-Przeczytałam.-
-I co?- zapytał Sha’anks
-Porucznik uważa że, kapitan Beinard jest w zmowie z wampirami. Nie wie co mu obiecali, ale pomaga im. Stąd pan wampirów, tak samo jak i Milten wiedzieli że nadchodzimy. Dlatego też załatwił porucznikowi i Bodilowi alibi na zniknięcie. Kapitan sam posłał ich w paszcze lwa, Bodila uprowadzając, a Angrze wydając rozkaz. Dlatego możemy ufać tylko Gutrimowi.- zakończyła Micareth podając im kartkę.
-Więc idziemy do kumpla naszego kochanego admirała i po sprawie.- z entuzjazmem oznajmił khajiit
-Głupi, jesteś czy co? -wojowniczka trzasnęła kocura po głowie.- Przecież Beinard tylko na to czeka, nim wejdziemy przez bramę, na naszych nadgarstkach będą kajdanki.-
-Wiec co proponujesz?-
-Wyślemy Gutrimowi list, od jakiegoś krewnego, by wywabić go z fortu, na drodze w odpowiedniej odległości od Greymoor wyjdziemy mu naprzeciw i wyjaśnimy sytuacje. Ktoś protestuje odnośnie tego planu?- reszta towarzyszy pokręciła przecząco głowami.
-Eee chłopaki , kto potrafi czytać?- zawołał Gutrim. Jeden żołnierzy zabrał kopertę i przeczytał na głos.
„Drogi synu
Od kilku dni dręczy mnie gorączka, obawiam się iż mogę nie dożyć następnej pełni. Przyjedź do biednej schorowanej matki, póki jest jeszcze czas.
Mama”
Kilku chłopców zaczęło chichotać niczym dziewczęta oglądające treningi żołnierzy. Ale Gutrim przejął się nie na żarty. Przyszła pora by wykorzystać kilka dni wolnego, odwiedzić i pomóc matce. Jeszcze tego samego dnia uzyskał zgodę od kapitana i wyruszył do rodzinnej wioski.
Nie minęła nawet godzina jazdy , gdy na drogę wybiegł mu trzyosobowy oddział. Sierżant odruchowo wyciągnął broń.
-Nie jesteśmy bandytami, przychodzimy od porucznika Grimesa.- odrzekł khajjit lekko podnosząc ręce w geście dobrej woli.
-To my podesłaliśmy list podszywając się pod twoją matkę, żeby porozmawiać z tobą z dala od oczu kapitana Beinarda.- z lekko zawstydzoną miną powiedział skryba.
I wtedy gdy przyjrzał się dokładniej, poznał ich. Wojowniczka, khajiit i …. skryba z fortu. Zsiadł z konia i podszedł do nich. Micareth zaproponowała by weszli w las i usiedli przy ogniu. Gutrim przystał na tą propozycje. Oczywiście nie obeszło się bez pytań o porucznika Angre i całą resztę , po wyjaśnieniu sierżant miał obawy że najedli się tych fluorescencyjnych grzybów o których słyszał i powoli zaczął tracić zaufanie do drużyny.
-Tutaj mamy list od porucznika, w którym jest wszystko wyjaśnione.- podsunął kartkę Bodil.
-Haahahaaahaa, zabawne. A porucznik wam nie mówił że, ja czytać nie potrafię, cholipka.- wybuchnął śmiechem.- No i niby jak mam wam uwierzyć. Dla mnie to tylko literki, równie dobrze mógł je napisać ten wasz wampir by pozbyć się kapitana. Fakt, nie lubię typa, ale to nie powód by posądzać go o zdradę.-
- Ale to wszystko prawda, Sha’anks przysięga.-
- Przykro mi, póki nie dacie mi dowodów innych niż atrament na papierze, nie pomogę wam.
Micareth i Sha’anks westchnęli w tym samym czasie.
