
Pamiętam jak w to grałem. Całkiem spoko gra, ale denerwująca, bo często trzeba było zaczynać od checkpointa, gra dawała w kość. Swoją drogą polskie studio wypuściło parę miesięcy wcześniej coś podobnego, ale okazało się crapem: https://youtu.be/uQURCLdmlpg
W zeszłym roku przypomniałem sobie ten tytuł i stwierdzam, że nadal przyjemnie się w to gra. Oczywiście, jak na dzisiejsze czasy świat gry jest mikroskopijny i można go przejechać w 5 minut ale opowieść jest tak skonstruowana, że przez dłuższy czas to dobrze maskuje. A dzięki temu spakowaniu gra nie cierpi też na współczesne bolączki w postaci ogromnej mapy zasypanej pytajnikami z masą powtarzalnego contentu. Sama historia jest poważna i brutalna i dzięki iście hollywoodzkiej obsadzie doskonale zagrana mimo leciwych już animacji. W skrócie, 20 lat po premierze nadal bawi.
A Reverend znaczy dosłownie "czcigodny" i nie jest to imię postaci, więc tym bardziej się nie odmienia. Antagonista nazywał się Josiah Reed a głosu użyczał mu Brad Dourif. W obsadzie byli także Thomas Jane w roli głównego protagonisty, Coltona oraz Lance Henriksen, Ron Perlman i Kris Kristofferson. Dobry film by się nie powstydził takich nazwisk.
Jakieś 2 lata temu ograłem Guna po raz pierwszy w życiu i muszę szczerze przyznać że bawiłem się świetnie. Może i daleko mu do poziomu RDR, ale nie da się zaprzeczyć, że ta gra przetarła szlak i że to Neversoft (a nie R*) zapisał się w historii gamingu jako twórca pierwszego open-worlda w realiach Westernu. Mimo tego że Gun w porównaniu do dzisiejszych sandboxów jest pozycją mało złożoną i nieco przestarzałą, to jednak zachwycił mnie do tego stopnia, że ukończyłem go na 100% i to dwukrotnie (na dwóch różnych poziomach trudności). Fabuła jest banalna jak w typowym filmie klasy B, ale w 2005 roku nie wymagało się aż tak wiele od gier video, a poza tym nie było zbytnio z czym konkurować w obrębie tego gatunku. Ale prawdziwym zaskoczeniem było dla mnie to jak wiele elementów wziętych niemal żywcem z tej gry trafiło później do Red Deada. Nagrody za głowy przestępców, nocna straż w miasteczku, praca na rancho, poker, "dead-eye", ulepszanie broni, a nawet legendarne zwierzęta i polowanie łukiem w celu uzyskania skóry o wyższej jakości - to wszystko posiadał Gun i to na ponad 5 lat przed premierą pierwszego Redemption. Ta gra jak najbardziej zasługuje na to żeby o niej pamiętać.