Co prawda w RDR2 gram na XoneX, ale ten wątek jest bardziej „żywy”, więc wypowiem się tutaj. Za niesamowicie wykreowany, żyjący, piękny, realistyczny i szczegółowy świat z mnóstwem zdarzeń, postaci, sekretów gra zasługuje na 12/10.
To co najbardziej szwankuje, to nie strzelanie, sterowanie, czy realistyczne animacje wszelkich czynności, ale fabuła, jej umiejscowienie w tym wspaniałym świecie oraz bohaterowie. Wiele osób zachwyca się tym elementem i nie bardzo rozumiem czemu... Mi brakuje tutaj konsekwencji i logiki. Wszystko zaczyna być schematyczne, na siłę wydłużone i męczące. W sandboxach lubię dozować sobie powoli główny wątek, a skupiać się na pozostałych czynnościach. Tutaj było inaczej, wszystko jest dobrze do końcówki trzeciego rozdziału, ale potem zaczyna się sypać - gdzieś w czwartym rozdziale zacząłem gnać do przodu, żeby jak najszybciej zakończyć średnio strawne danie główne i przejść do deseru. Wtedy nie wiedziałem, że deser będzie... jeszcze gorszy...
Trochę dziegdziu
spoiler start
Dlaczego Blackwater jest sztucznie zamknięte do epilogu? Dlaczego Arturem nie możemy dokończyć zadań? Dlaczego eksplorację świata muszę kończyć facetem, który nie umie nawet pływać? Po co mam poświęcać kilkanaście godzin na upiększanie obozu w skórki i czaszki, gdy za chwilę wszystko szlag trafia?
Trochę o bohaterach.
Nie jesteśmy członkiem gangu rewolwerowców, a raczej jakiejś sekty ćwierćinteligentów ślepo podążającej za swoim guru, nawet jeśli balansujemy nad skajem przepaści.
Dutch - przywódca sekty. Początkowo kreowany na wyzwolonego myśliciela, mentora i nauczyciela. Nie jest rasistą, szanuje kobiety, pomaga słabszym, zabiera tylko bogatym. A wszystko to dla dobra rodziny, czyli sekty. Niestety szybko okazuje się, że jest dobry jedynie w gadce i wciskaniu frazesów, a tak naprawdę to frajer, którego każdy robi w wała. Przez pół gry słyszymy, że ma plan, że ostatni skok, że to się naprawi. Do znudzenia i irytacji.
Art(th)(fu)ur - nasz bohater. Da się lubić. Kiedy trzeba to inteligentny, kiedy trzeba to szarmancki, kiedy trzeba to wesoły. Niestety, kiedy nie trzeba okazuje się schorowaną sierotą, która zamiast ratować przyjaciół, ratuje Indian. Kiedy każdy domyśla się, że w grupie działa kret, Arthur doszukuje się pecha i nieszczęśliwej karty. Przemiana w „dobrego” nie przeszkadza mu w wybijaniu setek stróżów prawa, krytyka Dutcha nie przeszkadza mu w ślepym podążaniu na kolejne misje. Zostawiony przez „ojca” na śmierć, nie potrafi wyciągnąć wniosków i zrobić nic poza wyrzuceniem z obozu Straussa. Zejście bohatera ze sceny nie robi żadnego wrażenia, bo (kiepski) motyw gruźlicy już znacznie wcześniej przygotował wszystkich na marny koniec. Gorsze jest to, że to śmierć na darmo, a szkoda jedynie konia
John - mało inteligenty cyngiel, nie ma go za co lubić. Krytykowany nawet przez Arthura za porzucenie rodziny. Największa niemota w grupie - trzeba go ratować przed wilkami, wyciągać z więzienia, tłumaczyć aby ratował kobietę i dzieciaka. W kluczowym momencie nie jest zdolny do odwrócenia sytuacji. Jedyne co mu wychodzi, to przewalanie łajna i dojenie krów
Micah - jedyny facet z jajami. Chce przeżyć i jest autentyczny. W każdym „starciu” nakrywa Arthura kapeluszem.
Sadie Adler - kobieta z jajami. Niestety postać mocno poboczna. W przeciwieństwie do Arthura i Johna coś kuma, nie pęka i dąży do celu. To ona powinna być bohaterką epilogu
spoiler stop