-Patrząc po waszych minach chyba pora na mnie. No chyba, że któryś z tych waszych wampirów na przykład ta Adela czy jak jej tam, co walczyła z porucznikiem, sfrunie z nieba i potwierdzi wasze słowa.- parsknął Gutrim.
-Adelaisa, nie Adela.- burknęła Micareth. – Właśnie, no tak Adelaisa! To jest to, tak damy panu dowód. Mogliśmy się podszyć pod matkę sierżanta więc możemy pod Adelaise. Bardzo możliwe że kapitan o niej słyszał, być może kontaktował się z nią listownie, ale nie widział jej. –
Gutrim przyglądał się Micareth z zaciekawieniem. Mylił się co do tych łajdaków, porucznik dobrze zrobił dając im szanse.
-To ma szanse na powodzenia, małe ale ma. Musimy to dobrze zaplanować.-odpowiedział sierżant pocierając brodę w zamyśleniu.
Obmyślanie planu zajęło im większość wieczoru. Nie był on taki skomplikowany, Gutrim miał zanieść podrobiony list kapitanowi, Micareth przebrałaby się za Adelaise i spotkała z kapitanem o północy, na polanie blisko fortu. Miała poprowadzić rozmowę tak by wyciągnąć z z Beinarda jak najwięcej. Wszystko wydawało się banalnie proste, ale czy takie faktycznie było miało się okazać następnego dnia o północy.
-Ooo sierżant Gutrim, wydawało mi się że dostałeś przepustkę na cztery dni, a ty wracasz po dwóch. Aż tak ci matka dała w kość, haha.-szyderczo zarachował kapitan Beinard.
-Nooo tak bo ja, no ten, mojej ma…ma…matce lepiej. Już zdrowie…wie…wieje.-
Gutrim mimo iż był żołnierzem długo nigdy jeszcze nie okłamywał przełożonego i gdy przyszedł ten pierwszy raz jąkał się i trząsł ze strachu. Modlił się tylko by kapitan tego nie zauważył. Teraz musiał wyjaśnić skąd miał list od wampirzycy. Wziął głęboki oddech i bez zająknięcia wyrecytował.
-Po drodze do fotu zatrzymał mnie jakiś wędrowiec w płaszczu z kapturem, był blady i raczej nie pochodził stąd. Dał mi list do kapitana. Prosił bym doręczył go do rąk własnych.-
Widać było że Beinard mocno się zainteresował, bo wręcz wyrwał list z rąk sierżanta i szybko przeczytał.
-Mhm, mhm rozumiem, możesz już iść.-zamachnął dłonią dając znak Gutrimowi, że pora na niego.
Beinard zjawił się punktualnie na polanie, owinięta płaszczem Micareth z zakropionymi śnieżynką oczami by przypominały wampirze i twarzą wysmarowaną białą glinką, ruszyła do przodu zostawiając towarzyszy schowanych wśród drzew.
-Adelaisa, prawa ręka naszego miłościwego pana, to zaszczyt móc cię poznać. – ukłonił się z szacunkiem niczego niepodejrzewający kapitan.
Tak naprawdę te słowa wystarczyły Gutrimowi by uwierzyć i w pełni zaufać drużynie Grimesa. Miał już ochotę rzucić się z toporem na swojego zwierzchnika, ale Micareth postanowiła kontynuować rozmowę.
