Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon TvFilmy

Filmy i seriale

Filmy i seriale 6 listopada 2021, 13:30

autor: Jan Tracz

Eternals to amerykańskie „Dlaczego ja?” bez dokumentalnych wstawek - recenzja

Dobrze było iść na ten film z zerowymi oczekiwaniami. Dzięki temu prawie się nie zawiodłem. I chociaż czuję, że zmarnowałem dwie godziny życia, to przynajmniej mogę napisać ten tekst, abyście spokojnie mogli pójść na Diunę albo Wszystkie nasze strachy.

Najnowsza faza Marvel Cinematic Universe to teoretycznie nowa doza pomysłów, czyli: rozpoczynanie kolejnych wątków, odchodzenie od poprzednich i wprowadzanie nowych bohaterów czy lawirowanie między obyczajowymi momentami a tymi znacznie bardziej „superbohaterskimi”. Twórcy wreszcie odważyli się postawić na fenomenalny rozwój postaci (patrz: ostatnie trzy seriale wyprodukowane dla platformy Disney+). Co więcej, wreszcie odważono się na skorzystanie z usług naszego „Polish power” (patrz: udział Piotra Adamczyka w nadchodzącym Hawkeye’u). Cały ten rok był dla Marvela prawie perfekcyjny.

Prawie, bo mamy też Eternals, czyli film, który nikomu nie był potrzebny, a który i tak powstał.

Gilgamesz też był człowiekiem

Najnowszy film Chloé Zhao, nagrodzonej Oscarem reżyserki Nomadland, jest dość dziwacznym filmowym tworem. Bo z jednej strony otrzymujemy kameralną opowieść o odszukiwaniu własnej, człowieczej tożsamości, a z drugiej – ta aura prywaty w niejasny sposób miesza się z Marvelowskim rozmachem.

Nie chcę zdradzać szczegółów fabuły, ponieważ kilka plot twistów przewraca uniwersum do góry nogami (ale nie martwcie się, jesteście już do tego przyzwyczajeni), więc ujawnię tylko początek. Na Ziemię pięć tysięcy lat temu przybyli tytułowi Eternals – bohaterowie, których zadaniem była ochrona ludzkości przed straszliwymi istotami. A że nasi nowi znajomi są nieśmiertelni, to poznają nowe epoki, wpływają na rozwój ludzkości, zaznajamiają się z dobrymi i złymi cechami naszego gatunku, a całość przyjmuje rolę takiego traktatu moralnego o tym, jacy naprawdę jesteśmy. Dzięki temu możemy np. zobaczyć, dlaczego Brama Isztar została zniszczona albo co spowodowało, że w ogóle doszło do wydarzeń w Hiroszimie! Taka zabawa konwencją daje masę frajdy, ale to jest jakaś 1/5 filmu. Następnie Zhao stara się – w większości poprzez dialogi – w kameralny sposób opowiadać o szalonych rzeczach. Nie, to zupełnie nie działa, a wręcz męczy.

Pozytyw jest natomiast taki, że zarówno znane twarze jak i mniej rozpoznawalne radzą sobie na ekranie bardzo dobrze. Duet z Gry o tron (Richard Madden i Kit Harrington), Angelinę Jolie czy Salmę Hayek, które ubarwiają nam seans, ale to „mniej znanymi personami” Eternals stoją. Brian Tyree Henry, znany publiczności jako Paper Boi z Atlanty, wciela się w naukowca, zamieniając swą krzykliwość na stoicki spokój. Natomiast moje serce skradła Gemma Chan: nie operuje wielkimi emocjami, ale kiedy musi ukazać strach, miłość czy nadzieję, to robi to, owszem, tyle że w bardzo subtelny i czuły sposób. Ja to kupuję!

