Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon TvFilmy

Filmy i seriale

Filmy i seriale 21 października 2021, 09:30

autor: Mateusz Araszkiewicz

Miłośnik starych peronów, podróżowania pociągami oraz górskich wycieczek. Płacze nad losem RTS-ów.

Diuna jest tak bardzo z kosmosu, że mało w niej miejsca dla ludzi. Recenzja

Po wielu próbach Diuna wreszcie zaliczyła udane lądowanie w kinach. Denis Villeneuve – reżyser m.in. Blade Runnera 2049 i Sicario – podołał monumentalnemu wyzwaniu, ale nie obyło się bez potknięć.

Diunę Denisa Villeneuve'a ocenić bardzo ciężko. To, co zobaczycie w kinie, jest bowiem tylko pierwszą częścią. Dostajemy więc jedynie fragment historii, która wybrzmieć może dopiero wtedy, gdy pochłoniemy ją w całości. Niemniej już teraz można powiedzieć, że nowa filmowa Diuna to dzieło monumentalne, głośne i przepięknie nakręcone, jednakże potyka się ono, gdy chodzi o czynnik ludzki oraz wątki, które postanowiła z materiału źródłowego wyciągnąć.

Diuna Franka Herberta to prawdopodobnie moja ulubiona książka. Zresztą lubię cały cykl stworzony przez Herberta seniora, pomimo nierówności kolejnych tomów. Do ekranizacji natomiast mam raczej ambiwalentny stosunek. Film Davida Lyncha zabiło studio, a miniserial z 2000 roku, choć znacznie lepszy, cierpi na bolączki budżetu (wynoszącego dwa kalosze) oraz przez miejscami dosyć umowną grę aktorską. O nigdy nienakręconej, abstrakcyjno-narkotycznej ekranizacji Alejandro Jodorowsky'ego nie wspomnę.

Denis Villeneuve z tego kwartetu wychodzi najlepiej, jednak i jemu nie udało się uniknąć pułapki, którą książka Herberta zastawia. To oczywiście dzieło monumentalne, poruszające wiele większych od życia wątków – od ekologii przez ideę korumpującej władzy, a na przeistoczeniu się człowieka w Boga kończąc. Jednak Diuna również jest kameralna. Zawrotnej akcji nie jest dużo, a wiele pojedynków rozgrywa się tutaj w dialogach. Villeneuve stawia na ten epicki aspekt Diuny.

Od samego początku reżyser stara się wciągnąć nas w ten świat za pomocą przepięknych kadrów. Zresztą te urzekające obrazy towarzyszyć nam będą do końca seansu. Czego nie można odmówić nowej, filmowej Diunie, to tego, że jest zjawiskową ilustracją książki. Jeżeli znacie poprzednie dzieła reżysera, to wiecie, że nie lubi się spieszyć, choć absolutnie nie ośmieliłbym się nazwać filmu nudnym. Jest powolny, owszem, tak jak materiał źródłowy. Każda scena, każdy kadr musi odpowiednio wybrzmieć, by widz w pełni mógł nacieszyć nim oko. Odpowiedzialny za zdjęcia Greg Fraser, australijski operator, doskonale tę wizję rozumie. Podobnie jak Hans Zimmer, który jest autorem ścieżki dźwiękowej.

Od razu się do czegoś przyznam: nie jestem fanem Zimmera. Jego powolne, ponure i powtarzalne motywy praktycznie w ogóle do mnie nie przemawiają. Niemniej Zimmer jest naprawdę bardzo dobrym eksperymentatorem, i w Diunie stara się łączyć różne style oraz instrumenty. Usłyszymy więc standardowe, przeciągnięte „zimmeryzmy”, ale i plemienne zakrzyki, dudy, szepty. Ten muzyczny kolaż dobrze do filmu pasuje, choć miejscami może przytłoczyć, a często tam, gdzie przydałby się podkład bardziej subtelny albo nawet brak dźwięku, zostajemy ogłuszeni podniosłym, głośnym motywem.

Nie zrozumcie mnie źle: jestem wielkim przeciwnikiem „niesłyszalnej" muzyki w filmach, tej, która ma być jedynie tłem, a nie integralną częścią doświadczenia (jak to ma miejsce w wielu współczesnych blockbusterach). W przypadku Diuny jednak czasem idzie to w tę drugą skrajność. I przez to właśnie miałem czasem wrażenie, że oglądam najdroższy na świecie teledysk, który Denis Villeneuve nakręcił Hansowi Zimmerowi, i na który można patrzeć z zachwytem. Miejscami wydawało mi się również, że twórcy inspirowali się dziedzictwem poprzednich filmowych Diun – nawet tej, która nigdy nie powstała. Giedi Prime na przykład bardzo przypomina prace Gigera, który miał być odpowiedzialny za zaprojektowanie planety będącej stolicą Harkonnenów w niedoszłej adaptacji Alejandro Jodorowsky'ego. Wizualna strona filmu, od projektów kostiumów i statków po kadrowanie krajobrazów, robi więc wielkie wrażenie.

