Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Assassin's Creed Origins: Ukryci Recenzja gry

Recenzja gry 24 stycznia 2018, 15:18

autor: Krystian Smoszna

Fan black metalu i szeroko rozumianych gier akcji. Kocha Dooma miłością prawdziwą.

Recenzja DLC The Hidden Ones do gry Assassin’s Creed: Origins – nijaki dodatek

Dodatek The Hidden Ones rozmienia na drobne to, co udało się zbudować świetnym Assassin's Creed: Origins. Choć rozszerzenie oferuje całkiem niezły stosunek ceny do liczby godzin rozgrywki, nie jest to przygoda, którą zapamiętacie na długo.

Recenzja powstała na bazie wersji PS4. Dotyczy również wersji PC, XONE

PLUSY:
  1. sporo rzeczy do roboty, o ile kogoś nie znudziła drobnica z Origins;
  2. ładna, całkiem duża kraina;
  3. nieliczne smaczki dotyczące bractwa;
  4. nie licząc płytkiej jak kałuża fabuły, generalnie trzyma poziom pierwowzoru.
MINUSY:
  1. brak jakichkolwiek istotnych nowości;
  2. fabuła napisana na kolanie;
  3. beznamiętny Bayek, będący cieniem zawadiaki z pierwowzoru;
  4. niewiele wnosi do uniwersum;
  5. zaskakująco dużo błędów i glitchy.

Napiszę to od razu: miałem bardzo duże oczekiwania względem tego dodatku. Po świetnej podstawce, która w opinii większości sympatyków sagi o skrytobójcach okazała się powrotem serii Assassin’s Creed na właściwe tory, wydawało się, że eksperyment o nazwie The Hidden Ones nie może się nie udać. Deweloperzy z Montrealu w listopadzie zostawili sobie otwartą furtkę do dalszego rozwoju opowieści o powstaniu tytułowego bractwa, które pod nazwą „asasyni” zacznie funkcjonować dopiero za tysiąc lat z okładem.

Niestety, i piszę to z ogromnym żalem, nadzieje na trafioną kontynuację głównego wątku z Origins okazały się płonne. Autorzy rozmienili na drobne to, co udało im się z takim trudem zbudować, i powody do autentycznej radości dali miłośnikom cyklu w zaledwie kilku cut-scenkach. To zdecydowanie za mało. Jeśli Origins było listem miłosnym Ubisoftu skierowanym do ogromnej rzeszy fanów, to The Hidden Ones jest co najwyżej tanią pocztówką, nadaną z zapyziałego urzędu na totalnym zadupiu.

Fabularne banały

Recenzja DLC The Hidden Ones do gry Assassin’s Creed: Origins – nijaki dodatek  - ilustracja #1

Poradnik do The Hidden Ones

Kamienne kręgi, papirusy i solucja.

Pierwszy sygnał ostrzegawczy stanowi zalążek nowej fabuły, w którym autorzy od razu, bez zbędnych ceregieli, wykładają wszystko kawa na ławę. Cztery lata po wydarzeniach przedstawionych w podstawce nieustraszony Bayek z Siwy ląduje na półwyspie Synaj, by pomóc mieszkającym tam rebeliantom w starciach z silnie zakorzenionymi już na tym terytorium Rzymianami. Scenarzyści nawet się specjalnie nie wysilali, żeby małą wojenkę obdartusów z przeważającymi siłami wroga osadzić na solidnym fundamencie – zarysować jakieś przekonujące tło.

Zgodnie z życzeniem miejscowych Ukrytych przybywamy więc na miejsce, dostajemy listę ciemnych typków do odstrzału i rozpoczynamy ich radosną eksterminację. Od czasu do czasu daje się dostrzec ciężka sytuacja egipskich chłopów, którzy z lewa i z prawa dostają z liścia od rzymskiego legionisty, ale w gruncie rzeczy ma to niewielkie znaczenie. Autorzy wyszli najwyraźniej z założenia, że wystarczy wskazać palcem wroga i to załatwi sprawę. W końcu to Assassin’s Creed. Wybaczcie panowie, ale nie, już nie.

Recenzja DLC The Hidden Ones do gry Assassin’s Creed: Origins – nijaki dodatek  - ilustracja #2
Pieniądze? Po wymaksowaniu podstawki ma się ich pod dostatkiem.

Główny wątek fabularny w The Hidden Ones oferuje kilka banalnych w konstrukcji misji, z którymi powinniśmy się uporać w cztery godziny, zakładając oczywiście, że nasz terminator z Siwy nie będzie masakrował wszystkich niemilców mieczem jak leci i poświęci trochę czasu na zabawę w chowanego. Rozgrywka sprowadza się do ciągłych ataków na coraz większe forty, a że tym razem twórcy obsadzili je naprawdę gęsto, liczba odprawionych do Anubisa nieszczęśników wynosi dobre dwie setki.