-Skończ pieprzyć, śmierdzący pojemniku na krew. Plany się zmieniły, miałeś wysłać do nas dowódcę który będzie współpracował. A wysłałeś Grimesa Angre, który wybił jedną czwartą naszej armii , nawet nie zdążyliśmy zainicjować przemiany bo wolał nadziać się na pręt niż być jednym z nas. Tyle było z niego pożytku. Tak więc z naszej umowy nici.- zmyśliła Micareth
- Nie możecie- zaprotestował kapitan- nasz pan i władca obiecał. On przysiągł że po wszystkim to ja będę rządził ludźmi którzy ostali się w Tamriel. Nie po to trzymałem te ciekawskie gęby z dala od Blackreach i zajmowałem się dostawami wieśniaków, by teraz zabierać to co mi się należy. Żądam audiencji.-
-Wątpię byś miał jeszcze okazje z kimkolwiek porozmawiać, kapitanie- rzekł Gutrim który niepostrzeżenie podkradł się za plecy kapitana. Po czym podciął mu gardło.- Zdrajcy tacy jak on nie zasługują by żyć.-
-Sha’anks smutny że sierżant zabił kapitana, bo Sha’anks sam miał ochote to zrobić. Ale dobrze że, pojemnik na krew leży martwy!- wybuchnął śmiechem khajiit- Byłabyś dobrą wampirzycą, Micareth.
-Przepraszam że nie zaufałem wam na początku, ale sami rozumiecie. Pozwolicie że niezwłocznie wrócę do fortu i zabiorę Bodila by napisał listy do naszych odległych oddziałów, by pomogli z tą całą armią nieumarłych. Nie powinniśmy mieć problemu z pokonaniem ich nie martwcie się o to.
- A co z nami?- zapytał Sha’anks.
-Cóż kapitan nie żyje, porucznika Angry też nie widać więc chyba w mojej gestii leży by zwrócić wam wolność. Należy wam się, jesteście dobrymi ludźm… -spojrzał na khajiita i wycofał się.- Dobrymi wojownikami. A teraz wybaczcie musze iść. Bodil, idziemy!- zawołał ostatni raz sierżant i wyruszył w stronę Greymoor.
Sha’anks i Micareth przed chwile stali nie wiedząc co właściwie powinni zrobić.
-Może skoczymy na zimne piwo, ono też nam się należy.- zaproponowała Micareth
-Sha’anks zawsze za.- zaśmiali się oboje, wiedząc że przynajmniej na jakiś czas odpoczną od powiewu śmierci za plecami.
*** Koniec Tomu Pierwszego ***
-Myślisz że ten chłopak się jeszcze obudzi? Blednie w oczach- zapytała Micareth – Siedzimy tu już kilka godzin ,a nie wiemy kiedy został zarażony.-
- Sha’anks go ciachnie, jakby kły na nas wystawiał, kha!- odpowiedział Sha’anks z wymuszonym uśmiechem, nie chciał jeszcze bardziej dołować wojowniczki.
Micareth westchnęła. Zatrzymali się by odpocząć już dawno temu, w czasie kiedy siedzieli słońce już pewnie przewędrowało przez cały nieboskłon. Co mieli zrobić? Byli tam gdzie znajdowali się na początku wędrówki i mogli by już dawno wyjść, gdyby schody po których wcześniej tu zeszli były otwarte. Teraz widzieli tylko wielki złoto-miedziany okrąg tuż nad nimi. Gdyby był tu jakiś mechanizm tak jak u góry przy wejściu, udało by się, ale nie było nic. Dlatego zdecydowali zrobić postój. Znajdowali się w ślepym zaułku, mogli zawrócić i trafić na Adelaise , która być może wieszała już topór Grimesa na ścianie jako trofeum, albo zostać tu i czekać na cud. Dodatkowo Sha’anks jako khajiit nie był przyzwyczajony do biegania z ludźmi na plecach wiec szybko opadł z sił, a Micareth mogła przenieść urzędnika ledwie kilka metrów.
-Sha’anks wiesz że, gdy wrócimy złożyć raport bez porucznika najpewniej zostaniemy ścięci na miejscu-
-Ale, ale, ale Sha’anks niczego nie zrobił, nie ukradł słodkich- niesłodkich bułek. Sha’anks się starał, urzędnik powie im prawdę.-
-Urzędnik nic nie widział i być może nie zobaczy. Zabraliśmy go gdy był nieprzytomny i dalej jest, on nawet nie wie że porucznik był z nami. Może im jedynie powiedzieć że uratowaliśmy mu życie, ale nie wiem czy to wystarczy. Sha’anks powiedz mi wprost, jeżeli się stad wydostaniemy wracamy do Greymoor czy każde z nas pójdzie w swoją stronę, a tego nieszczęśnika zostawimy pod jakąś wioską?
