Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon TvFilmy

Filmy i seriale

Filmy i seriale 16 października 2021, 15:00

autor: Karol Laska

Venom 2 ma jeden zasadniczy problem. Jest po prostu za krótki

Nie oczekiwałem za wiele po Venomie: Let There Be Carnage. Liczyłem na minimalną ilość scenariuszowych głupotek i jak najwięcej przyjemnej dla zmysłów marvelowskiej akcji. To właśnie dostałem, ale w wydaniu tak leniwym i nietrafionym, że głowa mała.

Jakiś czas temu oburzyłem część z Was felietonem o braku „erki” w drugim Venomie i zostałem nawet nazwany adwokatem diabła – człowiekiem, który chce przykryć nieudolność całej tej serii. Tymczasem nie taki był mój zamiar, ba, pierwszej części już niemal nie pamiętam – tak bardzo okazała się wyblakła i nijaka. Po seansie tamtego filmu zanotowałem sobie jednak, że chciałbym trochę bliżej przyjrzeć się relacji Venoma i Eddiego Brocka, gdyż ta wydawała się naprawdę intrygująca i elektryzująca. Chemia Hardy’ego z tym monstrualnym wytworem efektów specjalnych była niepodważalna.

Dlatego też czekałem cierpliwie na sequel. Co prawda nie obiecywałem sobie po nim zbyt wiele, ale uznałem, że jeśli twórcy pociągną choć trochę motyw wyżej wspomnianego bromance’u, może to mniej lub bardziej wypalić. Szczególnie że doszło do zmiany na stołku reżyserskim – nudnego Fleischera zastąpił Serkis, który po zrzuceniu z siebie skóry Golluma i Caesara próbuje swoich sił za kamerą. Poza tym za spore fragmenty scenariusza odpowiadał sam Hardy – Venom to w zasadzie jeden z najważniejszych projektów w jego życiu, taki, przy którym naprawdę ma wiele do powiedzenia na planie.

Jak jednak głosi stare przysłowie, nadzieja matką głupich. Trudno mi nie nazwać Venoma: Let There Be Carnage inaczej niż artystyczną porażką (gdyż jako blockbuster może znów wyjść obronną ręką, bo na sali kinowej widziałem naprawdę sporo ludzi). To film na tyle słaby, że ciężko mi nawet przymknąć oczy na jego mankamenty, by nachapać się marvelowską paszą. Odnoszę bowiem wrażenie, iż twórcy Venoma 2 poszli na łatwiznę i celowo stworzyli film do szybkiego zapomnienia. A dlaczego tak uważam? Już spieszę z argumentami.

Zacznijmy od metrażu, gdyż w tym przypadku mamy do czynienia z małym precedensem. Już dawno nie oglądałem po wyjściu z kina takiego zawodu i konsternacji widowni związanych z tym, że seans trwał w jej odczuciu za krótko. Całość zamyka się bowiem w 90 minutach (nie licząc napisów końcowych oraz sceny po napisach) i pozostawia widza ze sporym niedosytem.

Nie miałbym jednak problemu z długością drugiego Venoma, gdybym otrzymał skondensowaną, przemyślaną historię. Taki Pies andaluzyjski Bunuela trwa przecież kilkanaście minut, a dziś co drugi filmoznawca nazywa go arcydziełem. Sęk w tym, że Let There Be Carnage wydaje się pędzić na złamanie karku zupełnie niepotrzebnie, a co gorsza – usilnie.

Venom to kawalarz jakich mało. Chaplin, Monty Python i Karolak mogą mu buty czyścić. - Venom 2 ma jeden zasadniczy problem. Jest po prostu za krótki - dokument - 2021-10-16
Venom to kawalarz jakich mało. Chaplin, Monty Python i Karolak mogą mu buty czyścić.

Dawno nie widziałem tak fatalnego zawiązania i spuentowania akcji w trakcie jednej historii. Te wypadają tu pospiesznie, zostają przedstawione bardzo pobieżne, niemal od niechcenia. Motywacje bohaterów poznajemy za sprawą paru przebitek i nudnych ekspozycyjnych zdań, a potem – bum! – i od razu lecimy z tematem w postaci śpiewającego i wiecznie marudzącego Venoma. Coś tu nie zagrało. Może to być wina wszystkiego – od scenariusza, poprzez nieudolność reżyserską aż po dziwne wymagania producentów bądź studia. Tego raczej nigdy się nie dowiemy.

