Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Filmy i seriale

Filmy i seriale 16 sierpnia 2019, 14:53

autor: Hubert Sosnowski

Opublikował kilka opowiadań w prasie. Miłośnik gier, książek i sportów walki.

Recenzja filmu Pewnego razu w Hollywood – piękny, gorzki sen o Kalifornii

Każdy czasem potrzebuje baśni. Nawet Quentin Tarantino. Dlatego taką nakręcił – dla widzów i dla siebie. Once upon a time... in Hollywood to słodko-gorzka, nostalgiczna, osobista opowieść. Jedna z ciekawszych w dorobku reżysera.

W 1969 roku morderstwo Sharon Tate, żony Romana Polańskiego, wstrząsnęło Hollywood – i właściwie całym artystycznym światem Zachodu. Zbrodnia dokonana przez apostołów „piątego beatlesa”, Charlesa Mansona, pozbawiła fabrykę snów resztek niewinności. Kiedy ogłoszono, że Quentin Tarantino kręci film o tych wydarzeniach, wszystkich zatkało. Przecież to jak wpuszczenie pijanego wandala do sklepu z porcelaną. Reżyser znany z dzikich eksplozji brutalności, dokręconych aktorskich szarż i przegiętej do granic przemocy ma rozdrapywać takie rany? Tymczasem twórca Pulp Fiction wykazał się subtelnością, jakiej spodziewali się po nim tylko ci, którzy pamiętają jego Jackie Brown.

PLUSY:
  1. popisy aktorskie DiCaprio, Pitta, Robbie i całej reszty;
  2. mnóstwo celnych cytatów z poprzednich filmów Tarantino i nie tylko;
  3. świetne, cięte jak żyletka, ale wciąż subtelne dialogi;
  4. dbałość o detale tła, które przenosi nas w tamte czasy;
  5. znakomicie dobrana muzyka;
  6. perfekcyjne zdjęcia z charakterystyczną dla Tarantino manierą;
  7. nawet w łagodnym sztafażu – ta historia trochę straszy;
  8. to ciekawe doświadczenie obcować z filmem Tarantino, w którym jest tak mało przemocy.
MINUSY:
  1. drobne rysy i okazjonalne przeładowanie, co jednak nie psuje obrazu całości.

Każdemu wolno czasem pomarzyć o lepszym świecie, gdzie – owszem – spotykamy zło, brud, przemoc i nieszczęście, ale ostatecznie wszystko dobrze się kończy. Once upon a time... in Hollywood to właśnie takie urokliwe marzenie. Na jego obrzeżach krąży wprawdzie demon brutalnych faktów, ale tyko chwilami przewija się przez ekran. Jednocześnie jest to historia stawiająca pytanie, co Tarantino jeszcze ma do powiedzenia. Jak się okazuje – całkiem sporo.

Do zaprezentowania swego marzenia reżyser zaprzągł dwóch nieudaczników o twarzach Leonardo DiCaprio i Brada Pitta. Ten pierwszy serwuje neurotyczne popisówki z energią, jakiej nie widzieliśmy u niego od czasu Wilka z Wall Street, a drugi snuje się po planie niczym zmęczony życiem kowboj, wciąż jednak gotów z nonszalanckim uśmiechem dobyć rewolweru. Panowie wcielają się w gwiazdora westernów, którego zepchnięto na margines, do ról epizodycznych złoczyńców (DiCaprio), i jego kaskadera z mroczną przeszłością (Pitt). Brad do maniery twardziela a la Eastwood dorzuca swój charakterystyczny luz.

Choć obaj są od siebie zależni, to jednak łączy ich przede wszystkim przyjaźń – szczera, prosta, oparta na zaufaniu. Aktorzy zaś odtwarzają swe role z kumpelską chemią, którą nader przyjemnie się ogląda – zwłaszcza że to ich pierwsze spotkanie w jednej historii. Zamiast starcia jest granie w jednej drużynie, a temperamenty obu panów świetnie się uzupełniają.