-Sha’anks nie wie. Ogon mówi żeby wiać jak najdalej, a coś innego że trzeba uczcić pamięć porucznika i opowiedzieć co się stało-
Micareth pokiwała głową. Kocur zrobi co będzie chciał, ale ona zamierzała wrócić. Grimes zbyt mocno przypominał ją samą, nie mogła pozwolić by to co zrobił dla nich i dla reszty świata umarło w odmętach tych jaskiń.
Po tej krótkiej rozmowie długo nie odezwali się do siebie. Powoli robiło im się zimno, nie mieli już jedzenia ani picia. Nie mogli tu siedzieć w nieskończoność.
-Powinniśmy poszukać innej drogi, Sha’anks tak uważa.-
-Tak chyba masz racje, nic tu po nas, najwyżej dołączymy do Very i porucznika.-
Powoli zaczęli się zbierać, gdy usłyszeli dźwięk rogu. Dźwięk donośny i wywołujący ciarki.
-Poczekaj tu, Sha’anks pójdzie sprawdzić co się dzieje.- mówiąc to wyskoczył w głąb korytarza i po krótkiej chwili znikł Micareth z oczu. Ona w tym czasie zebrała resztę rzeczy i próbowała jeszcze raz ocucić urzędnika.
-I..i..idą tu! Stwory i chyba jakieś wiedźmy . Są już w jaskini, gdzie zostawiliśmy porucznika.-
-Nie mów że zostaliśmy odcięci- kocur potaknął głowa z powaga- Psiakrew!
Oboje wiedzieli że nawet gdy się poddadzą to najwyżej czeka ich „wampirza naprawa”, pozostało im tylko zmniejszyć liczebność wroga i zabić ilu się będzie dało.
Ułożyli urzędnika na końcu pod ścianą, a sami stanęli w gotowości. Z wrogiem nie wymienili żadnych uprzejmości po prostu zaatakowali, walili na oślep, odcinali kończyny, głowy, ogony. Dwie wiedźmy rzucały zaklęciami, ale ognistymi kulami nigdy nie trafiły dwójki wojowników, dużo częściej ich własne oddziały stawały w płomieniach . Szło im dobrze stos ciał powiększał się z każdą minutą. Ale wtedy, ktoś lub coś uderzyło w rękę Micareth w której trzymała rapier . Cios był potężny i kość pękła z trzaskiem, wysuwając jedną z części poza obręb skóry, strasząc postrzępionymi ścięgnami. Polała się krew, bardzo wiele krwi. Micareth nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Jej broń leżała na ziemi, a ona nie miała jak się bronić. Cofała się i unikała ciosów, ale po kilku unikach poczuła chłód ściany za plecami. Bezkształtna kreatura zamachnęła się na nią czymś w rodzaju ręki przekształconej w ostre szczypce.
-Shaa’aan…….-wypowiedziała niemal bezgłośnie, ale czułe uszy kocura i tak usłyszały . Doskoczył do niej i przeszył przeciwnika jednym z mieczy.-Nie mamy szans, koteczku-z rezygnacją stwierdziła Micareth
I wtedy usłyszeli głośny trzask i szczekot zębatek. Schody pod którymi stali, zaczęły zjeżdżać w dół.
-To nasza szansa- Wykrzyknął khajiit, broniąc się zacieklej niż wcześniej.- Micareth weźmie chłopaka i gdy tylko schody będą na dole, ucieknie z nim!
-A co z tobą Sha’anks? Nie mogę cię zostawić.-
-Zaufaj Sha’anksowi, poradzę sobie, zachowałem bombę dymną by zwiać porucznikowi -Micareth nie była pewna czy jej nie okłamał i nie zamierza się poświecić. Ale nie miała wyjścia. Z trudem wciągnęła urzędnika na schody i najszybciej jak mogła ruszyła w górę. Po chwili była już u szczytu, odwróciła się, ale kocura nie było za nią. Rozległ się huk i pojawił się gęsty dym.