Powiecie zapewne, że metraż to metraż – nie powinien przesadnie wpływać na odbiór samego filmu. To jednak błędne rozumowanie. Tak gwałtowne i niezrozumiałe pędzenie fabuły sprawia, że Let There Be Carnage kuleje od strony technicznej. Całość musiała zostać zmontowana tak, by zmieścić się w tych 90 minutach, a więc niektóre cięcia sprawiają, iż sceny nie kleją się ze sobą i mamy wrażenie ominięcia jakiejś znaczącej partii fabuły. Szkoda, bo operatorzy i scenografowie odwalili kawał dobrej roboty. Znajdziecie tu parę drobnych masterszotów i miękką pracę kamery – dawno nie podziwiałem ładniejszej sceny akcji w filmie Marvela (mowa o rzeźni w pewnej katedrze). Łatwo jednak to wszystko przeoczyć i dać się przytłoczyć tempu dzieła.

Carnage zawsze przeraża i ekscytuje, gdy jest na ekranie. To najjaśniejszy punkt filmu, choć trochę go mało. - Venom 2 ma jeden zasadniczy problem. Jest po prostu za krótki - dokument - 2021-10-16
Carnage zawsze przeraża i ekscytuje, gdy jest na ekranie. To najjaśniejszy punkt filmu, choć trochę go mało.

To nie koniec. Długość filmu, a co za tym idzie plan twórców na swoją produkcję, pogrążyły także jakikolwiek potencjał tkwiący w wątkach poszczególnych postaci. Wspomniana wcześniej relacja Venoma z Eddiem co prawda gra tu pierwsze skrzypce, ale za dużo miejsca przeznaczono na głupie żarciki (miejscami nawet całkiem trafione, innym razem zupełnie wybijające z rytmu) i przekomarzania. Co prawda zachodzi tu jakiś proces, a i w pewnym sensie dochodzi do iście bromance’owego wyznania miłości, ale nie smakuje to dobrze, bo też zostało zrobione po łebkach, bez serca, byle tylko było.

Ubolewam także nad tym, co stało się, a raczej – co się nie stało z Carnage’em. Z Cletusa Kassady’ego na siłę chciano zrobić gościa o jakimkolwiek kręgosłupie moralnym, do tego wplątano go w romans, który wydaje się nieudolną kalką Urodzonych morderców (grał tam nawet ten sam aktor, Woody Harrelson) oraz Bonnie i Clyde’a. Sam symbiont, który pochłonął wspomnianego psychopatę, wypadł jednak naprawdę soczyście, uosabiając reprezentowaną przez siebie „rzeź”. Szkoda tylko, że jest go tak mało na ekranie, a i one-liner o treści „let there be carnage” można było sobie darować, bo bardziej nadaje się do memów niż traktującego się w miarę poważnie blockbustera.

Obydwa filmy z serii Venom mają jednak to do siebie, że fakt, iż wyszły przeciętnie, nie jest w ich przypadku aż tak istotny – występujące w nich postacie w dużej mierze dają się zapamiętać i w jakimś stopniu chce się poznać ich dalsze losy. Paradoksalnie jestem więc ciekaw, jaka przyszłość czeka Eddiego i Venoma – dwójkę najdziwniejszych przyjaciół pod słońcem. Zwłaszcza że scena po napisach końcowych dość wyraźnie sugeruje, że Sony i Marvel mają wielkie plany. I to takie, które mogą w końcu sprawić, iż Venom będzie nie tylko ciekawym bohaterem kiepskawych filmideł, ale i postacią z krwi i kości w stawce o coś więcej niż paczka frytek oraz święty spokój.

Ocena: 4/10

O AUTORZE

Choć naprawdę lubię Marvela i z ciekawością śledzę jego poczynania na poletku kinowym oraz telewizyjnym, obydwie części Venoma uważam za brzydkie kaczątka, które nigdy nie rozwiną skrzydeł, by stać się przepięknymi łabędziami. Doceniam jednak szaleństwo aktorskie Hardy’ego oraz pomysł twórców na jego pokręconą relację z symbiontem, więc zostanę przy tej postaci do jej ekranowego kresu. Być może kiedyś w końcu ktoś godnie ją wykorzysta. I uważam, że następnym razem nadarzy się znakomita okazja...

Karol Laska

TWOIM ZDANIEM

Wolisz filmy Marvela czy DC?

77,9%
Marvela
22,1%
DC
Zobacz inne ankiety