Na drugim biegunie mamy szczebioczącą, wschodzącą gwiazdę Sharon Tate (zjawiskowa Margot Robbie), którą obserwujemy podczas prowadzonego swobodnym krokiem spaceru przez codzienność. Sceny z nią są lekkie, radosne i przyjemnie zwyczajne. A jednak zdejmuje nas groza. Zdaje nam się, że wiemy, do czego prowadzą, po drugie kamera podąża za Robbie jak stalker czy nawet seryjny morderca obserwujący ofiarę. W muzykę towarzyszącą tym sekwencjom też wkrada się niekiedy precyzyjnie dobrany, niepokojący ton. To nieśpieszne, ale perfekcyjnie budowane napięcie, które procentuje w finale.

Pewnego razu... w Hollywood to – żadne zaskoczenie – film dla widza świadomego. Ale bardziej niż przerzucanie się całą filmową wiedzą potrzebna jest tu odrobina empatii, znajomości wydarzeń z 1969 roku i tego, co morderstwo dokonane przez rodzinę Mansona uczyniło otoczeniu. Bo choć przygotowanie studenta filmówki może pomóc, to jednak przede wszystkim liczą się emocje i podstawowe skojarzenia.

Obecność Mansona jest tu ledwie zaznaczona, Tarantino nie chce uwieczniać zbrodniarza jako kolejnego ikonicznego złoczyńcy. Nawet w tej jednej scenie, w której go poznajemy, zostaje on odarty ze wszelkich znamion przebojowości. To nie złoczyńca, to ledwie zły duch. Z drugiej strony wizyta na ranczu w Dolinie Śmierci, gdzie pasożytowała sekta Mansona, przywodzi na myśl sekwencje z horroru.

Wielu polskich widzów zastanawiało się pewnie, jak wypadł nasz rodzimy aktor, Rafał Zawierucha, w roli Polańskiego. Odpowiadam – udźwignął ją, naprawdę udźwignął. Wierzymy temu niewysokiemu neurotykowi z artystowskim zacięciem, że nakręcił Dziecko Rosemary i całą resztę. Nie pojawia się na ekranie zbyt często, ale to, co robi – wystarczy.

Chwilami ma się wrażenie, że w opowieści o Hollywood reżyser dostrzegł możliwości zawarcia wszystkich klasycznych gatunków filmowych – i nie mógł się zdecydować, któremu poświęcić najwięcej czasu, dlatego postanowił nakręcić je wszystkie. W końcu – kim byłby bez erudycyjnych pokazówek? Z tego powodu parę razy narracja się rozłazi, ale są to drobne potknięcia, po których wszystko wraca na właściwe tory. I udowadnia, jak sprawnym reżyserem Tarantino wciąż jest. Co chyba warto powtarzać, bo ustami DiCaprio wyraża wątpliwość na temat swojego miejsca w Hollywood i świecie filmu jako takim. Czy ma jeszcze coś do powiedzenia?

Można go uspokoić i zapewnić, że – owszem – ma. Że to, co robi, nawet niezachlapane od stóp do głów krwią, wciąż ma moc oddziaływania. Bo to najspokojniejszy, najładniejszy – a jednocześnie najstraszniejszy film Quentina Tarantino. Wiemy, dokąd i jaką drogą zmierza.

Kadry to czysta poezja – nawet pomimo Tarantino, który nakręca operatora, by fetyszyzował stopy. Do takiego słonecznego Los Angeles chcieliście się wybrać. Muzyka buduje klimat i poczucie tęsknoty za tamtymi czasami, a jednocześnie realizatorzy nie poszli na łatwiznę, wybierając ją. Aktorsko to ekstraklasa w popisowym meczu – nawet w epizodach wykonawcy dają z siebie wszystko. Pomijając tych kilka popisówek – w scenariuszu wszystko dopięto na ostatni guzik, a potem przełożono na perfekcyjny obraz z mnóstwem smaczków.

Dzięki dbałości o detale autentycznie zahipnotyzowani przenosimy się w tamto miejsce i czas. Naturalnie, obecne jest tu również eksplozywne, wisielcze poczucie humoru Tarantino, tyle że podane w subtelniejszej formie. Zresztą, kiedy już przychodzi do scen przemocy, możemy być pewni rodowodu filmu – to Tarantino w czystej, choć po aptekarsku wydzielonej postaci.