-Uciek……!-nie zdążyła dokończyć bo kocur wyskoczył ze schodów przewracając ją.
-Sha’anks musi to zamknąć, gdzie ta dźwignia!-
-Już się tym zajęłam.- oboje usłyszeli spokojny głos, zbyt dobrze znajomy. Glos elfki która została w odmętach Blackreach. Głos Veranque!
-Vera!- oboje wykrzyknęli radośnie, ale gdy spojrzeli w jej stronę uśmiechy znikły z ich twarzy. Altmerka nie była dawną sobą. Jaśniała biało-srebrzystym światłem, unosiła się lekko nad ziemią i falowała wraz z wiatrem.
-Nie pytajcie o nic proszę, sama tego nie rozumiem. Chyba taki już jest los nekromantów.-odrzekła smutno zjawa
-Ale tylko dobrych nekromantów.-z entuzjazmem skomentował khajiit
-Wydaje mi się ze nie mam zbyt wiele czasu, ale nie martwcie się pogonią, tylko dla was otworzyłam spiralne schody. Nawet jeżeli jakieś paskudy na nie wlazły, to zamknęłam przejście na tyle szybko, że pewnie zostały zmiażdżone. Idźcie już i opowiedzcie co tu się wydarzyło. To moja jedyna prośba- uśmiechnęła się jeszcze, posłała im pocałunek i rozpłynęła się w powietrzu.
Sha’anks i Micareth stali jak wryci.
-Ty też to widziałeś?-spytała z niedowierzaniem Micareth. Kocur nawet na nią nie spojrzał wciąż wgapiał się w miejsce gdzie prze chwilą stała, a właściwie lewitowała Vera.
-To co, jesteśmy bezpieczni. Możemy wyruszyć gdzie chcemy. Ale najpierw opatrzymy moją rękę – powiedziała kładąc się na ziemi i wdychając rześki zapach porannego powietrza. Nie sądziła że można się stęsknić za tak prostymi rzeczami, jak promienie słońca na policzkach, ale tak właśnie było.
-Migiem musimy uciekać, nie mam ochoty na kolejną walkę – krzyknęła Micareth
Rytmiczne uderzenia w podłogę przybierały na sile.
-Nie znamy rozłożenia tuneli, a te bestie są wyjątkowo szybkie, nie uciekniemy im- pokręcił głową Angra
-Ale przecież musi być jakieś wyjście- z lękiem jęknęła Vera
- Jest jedno, ale wątpię by to się udało- zamyślił się Angra – To zbyt ryzykowne, szykujcie się do walki-
-Jakie?- Micareth złapała porucznika za ramiona i potrząsnęła nim mocno – Mów, bo tu zginiemy!-
- Te szkarady najpewniej są ślepe, widzieliście ich oczy puste, jak u topielca-Grimes podszedł do jednego ze stworów, sztyletem otworzył mu powieki- Widzicie? Najpewniej ich głównymi zmysłami są węch i słuch, gdybyśmy poruszali się bardzo cicho i przestali pachnieć wyjątkowo pysznie, mielibyśmy szanse się przemknąć-
-Ale jak? Nie mam żadnej mikstury, która by nas tak ukryła.- odrzekła Vera
-Wystarczy, że cali natrzemy się krwią tych stworów, a przynajmniej mam nadzieje, że to wystarczy-
Tak zrobili, ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich, największe trudności miał z tym Khajiit – Sha’anks mógł zostać w celi , wtedy Sha’anks śmierdział tylko swoją krwią – pomrukiwał kocur pod nosem
Dudnienie było z każdą chwilą głośniejsze, ale miało się wrażenie, że napastnicy nie zbliżają się tak szybko
-Teraz Sha’anks już nie czuje smrodu śmierci od pani elfki -kocur zmarszczył nos jakby w ten sposób mógł wywąchać jeszcze więcej- Powinno się udać.
