Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon TvFilmy

Filmy i seriale

Filmy i seriale 6 września 2021, 14:01

autor: Marek Jura

Niedawno wieczny student, teraz jeszcze wieczniejszy fan RPG. Próbuje być Kingiem, ale nie potrafi.

Shang-Chi udowadnia jak urokliwy może być brak logiki

Wielu nie wierzyło w sukces Shang-Chi. Być może nawet sam Feige, który skupił się na promocji innych projektów. Historia chińskiego wojownika okazała się wizualnie lepsza niż jakikolwiek inny film MCU. To kawał przedniej rozrywki. Z jednym ale..

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni wchodzi do kin w momencie, w którym połowa fandomu MCU próbuje wyszukiwać kolejne easter eggi w zwiastunie Spider-Mana: Bez drogi do domu, a druga skupia się na wieszczeniu klęski Eternals. Wejścia Shang-Chi do superbohaterskiej paczki nie poprzedził czas tak napiętego oczekiwania jak w przypadku innych filmów franczyzy. Być może jednak ostatecznie wyszło mu to na dobre. Idąc do kina, nie spodziewałem się po nowej produkcji Marvela niczego specjalnego. Dzięki temu przeżyłem całkiem przyjemne zaskoczenie – baśń o nieśmiertelnym wojowniku i jego potomkach trzymała mnie w napięciu od początku do końca, sprawiając, że świetnie się bawiłem. Chwilę tylko zajęło mi, by kompletnie przestać zwracać uwagę na fabularne dziury. Tych zaś jest sporo, ale to część uroku tej produkcji.

Po co komu pistolet, kiedy można kopnąć z półobrotu

Występuje ich bowiem w Shang-Chi co niemiara. I nie chodzi o naginanie praw fizyki, aby ubarwić pojedynki – pod tym względem jest tu nawet ciut lepiej niż w przypadku Czarnej Wdowy (w końcu świat magii rządzi się swoimi prawami), tylko o permanentne odejmowanie bohaterom dobrych kilkudziesięciu punktów IQ. Najbezwzględniejsi złoczyńcy, niewahający się wyrzynać dziesiątek przeciwników, kompletnie zapominają o takim wynalazku jak broń palna. W Shan-Chi każdy jest bezpieczny, dopóki ktoś nie spróbuje powalić go w walce wręcz. Dzięki temu oczywiście oglądamy więcej efektownych pojedynków i cóż... chyba to musi nam wystarczyć.

W zasadzie wszystkich niefortunnych wydarzeń z filmu dałoby się uniknąć, gdyby bohaterowie używali częściej mózgu niż pięści. Niestety, brak logiki odciska się piętnem na całym MCU, czyniąc jeszcze bardziej niewiarygodnym i tak balansujące na granicy wewnętrznej spójności uniwersum. Choć chciałbym, żeby Kevinowi Feige’owi udało się w którymś z kolejnych filmów przekonać widzów, że jest inaczej, wątpię, by zdołał naprostować wątek człowieka z boską mocą, który pokonywał w pojedynkę całe armie, rządził, czym chciał, żył dobre milenium i... pozostał niezauważony nawet przez Starka czy S.H.I.E.L.D. Sorry, I don’t buy it.

MCU wciąż nie zrobiło dobrego dramatu psychologicznego...

Lepiej nie traktować również Shang-Chi jak filmu zawierającego choćby element dramatu psychologicznego. Pod tym względem Czarna Wdowa spisywała się znacznie lepiej. Jasne, obraz Cate Shortland to również nie kino z ambicjami na Złotego Lwa, ale jest tu miejsce na zniuansowanie bohaterów i bohaterek, uczynienie z nich zmagających się z traumami i wyrzutami sumieniami prawdziwych ludzi. W Shang-Chi, choć to produkcja o podobnym metrażu (konkretnie o jedną minutę krótsza), po prostu nie ma to czasu. Akcja pędzi niczym bolid Formuły 1, nie wracając do raz porzuconych wątków.

Na pierwszy rzut oka historia rodzinnego konfliktu może się wydać niesztampowa, ale szybko okazuje się, że to jedynie pretekst, by zaprezentować kolejne efektowne pojedynki. Tyle że niekoniecznie musi być to poczytywane za wadę filmu. To po prostu kino rozrywkowe bez ambicji, by stać się czymś więcej. Przynajmniej w warstwie narracyjnej. Bo wizualnie Shang-Chi po prostu zwala z nóg.

...ale diabelnie efektowną baśń już tak

Ożenienie science fiction z klasycznym fantasy okazało się iście wybuchowym mezaliansem. Z jednej strony mamy tu smoki (a przynajmniej jednego), z drugiej ultranowoczesne zbroje. Co najdziwniejsze, wszystko wydaje się do siebie pasować, niczym elementy ogromnej wielobarwnej układanki 3D. Twórcy puszczają też oko do fanów Dragon Balla, klasycznych NES-owych kopanin, Domu latających sztyletów i... Jackie Chana. A przy okazji śmieją się z patostreamów, rzeczywistości rodem z FAME MMA i żądnych wyświetleń youtuberów, nie zakłócając przy tym rytmiki filmu.

Ta zresztą jest jednym z najlepiej funkcjonujących elementów tej marvelowskiej baśni. Suspens jest tu przeplatany niesamowicie efektownymi walkami – w na tyle dobrze wyważonych proporcjach, by nie przyzwyczaić widza do ciągłej akcji i jednocześnie nie pozwolić mu się znudzić. Smaczku tej mieszaninie dodaje wyjątkowo umiejętnie dawkowany humor. Może nie najwyższych lotów, ale wystarczająco niewymuszony, by dało się śmiać bez poczucia zażenowania.