Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Filmy i seriale

Filmy i seriale 9 stycznia 2020, 15:05

autor: Hubert Sosnowski

Szop w przebraniu. Łowca ciastek. Pisuje o grach, filmach i serialach, a zdarza się, że i prozę.

Syndrom Wiedźmina, czyli dlaczego Dracula z Netflixa sobie poradzi

Drakulę twórców Sherlocka, czyli stacji BBC, sporo łączy z netflixowym Wiedźminem czy Mandalorianinem. To serial niedoskonały, ale pewnie i tak odniesie sukces. Ma tę specyficzną charyzmę, która przesłania liczne niedoskonałości.

Ostatnie miesiące zdominowały nierówne, za to mające coś w sobie seriale z maskotką. Imperatorem internetu został pierwszy słodziak odległej galaktyki – Baby Yoda z Mandalorianina, który to film wyglądał jak szkieletowe demo bardzo dobrego space westernu (mimo obiecującego pierwszego odcinka). Uroczemu stworkowi jako hymn przygrywało jednak Toss a Coin to Your Witcher. Piosenka Jaskra zagłuszyła słuszne lamenty wytykające liczne wady netflixowemu Wiedźminowi. Nowy Drakula wpisuje się w ten krajobraz. Wiele aspektów położono tu koncertowo, ale wampir to idealna maskotka o dużej mocy przyciągania. Widocznie widzom łatwiej polubić wyraziste seriale z problemami.

  1. Co to: próba opowiedzenia klasycznej historii grozy na nowo
  2. Gdzie obejrzeć? Netflix
  3. Ile odcinków? 3, a każdy trwa po 1,5 godziny
  4. Czy to zamknięta historia? Tak
  5. Premiera: 4 stycznia 2020 roku
Czy te oczy mogą kłamać...? - Syndrom Wiedźmina, czyli dlaczego Dracula Netflixa sobie poradzi - dokument - 2020-01-09
Czy te oczy mogą kłamać...?

Urok Baby Yo... wampira

PLUSY:
  1. inteligentne, wisielcze dialogi;
  2. znakomicie grany przez Claesa Banga Drakula: błyskotliwy, zabawny i okrutny;
  3. przeciwstawiona hrabiemu siostra Van Helsing (Dolly Wells) – prawdziwa perełka;
  4. ...ich pojedynek to najlepsze, co przytrafiło się temu serialowi;
  5. piękne dekoracje, kostiumy i generalnie gęsty klimat w dwóch pierwszych odcinkach;
  6. kilka ciekawych przemyśleń i pomysłów...
MINUSY:
  1. ...które nie do końca zostały wykorzystane;
  2. ci, którzy chcą się bać – nie znajdą tu niczego dla siebie;
  3. trzeci odcinek zdecydowanie odstaje jakością od pozostałych.

Drakula buduje klimat wiktoriańskiej grozy, ale nie straszy. Nawet nie próbuje, bo ciężko tu powiedzieć coś nowego. Miłośnicy przejmującej trwogi i niepokoju będą zawiedzeni. Cała reszta, jeśli przymknie oko na wady, może się nieźle bawić. Produkcja BBC to bardziej gotyckie fantasy przemieszane z błyskotliwą, momentami czarną, komedią. Takie przedłużenie Drakuli Francisa Forda Coppoli z postmodernistycznym zacięciem, które raz się udaje, a raz wykłada z hukiem. Znajdujemy tu więc mrok, romantyzm, erotykę, ale i dużo inteligentnych dialogów.

Dwa z trzech odcinków wypadają bardzo przyzwoicie. Mają kilka dziur logicznych, zostawiają parę pytań bez odpowiedzi i składają obietnice bez pokrycia, ale się sprawdzają. Mark Gatiss i Steven Moffat, odpowiedzialni za rewitalizację Sherlocka, używają tu tych samych narzędzi i z podobnym skutkiem. Dostajemy angażujące dialogi, piękne, nastrojowe kadry i charyzmatycznych bohaterów, panowie jednak plączą się momentami w fabule.

Ta zaczyna się klasycznie. Brytyjski prawnik Jonathan Harker przyjeżdża z urzędniczą sprawą do zamczyska hrabiego Drakuli. Biedak nic nie wie o wampirach, przybywa jako dziewicza i naiwna ofiara rodem z powieści groszowych. I taką ofiarą zostaje, na scenę bowiem wkracza główna atrakcja, Baby Yoda tego spektaklu, piosenka Jaskra, która sprawi, że wybaczycie serialowi większość jego wad. Wkracza cały na krwawo. Hrabia Drakula we własnej upiornej osobie.