Jest wreszcie kontrowersyjne zakończenie, które po mistrzowsku gra z naszymi oczekiwaniami – z tym, do czego przyzwyczaiły nas podobne obrazy oparte na faktach. Zakończenie baśniowe, a jednocześnie straszne. Tak jak cały film. Bo choć obserwujemy sielskie i zabawne scenki rodzajowe z pięknego, dzikiego Hollywood, i tak wiemy, że tam na obrzeżach postrzegania naszego i bohaterów – kolorowych i w gruncie rzeczy beztroskich – czai się ten zły duch, który sprowadzi na fabrykę snów krew, przemoc i posłanie od diabła. Kiedy zabójcy idą alejką na miejsce zbrodni – śmiechy cichną, a widownia wstrzymuje oddech. Taką siłę rażenia ma ten film.

Gdy pisałem ten tekst, w tle przygrywało mi California Dreamin’ The Mamas and The Papas. Zbyt ostentacyjne, by pojawiło się w filmie, ale idealnie pasujące do myślenia o nim. Bo Once upon a time... in Hollywood to sen o Kalifornii, której już nie ma. Sen o niewinności, którą utracono, ale dalej można o niej kręcić filmy. Najlepiej takie jak ten.

Ocena: 9,5/10

O AUTORZE

Twórczość Tarantino znać po prostu warto, to podstawa naszej popkultury, dlatego oczywiście obejrzałem wszystkie jego filmy. Doceniam jego wkład w kinematografię i przy części jego dzieł doskonale się bawiłem. Ale dopiero Once upon a time... in Hollywood trafiło do mnie w pełni. Widocznie Quentin prędzej czy później dopadnie każdego. Trzeba tylko poczekać, aż nakręci odpowiedni film.

Hubert Sosnowski

TWOIM ZDANIEM

Lubisz filmy Quentina Tarantino?

Tak
79,6%
Tak, ale nie wszystkie
15,2%
Nie
5,3%
Zobacz inne ankiety
Recenzja filmu To: Rozdział 2 – czy to horror? Nie, to mroczna baśń
Recenzja filmu To: Rozdział 2 – czy to horror? Nie, to mroczna baśń

To. Rozdział 1 odczarowało ekranizacje prozy Stephena Kinga, z którymi bywało różnie. Rozdział 2, choć odrobinę słabszy, utrzymuję dobrą passę. Straszy mniej, ale wierzcie mi, nie taka jest jego rola.

Recenzja filmu Król Lew – dlaczego powrót Simby nie mógł się udać?
Recenzja filmu Król Lew – dlaczego powrót Simby nie mógł się udać?

Kiedy ktoś porywa się na świętość pokroju Króla Lwa i przerabia ją na typowy Disneyowski remake – można spodziewać się sztormu w sieci. Tymczasem stało się coś gorszego. Świat przeszedł koło powrotu Simby obojętnie.

Recenzja filmu Anihilacja – świetne science fiction od Netflixa
Recenzja filmu Anihilacja – świetne science fiction od Netflixa

Po kilku głośnych wtopach filmowych, Netflix w końcu dostarcza widowisko warte czasu poświęconego na jego obejrzenie. Anihilacja to nietypowa produkcja science fiction, która wywołuje autentyczny niepokój.

Komentarze Czytelników (49)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
16.08.2019 16:49
5
odpowiedz
grabeck666
26
Centurion

Nydny dla kogoś kto się wybiera na Tarantino i spodziewa się Kill Billa czy Django. A to po prostu dobry film gdzie się docenia tekst i grę aktorską. Pewnie większość fanów nie spodziewała się po nim takiego filmu.

16.08.2019 16:33
AntyGimb
46
Generał

Część osób pisze, że to najnudniejszy film Quentina :(. Oby nie, bo obsada genialna.

16.08.2019 16:36
odpowiedz
Czlowieksmuteg
23
Pretorianin

Gra aktorska genialna ale fakt, w porównaniu do reszty jego filmów jest poprostu nudny

16.08.2019 16:49
5
odpowiedz
grabeck666
26
Centurion

Nydny dla kogoś kto się wybiera na Tarantino i spodziewa się Kill Billa czy Django. A to po prostu dobry film gdzie się docenia tekst i grę aktorską. Pewnie większość fanów nie spodziewała się po nim takiego filmu.