- To do ścian i szukać wyjścia, tylko cicho- szepnął Angra
Każde z nich przebijając się przez stosy ciał, na paluszkach szukało innego wyjścia. Micareth pilnowała wlotu do jaskini wypatrując przeciwników,ale słyszała tylko tępy tupot wielu odnóży, nie zbliżali się. Nagle zobaczyła jeden czarny bezkształtny cień na końcu korytarza, wstrzymała oddech czekając. Stwór jednak nie ruszył w jej stronę, chodził bez celu. Plan Grimesa się udał.
Po chwili Sha’anks zaczął do nich machać z rogu groty, porucznik Angra i Vera udali się do niego bezzwłocznie.
- Sha’anks czuje tu inne powietrze , jest zimniejsze i pachnie wodą , więc – Sha’anks myśli że przez tą szczelinę uda się wyjść- reszta pokiwała głową z uznaniem.
Pomachali jeszcze raz do wojowniczki, pokazując jej wyjście, Micareth bardzo powoli i cicho ruszyła w ich stronę, reszta drużyny już zaczęła się przeciskać przez otwór. Wszystko wskazywało, że uda im się bezpiecznie uciec. Gdyby nie krzyk wojowniczki , którą niedobity stwór złapał za nogę. I wtedy cały rój potworów znów ruszył prosto na nich.
- Biegnij- wrzasnęła Vera
Micareth wpadła do szczeliny, ledwo umykając przeciwnikom. Zaczęli przeciskać się między skałami, aż końcu udało im się wyjść na dość szeroki korytarz , oświetlony pochodniami. Na bliższym końcu znajdowały się mosiężne drzwi.
- Zamknięte- skwitowała elfka, szarpiąc za klamkę
-Pierwszy raz naprawdę się ciesze, że wziąłem ze sobą złodziei i innych zbirów- zaśmiał się Grimes- Na pewno któreś z was zna się na otwieraniu zamków-
- Sha’anks potrafi, Sha’anks nawet ma wytrych- Khajiit z zapałem przystąpił do działania i tak samo szybko jak zapał się pojawił tak szybko zgasł- Sha’anks ma głupie pytanie,bo Sha’anks przeprasza, to tak niechcący , ma ktoś jeszcze jeden wytrych. Sha’anks głupi Khajiit złamał swój-
-Ty barani łbie- zawarczała Micareth i z kieszeni wyciągnęła jeszcze jeden drut- Tym razem nie nawal-
-Tylko się pośpiesz, bo wygląda na to, że mamy towarzystwo- reszta drużyny spojrzała w stone, w która patrzył Grimes. Na końcu korytarza pojawiła się wielka bezkształtna masa, usłyszeli ryk i kroki ,naprawdę wielu bestii.
Porucznik , elfka i wojowniczka stanęli gotowi do walki, przygotowani na najgorsze. Czekali .
-Idziecie czy nie ?- zawołał Khajiit - Sha’anks nie ma ochoty znów sobie brudzić futerka- z niedowierzaniem odwrócili się do kocura, a ten jakby nigdy nic, czekał przy otwartych na oścież drzwiach. Pędem wpadli do środka, zatrzasnęli wrota i oparli się o nie. Ich oczom ukazał się widok zarazem piekny, a zarazem przerażający. Była to wielka jaskinia, wysoka na jakieś 50 stóp. Ze stropu zwisaly flourescencyjne kwiaty, oplatając wielkie złote delikatnie jaśniejące kule. Na dnie jaskini za to nie rosło nic oprócz Szkarłatnego korzenia nirnu przy niektórych głazach
-Myślalam, że można go znaleźć tylko w Czarnej Przystani, czy mogę go trochę zebrać poruczniku? Może się nam przydać.- zapytała łagodnie Vera, Angra tylko skinął głową, bowiem był zaaferowany czymś całkiem innym. Patrzył na sam środek jaskini, gdzie znajdowało się jezioro, a w jego centrum mała wysepka oświetlona blaskiem najbliższej kuli , z jakimś dziwnym piedestałem z dziwnymi symbolami. Jezioro emanowało turkusowym blaskiem i było całkowicie nieruchome. Dowódca podszedł do brzegu i znieruchomiał, od brzegu na całej długości odchodziły czerwone wstęgi, które wędrowały w stronę wysepki i pulsowały jakby coś je napędzało. Docierały do wysepki i pełzły dalej pnąc się w górę , oplatając piedestał jakby był on pompą zasysającą czerwona ciesz.