Szkoda, że z takim pietyzmem oraz kunsztem nie potraktowano relacji między bohaterami, a także wątków, które materiał źródłowy porusza. Wtedy Diuna byłaby filmem znacznie lepszym. Gdyby zrezygnowano z kilku powolnych ujęć, w trakcie których Hans Zimmer dmie w surmy, na rzecz momentów, w których bohaterowie budują między sobą jakieś relacje, byłbym w stanie nawiązać z nimi jakąś emocjonalną więź. Jasne, w pierwowzorze relacje między postaciami też wydają się na początku sztywne, wyniosłe, a oni sami wobec siebie zdystansowani. Jednak im dalej w książkę, im więcej rozmów między nimi, tym bardziej w więź między nimi wierzyłem.

W Diunie Villeneuve'a te relacje są nam „powiedziane”, ale ciężko mi było w nie uwierzyć. Trudno uwierzyć w miłość między księciem Leto Atrydą a Lady Jessicą, jego konkubiną i matką głównego bohatera, jeżeli mają ze sobą raptem kilka krótkich scen. Na podobną bolączkę cierpi relacja Paula z ojcem. A szkoda, bo aktorzy nie dość, że zostali kapitalnie dobrani, to jeszcze spisali się w filmie doskonale. Co prawda Timothee Chalamet, odtwórca głównej roli, przez pierwszą połowę filmu gra raczej oszczędnie, ale jest to „wina” materiału źródłowego. To po prostu taka postać – trochę zagubiona, która początkowo nie potrafi poradzić sobie z sytuacją, w którą zostaje wplątana wbrew własnej woli. Dopiero potem dostaje więcej do zagrania. Natomiast największym zaskoczeniem – takim bardzo pozytywnym zaskoczeniem – jest Jason Momoa w roli Duncana Idaho. Momoa kradnie każdą scenę i jest jednocześnie najbardziej ludzki ze wszystkich postaci, dlatego to właśnie w jego przyjaźń z głównym bohaterem można uwierzyć najmocniej. Aktor kapitalnie spisuje się zarówno w scenach „krzyczanych”, jak i wtedy, kiedy trzeba zagrać subtelniej. Wielka więc szkoda, że podobnego efektu nie udało się uzyskać z innymi bohaterami.

Villeneuve'a bardziej interesują bowiem wizje, mesjanizm oraz polityczne intrygi, które często są nam łopatologicznie wyjaśniane. Wątek ekologiczny natomiast, tak ważny w książce, jest tutaj potraktowany raczej po macoszemu. Smuci również to, że Arrakin, stolica Diuny, miejsce tętniące w książce życiem, w filmie sprowadzone jest praktycznie tylko do makiety. Film wiernie podąża śladem książkowej intrygi, jednak tu i ówdzie pozwala sobie na pewne skróty oraz wolność interpretacji. Zaczyna się nieco wcześniej niż sama książka, głównie po to, by zafundować widzowi ekspozycję. Niektórych postaci obecnych w książce, w filmie nie ma w ogóle (póki co), a inni różnią się nieco od materiału źródłowego, na przykład książę Leto jest władcą nieco cieplejszym, a Baron Harkonnen (swoją drogą autentycznie przerażający) nie jest tak karykaturalny jak w powieści.

Rozbicie filmu na dwie części nie obyło się bez konsekwencji. Mniej więcej w połowie filmu jesteśmy świadkami wielkiej sceny (ci, którzy znają książkowy pierwowzór, pewnie domyślają się, o jaką chodzi), która sprawia wrażenie tej kulminacyjnej. Przepięknie nakręcona, głośna, epicka, po której film trwać będzie jeszcze prawie drugie tyle. I jasne, potem również dostajemy kilka dużych oraz emocjonujących scen, niemniej żadna nie sprawia wrażenia kulminacji. Sam film zaś kończy się wręcz kameralnie. Co oczywiście nie musi być uznawane za wadę. Tak naprawdę, choć seans trwa ponad dwie i pół godziny, to praktycznie tego nie czuć. Mógłbym jeszcze przesiedzieć drugie tyle, byleby obejrzeć Diunę w całości. Na to jednak będę musiał jeszcze poczekać.

I dlatego mam problem z oceną nowej filmowej Diuny. Villeneuve rozpoczął wiele wątków, które swoje zakończenie będą miały dopiero w części drugiej. O ile ta powstanie, bo oficjalnie nie dostała jeszcze zielonego światła. Wiele osób pewnie zobaczy film w domowym zaciszu, bo Diuna miała jednocześnie premierę na platformie HBO Max. Ja jednak jestem zdania, że dla samego spektaklu warto nową Diunę zobaczyć w kinie. Film oferuje kilka naprawdę świetnych scen, z czego jedna była na tyle emocjonująca, że zaszkliła mi oczy oraz wywołała łzy. I wcale się tego nie wstydzę! Czy jednak osoby, które porównują film do wydarzenia na miarę Drużyny Pierścienia z 2001 roku, mają rację? Do kolejnego kamienia milowego w historii kina? Moim zdaniem nie. W dziele Petera Jacksona, które skalą biło wszystko, czego wówczas można było doświadczyć, najlepszymi scenami były te, w których dwie osoby po prostu ze sobą rozmawiały. Nowej Diunie tego właśnie brakuje najbardziej.

Ocena 7/10

Mateusz Araszkiewicz

TWOIM ZDANIEM

SF wolę oglądać...

W wydaniu poważnym
91%
W lekkiej konwencji przygodowej/blockbusterowej
5,9%
W wersji na wesoło.
3%
Zobacz inne ankiety