Już od pierwszych kadrów Vlad, jako zasuszony starzec, promieniuje charyzmą i chropowatym urokiem. A kiedy odzyskuje wigor, rozpoczyna swoje tour de force. Wcielający się w niego Claes Bang we współpracy ze scenarzystami wykreował cudowną interpretację wampira. To mieszanka przebojowego, dowcipnego i błyskotliwego złoczyńcy z kina sensacyjnego z prawdziwym potworem. Pomiata ludźmi i sypie wisielczymi żartami. Dezynwolturą i lekkością mógłby budzić sympatię, gdyby nie to, że okazuje się sadystą, rozmiłowanym w umysłowych gierkach manipulatorem. Stalkerem. Jednocześnie ulega słabościom, momentami zachowując się jak popędliwy, pozbawiony kontroli ćpun, który z picia krwi czerpie seksualną satysfakcję.

Jesteście najlepszą publicznością! - Syndrom Wiedźmina, czyli dlaczego Dracula Netflixa sobie poradzi - dokument - 2020-01-09
Jesteście najlepszą publicznością!

Działa jak mocny narkotyk, pokochamy go nienawidzić, a jednocześnie będziemy prosić o kolejne sceny z jego udziałem, choć wiemy, że to nie skończy się dobrze dla bohaterów. Bang doskonale bawi się każdą sekwencją. Popis aktora nie wywoływałby takiego efektu, gdyby Drakuli nie stanął na drodze godny przeciwnik. Dolly Wells jako nowe wcielenie pogromcy potworów, czyli siostra Agatha Van Helsing, rusza do boju na chłodno i podchodzi do krwiopijcy jak treser do bestii wymagającej okiełznania. Wells pięknie oddała determinację, chłód i inteligencję, które trzeba przeciwstawić popisom hrabiego.

Ich pojedynek to creme de la creme serialu. Bardziej niż typowe łowy na dzikiego zwierza przypomina starcie skrajnych, błyskotliwych umysłów. Żywiołowego sadysty i treserki-dominy. To gra w poszukiwanie słabości, dynamiczna, pełna gambitów, w której góruje raz jedna, raz druga strona. Każdy moment tryumfu podkreśla piękne zagranie aktorów. Jednocześnie zaś kolejne ruchy w tej rozgrywce pozwalają na nie do końca potrzebną i spójną, ale w gruncie rzeczy uroczą polemikę z mitami o wampirach.

Bo do tanga trzeba dwojga

Działa to przez pierwsze dwa odcinki, niestety w trzecim następuje skok o ponad sto lat naprzód. Tu ani Drakula, ani twórcy tak do końca się nie odnajdują. Hrabiemu zwyczajnie brakuje partnera do tańca. Plącze się po Anglii, odkrywając prawidła współczesności. Momentami jest to zabawne, ale bardziej jak Goście, Goście z Jeanem Reno niż jak ciąg dalszy dwóch pierwszych odcinków. Postacie poboczne, choć oparte na literackim pierwowzorze, też tracą część swojej złożoności. Pojawia się tu kilka ciekawych egzystencjalnych przemyśleń i tropów (ładnie zasygnalizowany konflikt wiary, nihilizmu i hedonizmu), ale tylko jeden czy dwa mają okazję wybrzmieć w ostatnim akcie, gdy na scenę wkracza godny przeciwnik Drakuli.

I tak to leci, serial w dwóch trzecich wydaje się być bez zarzutu, a ostatni odcinek oglądamy siłą rozpędu oraz dzięki echu błyskotliwości poprzednich epizodów. Na ich korzyść przemawia również znakomicie budowany kostiumami, charakteryzacją i scenografią klimat. Tego też później zabrakło. Żeby nie było, trzeci odcinek także ma swoje lepsze momenty, aktorsko nie zawodzi zwłaszcza Bang, ale po prostu ulotniła się para. Możliwe, że zwrot z przeniesieniem akcji do współczesności nie był aż tak potrzebny i finał wyglądałby lepiej, pozostawiony w pierwotnych realiach (nic nie stałoby na przeszkodzie, by stworzyć drugi sezon, w którym Drakula adaptuje się do świata A.D. 2020).