- Poruczniku , musisz to zobaczyć- zawołała Micareth z wahaniem
Grimes podszedł i kolejny raz w ciągu pięciu minut wybałuszył oczy, tym razem z przerażenia. Na ścianach w każdym możliwym miejscu widać było grube i cieńsze linie tworzące gęsty splot, Grimes dotknął jednego i natychmiast pożałował. To nie był korzeń ani sznur, tylko krew- dziwnym sposobem utrzymująca kształt strumyczka i tworząca harmonijne wzory. Za tym całym splotem znajdowały się ciała, setki ciał. Niektóre blade i wyschnięte ,inne jeszcze wciąż miękkie i pełne życiodajnej cieczy. Tam, gdzie ciała były świeże, splot strumieni krwi był najgęstszy i najmocniej pulsujący. Wszystkie strumyki spływały na ziemie łącząc się w większe. Pełzły do jeziora, a potem jak się Angra domyślił do piedestału.
- Śmierdzi mi tu prastarą magią, to bardzo złe miejsce. Powinniśmy się stąd wynosić, widzieliśmy już wystarczająco duż…. – przerwał mu huk rozbryzgujących się drzwi, a do jaskini wtargnęło wszystko przed czym uciekali.
-Biegiem – rzucił khijat- Sha’anks nie widział innej drogi , a wy?-
-Tam po lewej na brzegu była łódź, może te szkarady nie potrafią pływać- wysapała Vera
Razem pobiegli w strone łodzi, a bardzej łódeczki, wepchali ją do jeziora i wskoczyli do środka.
-Nie dotykajcie wody, nie wiemy czy nie jest trująca- Khajiit wiosłował zawzięcie i powoli oddalali się od brzegu. Stwory dobiegły już do skraju stawu i zatrzymały się, zgodnie z przypuszczeniami Very nie popłynęły za nimi. Byli już dość blisko wysepki z piedestałem i wtedy Grimes wyskoczył z łódki.
Krzyknął, był w wodzie do pasa i każdy punkt jego ciała który stykał się z wodą palił niemiłosiernie. Mimo bólu doczłapał do piedestału.Strugi krwi które się po nim wspinały tworzyły rozmaite symbole i emanowały mocą. A na tym wszystkim leżał miecz. Był wielki najpewniej dwuręczny , ostrze miał czarne i ostre jak brzytwa, cały pokryty takimi samymi symbolami w jakie układała się krew na piedestale . Rękojeść bogato zdobiona -czerwonymi i czarnymi klejnotami. To nie był miecz jakim posługiwali się ludzie, nawet wielcy władcy. To demoniczna broń.
Grimes z wahaniem chwycił miecz i popędził do drużyny.
-Teraz już naprawdę możemy się stąd wynosić -ogłosił dowódca
Z ciemności wyłonił się zwalisty Breton, z bliznami od duszenia na szyi i ogniem w oczach.