W zasadzie tylko jeden quest wyróżnia się na tle tej nieustannej rzezi, a to dlatego, że przez dłuższą chwilę gra nie podsuwa nam pod klingę kolejnych rywali. W kontekście podstawki nie ma w tym oczywiście niczego nadzwyczajnego, ale tutaj wspomniana misja w grobowcu jawi się jako istna rewolucja. Makabrycznie słaba jest za to konkluzja. Starcie z ostatnim przeciwnikiem jest tak kiepsko uzasadnione fabularnie, że aż zęby bolą i pojawia się chyba wyłącznie po to, żeby odhaczyć walkę z bossem.

Recenzja DLC The Hidden Ones do gry Assassin’s Creed: Origins – nijaki dodatek  - ilustracja #3
Liczba wrogów w obozach uległa wyraźnemu zwiększeniu.

„Meh”

O wiele lepsze wrażenie sprawiają jedynie cut-scenki bezpośrednio związane z bractwem. Oszczędzając Wam spojlerów, powiem tylko, że ta cała synajska rewolta da podwaliny pod jedną z trzech zasad tytułowego kreda asasynów i jest to naprawdę fajny smaczek. Fani go docenią. Gdzieś tam pojawi się jeszcze złota myśl któregoś z asów skrytobójstwa, że pora wyjść z ery kamienia łupanego i zbudować w końcu organizację z prawdziwego zdarzenia, ale – jak się już zapewne domyślacie – w tym dodatku to nie nastąpi. W takim tempie do faktycznego skonsolidowania zakonu dojdziemy może za trzy lata, o ile idea „originsów” będzie, rzecz jasna, kontynuowana. Inna sprawa, że dodatek w pewnym sensie sam sobie przeczy. Z jednej strony próbuje nam udowodnić, że bractwo z rozmachem działa już w kilku krainach basenach Morza Śródziemnego, z drugiej wmawia nam, że to jednak kolos na glinianych nogach. Aha.

Recenzja DLC The Hidden Ones do gry Assassin’s Creed: Origins – nijaki dodatek  - ilustracja #4
Widoczki są niezłe, tutaj poziom podstawki został utrzymany.

Reasumując, największy problem z tym dodatkiem jest taki, że do sagi wnosi on bardzo, ale to bardzo niewiele. W Origins podobały mi się te niemrawe próby sklecenia grupy zabijaków z kilku przypadkowych bohaterów i okraszenie całości toną kapitalnych nawiązań do symboliki bractwa, znanej przecież od lat. W moim wyobrażeniu The Hidden Ones powinno rozwinąć tę ideę, pokazać bractwo od środka. Tymczasem rozszerzenie niespecjalnie chce dotykać tej kwestii, zmuszając nas do zaakceptowania status quo.

Minęło parę lat, Ukryci sprawnie eliminują zagrożenie a jedyna różnica jest taka, że obdartusy otrzymały mocno wyróżniające ich na tle mieszkańców stroje, stanowiące totalne zaprzeczenie zarówno idei pozostawania w ukryciu, jak i nazwy tytułowej bandy. Widząc te kolorowe i bogato zdobione wdzianka tęskni się wręcz za „jedynką”, gdzie Altair paradował w skromnych i nierzucających się tak mocno w oczy szatach. Gdzieś w tym wszystkim ulotniło się też charakterystyczne dla Origins poczucie uczestnictwa w czymś wielkim. Były takie momenty w podstawce, że każdy fan miał ciary na plecach, bo czuło się, że na ekranie dzieją się rzeczy ważne. A tutaj? Wszystko mógłbym podsumować krótkim stwierdzeniem „meh”.

Oceny redaktorów, ekspertów oraz czytelników VIP ?

Adrian Werner Ekspert 29 sierpnia 2018

(PC) Nic specjalnego. Ot zestaw dodatkowych misji. Fabuła słaba, ale same wyzwania są sympatyczne i to po prostu przyjemny sposób na spędzenie kilku dodatkowych godzin w starożytnym Egipcie.

6.0
Recenzja gry Darksiders Genesis – wygląda jak Diablo, a to wciąż Darksiders
Recenzja gry Darksiders Genesis – wygląda jak Diablo, a to wciąż Darksiders

Recenzja gry

Czy po trzech częściach serii jest jakiś sens w wydawaniu prequela, który w dodatku jest spin-offem i to izometrycznym? Wbrew pozorom, zdecydowanie tak. Szkoda tylko, że ta część nie wyszła jako pierwsza, bo mogłoby to pomóc całej marce.

Recenzja gry Sniper: Ghost Warrior Contracts – snajper trafia za czwartym razem
Recenzja gry Sniper: Ghost Warrior Contracts – snajper trafia za czwartym razem

Recenzja gry

Sniper: Ghost Warrior Contracts to w zasadzie Hitman, który zamiast przebrań, ma tylko karabin snajperski. I generalnie takie połączenie całkiem nieźle działa.

Recenzja gry Terminator: Resistance – Roboty ciosane z drewna mają swoją duszę!
Recenzja gry Terminator: Resistance – Roboty ciosane z drewna mają swoją duszę!

Recenzja gry

Nowy Terminator jest zaskakująco satysfakcjonujący. Nie chodzi jednak o przeciętny film Tima Millera, a świeżutką grę krakowskiego studia Teyon – dewelopera, który w branży gamingowej "zabłysnął" dzięki niechlubnemu Rambo: The Video Game.