Poprzednia Zilla była rewelacyjna. Te amerykańskie to ścierwa na 1/10 (nie licząc tej z 2014, ta była dobra, ale już późniejsze to padaczka!) - same efekty, nudne w dodatku, papierowe postaci i marna historyjka. Ale ta japońska? Poezja. Znakomicie napisane postaci, świetnie uchwycona trauma po II wojnie światowej, a i efekty pierwszorzędne (o wiele lepsze niż tandeta z US and A). No i Zilla znowu budzi grozę i jest orgią zniszczenia, a nie pociesznym jaszczurem.
Czekam!