-A niby czemu mielibyśmy ci ufać? Możesz nas wciągnąć w jeszcze większe gówno niż to, w którym aktualnie stoimy. A żeby cię Kynareth ogniem i wodą opluła, zasrany dupku.- powiedział Breton, po czym splunął Angrze prosto w twarz. Nie przejął się tym jednak zbytnio, wiedział bowiem że za tą kapkę śliny, ten bezczelny więzień straci jutro głowę. Otarł twarz i rozejrzał się po pozostałych. Spojrzenie odwzajemnił Argonianin
- Gładkolicy ma racje, nie przyszedłbyś tu po nas, gdybyś potrzebował czegoś innego niż żywej tarczy. Wiadomo, taniej będzie nasze truchła zostawić gdzieś w lasach, by trolle śnieżne się najadły, niż szykować doły by nas zakopać. Gdyby można odpracować czyny czymś innym niż śmiercią, zabrałbyś swoich miękkoskórych chłopców, czyż nie mam racji?-odpowiedział niewyraźnie jaszczur. Uśmiechał się tą swoją łuskowatą mordą, czekał na odpowiedź.
A to przebiegły drań –zmarszczył czoło Grimes- Rzadko kiedy można spotkać Argonianina, który ma w głowie coś więcej niż wodę. Ale ten wyglądał inaczej niż większość więźniów, był wątły i nie miał żadnych blizn, co znaczyło że najpewniej był magiem. No i zagadka rozwiązana, żaden mag nie może być przecież głupi Grimes, trzeba będzie na niego uważać- pomyślał.
- Tak, to nie jest wycieczka na grzyby. Misja prowadzi do Blackreach, mamy jak to powiedział mój zwierzchnik ” namierzyć źródło problemów”, też mi zadanie. Możecie wierzyć lub nie, ale mi też nie uśmiecha się tam iść, tylko że ja jestem wolny, nie boję się kata tak jak wy. To najpewniej wasza jedyna szansa, żeby jakoś stąd wyjść- żywym. – porucznik uśmiechnął się zdawkowo, mógł ich okłamać, powiedzieć że idą pracować do kopalni albo na patrol, cokolwiek. Tylko po co? Ci ludzie i tak umrą, z mieczem w ręku lub między głową a szyją.
-Przynajmniej jesteś szczery, żołnierzu. Nie mniej miałem racje, ciągniesz nas na śmierć. Nikt z nas do ciebie nie dołączy, nie są takimi baranimi łbami, na jakich wyglądają. Prędzej Śnieżne Elfy was stąd pogonią, niż my będziemy twoją tarczą. – skomentował Argonianin.
Gdzieś w tle ten idiotyczny Breton, klepał wszystkich po ramionach mówiąc- A nie mówiłem, wiedziałem że kundlom nie wolno ufać- lecz chyba nikt nie doceniał jego błyskotliwości
Cała ta szajka straciła zainteresowanie Angrą, on sam był wściekły, jeżeli nikt stąd z nim nie pójdzie będzie musiał ciągnąć swoich chłopców na pewny kres. Jedynie jakiś niewyrośnięty chudzielec przyglądał mu się z rogu celi, ale Grimes nie zwrócił na niego większej uwagi.
-To wasza ostania szansa, czy ktoś z was ruszy zapchlony zadek i ze mną wyruszy?- Wykrzyknął porucznik.
Zero odzewu. Odwrócił się i wyszedł, bo cóż innego miał zrobić.
-Ja pójdę.- odezwał się dziwnie sztuczny chropowaty głos z wnętrza pokoju. Angra odwrócił się i ujrzał tego cherlawego chłopca, który przed chwilą mu się przyglądał. Chłopak był młody miał krótkie włosy i delikatna twarz, cały był w siniakach i zadrapaniach. Angrze coś dziwnie nie pasowało w tym chłopaku, jednak nie miał pojęcia co.
-Więcej pożytku miałbym z psa niż z ciebie chłopczyku, ale nie mam wyboru więc chodź. – Grimes wypuścił chłopaka i zatrzasnął kraty celi.- No, a teraz mów jak ci na imie?-
- Na imie mam Ver- odrzekł chudzielec – Veronica Larin i nie jestem chłopczykiem.