16.08.2019 17:25
😢
odpowiedz
JUAREZ
39
Chorąży
6.0

W moim odczuciu jest to film bez żadnej konkretnej fabuły. Nie chcę pisać nic więcej, bo w zasadzie wszystko mieściło by się w sferze spoilerów, ale rozwinięcie akcji trwa, dosłownie, niemal przez cały film. Aktorsko również jest tylko OK, jeżeli ktoś, tak jak ja, liczył na poziom Aldo Raina albo Calvina Candie, to srogo się zawiedzie.

16.08.2019 17:27
Deser
😊
-16
odpowiedz
9 odpowiedzi
Deser
211
neurodeser

To Quentin zrobił kiedyś jakiś dobry film?

16.08.2019 17:29
2
odpowiedz
1 odpowiedź
zanonimizowany1294004
0
Centurion
7.5

Największym wrażeniem po tym filmie w kinie był fakt, że potrzebowałem dobrych pięciu minut by wstać i wyjść bo tak mi nogi zdrętwiały. To moja recenzja.

16.08.2019 17:36
pawelisto
1
odpowiedz
6 odpowiedzi
pawelisto
55
N7
8.0

Tak z czystej ciekawości, czym autora urzekła gra Margot, że ocenił to jako plus?
Wszystkie recenzje z którymi się dotychczas spotkałem wskazują ją jako największy minus tego filmu, a sam byłem mocno poirytowany gdy tylko pojawiał się jej wątek.

Brad, klasa sama w sobie. Di Caprio jak i Al również bardzo wysoki poziom, na nich patrzyło się z przyjemnością.

16.08.2019 19:54
ajax34
odpowiedz
ajax34
55
Porucznik

,,mnóstwo celnych cytatów z poprzednich filmów Tarantino i nie tylko;' yyyy

16.08.2019 21:47
Ghost2P
odpowiedz
Ghost2P
105
Legend
8.0

No ja jestem trochę rozczarowany, mało zapadających w pamięć scen, urywa się w najlepszy momencie no i przede wszystkim liczyłem, że to będzie trochę bardziej na faktach
Polańskiego i Tate było tyle co kot napłakał
Nawet nie wiem który to ten cały Zawierucha

Pitt i Di Caprio świetnie zagrali i to jest w sumie największy plus

Jest klimat, są świetne dialogi, no ale film w ogólnym rozrachunku cierpi na brak ikry ;/ ze tak powiem..

Ogólnie mi się mimo wszystko bardzo dobrze go oglądało i te ponad 2h zleciały mi bardzo szybko, wręcz chciałem wiecej (szczególnie po ostatniej scenie)

Oglądałem lepsze filmy z tego roku

Nienawistna Ósemka mną pozamiatała, uważam że to najlepszy film Tarantino razem z Pulp Fiction, tak więc tego najnowszego nie mogłem się doczekać i może miałem zbyt duże oczekiwania

16.08.2019 22:00
mirko81
odpowiedz
1 odpowiedź
mirko81
13
1150 Power!

Żałuję ze poszedłem do kina na Nienawistna Ósemke. Z chęcią bym go wykasowal z glowy. Ten bankowo ciekawszy

17.08.2019 10:43
Yarpen z Morii
😂
4
odpowiedz
1 odpowiedź
Yarpen z Morii
29
Qverty

Najlepszy jest Zawierucha w wywiadach przekonany jaka to dużą rolę zagrał u Quentina a pojawia się na ekranie łącznie przez 2 minuty i mówi jedno zdanie.

17.08.2019 13:08
2
odpowiedz
szejk18
31
Konsul

Co ten artykuł ma wspólnego z grami? Jest w dziale czytaj o grach.

17.08.2019 13:15
Herr Pietrus
odpowiedz
Herr Pietrus
177
Ubecka Wdowa

Część osób pisze, że to najnudniejszy film Quentina :(. Oby nie, bo obsada genialna.

W końcu nie powielił schematu, że im bliżej końca tym mniej klimatu i dobrego kina, a więcej kretyńskich odlotów Quentina?
Jeśli tak, to wybiorę się na pewno, może to pierwszy naprawdę dobry od początku do końca film Tarantino!

post wyedytowany przez Herr Pietrus 2019-08-17 13:27:52
17.08.2019 22:15
odpowiedz
Grzendalol
7
Legionista

Jak to mówią... filmy Tarantino nie są dla każdego. Niue bede sie rozpisywał dlaczego bo to kazdy głąb wygoogla. Po prostu sa filmy Tarantino... i reszta. Takie jest moje zdanie. PS 8/10.