Cały ten zgiełk

Jacyś ludzie z góry musieli wyłożyć ogromne pieniądze, by powstał ten bezpieczny filmik o bogach, którzy tak naprawdę bogami nie są, ale wydaje im się, że są bogami, a w końcu zaczynają rozumieć, że bliżej im do ludzi i… i tak dalej, i tak dalej. Mamy tu za dużo pogmatwanych, często źle poprowadzonych ścieżek jak na prosty film o ratowaniu świata po raz setny. I okej, pełna zgoda, wprowadzanie bohaterów, których zbytnio nikt nie kojarzy, to zabieg naprawdę godny pochwały. Większość z nas zmęczona jest ciągłym eksploatowaniem takich opowieści jak ta o Spider-Manie, więc czemu by nie poznać kogoś zupełnie nowego? Nawet jeśli nie okażą się oni tak atrakcyjni jak nasi ulubieńcy, to przynajmniej na imprezie mamy jakąś komiksowo-filmową anegdotkę do opowiedzenia. I tak to się kręci…

Marvel postanowił nieco zwiększyć powagę swoich filmów. To niezrozumiały dla mnie zabieg, ponieważ ostatnie serialowe produkcje potrafiły świetnie czerpać ze znacznie mniej patetycznej atmosfery swoich tytułów. Nie oszukujmy się, po kilkunastu tytułach nikt nie przekona nas, byśmy się przejmowali „ostatecznym zagrożeniem”. I chociaż tutaj ono jest widoczne, namacalne, nawet i połączone z problemami nas wszystkich dotyczącymi (np. globalne ocieplenie), to zmęczenie materiału nie pozwala na uzyskanie u widza tych samych emocji co na przykład przy Endgame.

Analogicznie: kiedy Sam i Bucky naprawiali łódkę w serialu Falcon i Zimowy Żołnierz, czułem ich bromance, a także frajdę, jaką czerpali z tak trywialnej (jak dla nich) czynności. To byli faceci, którzy swoje już przeszli, stracili najbliższych, a własną relację budowali poprzez brudną pracę fizyczną. Zero słów, a człowiek widział, że tam jest pot, a także zmęczone twarze i od razu czuł, że te kilka sekund ciszy ma silniejszy przekaz niż… no właśnie, słowa, których w Eternals jest nadmiar, a z których nic nie wynika.

Marvelowska telenowela już niedługo na Polsacie

Dziesięciu bohaterów powinno dostać swój własny serial, a nie dwie godziny czasu ekranowego, i to jeszcze tego z gatunku „slow cinema”. Co więcej, wyobraźcie sobie, że jest to film, który na samym początku poznaje was z bohaterami, następnie miesza w chronologii, wymusza na was godzinną męczarnię z wątkiem „na nowo zbierzmy drużynę”, by następnie zarzucić dawką patetycznych, źle napisanych dialogów o jedności bohaterskiej familii. Przeczytałem nawet gdzieś komentarz, że do Eternals powinna powstać oryginalna drinking game: pijesz za każdym razem, kiedy herosi wyznają sobie uczucia lub się przytulają. Tego wszystkiego jest za dużo, a ten nadmiar, połączony z rozwleczonym tempem, to mieszanka naprawdę usypiająca… Wychodzi nam kiczowata całość, która ciągle próbuje wyjść przed szereg, ale potyka się i zostaje w tyle. Mamy tajemnicze wrażenie, że oglądamy „fajny” film, który wszystko robi źle. Ale jest „fajny”, więc zostajemy do samego końca, co jakiś czas wybaczając błędy i kibicując. To taki Kevin z The Office w uniwersum Marvela…

Koniec końców zdałem sobie sprawę, że w tym filmie każdy ma coś do powiedzenia. Dosłownie – wszyscy są albo rozgoryczeni, albo tłumią w sobie emocje, albo jakoś tak wyglądają na zagubionych. Warto się wygadać! Dziwię się, że Zhao nie postawiła na superbohaterski mockument. Może wtedy łatwiej byłoby nam się zżyć z postaciami.

OCENA: 4/10

Od autora

Jeśli chcecie zobaczyć znajome twarze czy być na bieżąco z uniwersum, to śmiało, droga wolna. Ale w kinach grają tyle ciekawych i zróżnicowanych filmów, że warto na chwilę zastanowić się, czy Eternals są właściwym wyborem na weekendowy wieczór.

Jan Tracz

TWOIM ZDANIEM

Wolisz filmy Marvela czy DC?

77,9%
Marvela
22,1%
DC
Zobacz inne ankiety