Uzasadniona reakcja na trzeci odcinek. - Syndrom Wiedźmina, czyli dlaczego Dracula Netflixa sobie poradzi - dokument - 2020-01-09
Uzasadniona reakcja na trzeci odcinek.

Skazany na sukces

Przy tym wszystkim jestem pewny, że Drakula zyska sympatię widzów i odniesie przynajmniej umiarkowany sukces. Ostatni kwartał 2019 roku należał do Baby Yo... znaczy, do Mandalorianina, który ku mojemu zaskoczeniu zebrał peany nie tylko za pierwszy odcinek czy okazjonalne skoki jakościowe później. Wiadomo, pomógł uroczy stworek. Ale potem grudzień przejął równie niedoskonały, momentami budżetowy Wiedźmin i historia się powtórzyła, tylko z jeszcze większym rozpędem.

Widzowie potrafią sporo wybaczyć, jeśli pojawia się kilka czynników budzących niezachwianą sympatię. Postawa Cavilla podczas wywiadów. Piosenka Jaskra. Dzieciak z rasy Yody i facet w charakterystycznej zbroi. Wampir, który z taką charyzmą odnalazłby się na pokładzie Con Air u boku Malkovicha. To promieniuje, wzbudza w nas tę dziecięcą radość rodem z seriali w stylu Xeny czy Herculesa. Trochę wstydliwą radość. Przemożną radość płynącą z poszczególnych błyskotliwych momentów, a nie idealnej całości.

O ideałach zresztą trudniej się rozmawia. Wrócimy do takiego The Wire czy pierwszego sezonu Detektywa, przytoczymy kilka cytatów, pokiwamy w zadumie głową nad tą doskonałością i przejdziemy dalej do wspominania krzywej akcji z piątkowej imprezy. A o takim Wiedźminie będzie jeszcze przez chwilę głośno. Dość głośno, by Netflix zamówił już trzeci sezon. Media społecznościowe pękają od sporów o aktorów, poszczególne sceny, zgodność z książkami. Coś takiego, choć pewnie na mniejszą skalę, czeka też Drakulę. Jest za co ten serial gromić. I za co go lubić.

Drakula okazuje się jakiś, zaskakuje charakterem, więc wiele mu wybaczymy. Niedoskonałych ekranowych łobuzów kochamy najmocniej.

O AUTORZE

Jestem idealnym papierkiem lakmusowym sprawdzającym przydatność horroru do straszenia. Po japońskiej Klątwie spałem przy zapalonym świetle przez dwa tygodnie (na swoje usprawiedliwienie – miałem wtedy trzynaście lat). Jeśli ja się na horrorze nie boję – to obraz przestraszy tylko skrajnie wrażliwych, podatnych na krew i przemoc (to mnie akurat nie bierze). Drakula BBC przy wszystkich swoich wadach jest idealnym niehorrorem dla mnie. Bawiłem się naprawdę nieźle przy tej dziwacznej, tracącej chwilami rozpęd interpretacji, a Bang powinien częściej próbować swoich sił jako złoczyńca z kina akcji. Może nawet Marvel mógłby go do jakiejś roli zwerbować, by zapewnić wrogowi herosów osobowość?

Jeśli chcesz ze mną pogadać, zobaczyć starsze teksty (głównie te z GOL-a) oraz poczytać luźne przemyślenia, zapraszam na fanpage „Hubert pisuje”.

Hubert Sosnowski

TWOIM ZDANIEM

Jak korzystasz z Netflixa?

Mam stale opłacony abonament
47,8%
Dzielę konto ze znajomymi
26,5%
W ogóle nie korzystam
18,6%
Od czasu do czasu opłacam abonament
7,1%
Zobacz inne ankiety
10 rzeczy, które Netflix musi poprawić w 2. sezonie Wiedźmina
10 rzeczy, które Netflix musi poprawić w 2. sezonie Wiedźmina

Wiedźmin robi furorę na platformie Netflix, a my szukamy dziury w całym, rozbieramy amerykańską produkcję na czynniki pierwsze i zastanawiamy się, co można by zrobić lepiej.

The Mandalorian to najlepsze co przydarzyło się Star Wars od Powrotu Jedi
The Mandalorian to najlepsze co przydarzyło się Star Wars od Powrotu Jedi

To nie było oczywiste, ale Mandalorian, flagowy serial platformy Disney+, to nowe otwarcie Gwiezdnych Wojen. Westernowy powiew świeżości, którego galaktyka potrzebowała. Pierwszy epizod pokazuje, że moc jest tu silna!