18.08.2019 09:48
Kaczmarek35
odpowiedz
Kaczmarek35
13
Senator

Po prostu sa filmy Tarantino... i reszta

Reżyserów ze specyficznym stylem mieliśmy przed Tarantino bardzo wielu. Zresztą on sam kopiował do czego się przyznaje od innych i trudno tego nie zauważyć znając dobrze kino.
Jednym z tych od których kopiował jest nasz wielki rodak K.Kieślowski. Reżyser między innymi miniserialu Dekalog oraz filmów jak Przypadek, Krótki film o zabijaniu oraz trylogii Trzy kolory.

post wyedytowany przez Kaczmarek35 2019-08-18 09:53:57
18.08.2019 09:49
Barthez x
odpowiedz
2 odpowiedzi
Barthez x
154
vel barth89

Opinie są różne - po obejrzeniu: mnie się bardzo podoba, nawet pomimo tego, że jestem fanem filmów Tarantino (bo to film w jego stylu, ale trochę jakby nie), z kolei mojej narzeczonej się totalnie nie podobało i zaraz po wyjściu z kina powiedziała że ocenia na 0/10 - ja dałbym 9/10.

Bardzo zaskakujący, dobrze się oglądało, jestem bardzo zadowolony :)

post wyedytowany przez Barthez x 2019-08-18 09:49:38
18.08.2019 17:30
Soulcatcher
1
odpowiedz
Soulcatcher
221
ESO
9.5

Bardzo fajny film, wyjątkowo ciekawe zakończenie.

18.08.2019 19:41
Łyczek
odpowiedz
Łyczek
171
The Chosen One

Klimat, gra aktorska jak zwykle rewelacja. Oglądało się go naprawdę dobrze, pomimo długości filmu. Cały czas wisiało coś w powietrzu. Zakończenie również świetne. Lecz zabrakło mi czegoś ... I im dłużej myślę o tym filmie tym czuję większy niedosyt.

18.08.2019 20:08
odpowiedz
8 odpowiedzi
joe1chip
35
Pretorianin

1. Wściekłe psy - 7/10
2. Pulp Fiction - 8/10
3. Jackie Brown - coś tam widziałem kiedyś, wiem, że to tylko jeden z jego słabszych filmów
4. Kill Bill 1 - 7/10
Kill Bill 2 - 3/10
5. Death Proof - 6/10 ewentualnie również 7.
6. Bękarty wojny - 7/10
7. Django - 6/10
8. Nienawistna ósemka - nie widziałem, podobno nie warto.

Poza "Pulp Fiction" od którego i tak jest mnóstwo lepszych filmów nie zrobił niczego naprawdę szałowego. Od "Wściekłych psów" wolę "Byle do jutra" obie części Johna Woo, który ma bohaterów którzy przynajmniej mnie obchodzą. Kill Bill tylko 1 jest ok ale wolę 36 komnatę, Wejście smoka, Projekt A czy inne dobre karate. To tylko pastisz ze świetną muzyką. Bękarty są u mnie na 3 miejscu z jego filmów ale ponownie, Parszywa dwunastka bije to filmiszcze na głowę. Django to dość przeciętna i przydługawa imitacja westernu. Lepiej enty raz Poszukiwaczy sobie powtórzyć. Facet jest solidny ale przereklamowany.

22.08.2019 18:17
hubert43
odpowiedz
hubert43
23
Pretorianin

Trzeba się w końcu wybrać.

22.08.2019 21:00
NewGravedigger
odpowiedz
NewGravedigger
129
spokooj grabarza

Film nudny. Autentycznie. Żadnego filmu nie uratują super kreacje (aczkolwiek w tej pozycji jedynie Leo i hipiska pokazują dobrą grę aktorską), poznawanie postaci, nawiązywanie do swoich ( i nie tylko) hitów jeśli sama historia jest faktycznie o niczym, a nwet można się pokusić o stwierdzenie, że jej nie ma. SŁABO.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze