Grimes, choć bardzo chciał zniknąć dramatycznie i po cichu, nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
Po tym, jak porucznik zniknął, a jego śmiech ucichł. Micareth jeszcze długo stała osłupiała w milczeniu. Po czym w tym samym milczeniu zebrała wszystkie swoje rzeczy i ruszyła w stronę miasta. Reszta drużyny miała dobre nastroje, w końcu wracali do domu. Z Sha'anksa i Bodila wyraźnie opadało napięcie. Śmiali się i snuli plany o tym co zrobią, kiedy wrócą. Wyglądało, jakby zapomnieli o okropnościach, jakie doznali w ciągu ostatnich dni. Wojowniczka szła w milczeniu całą drogę, wyczuwali jej nastrój, wiec dawali jej spokój. Dochodząc do rozstaju dróg zamilkli, bo spostrzegli, że Micareth skierowała się na Południe.
-Hej do miasta nie tedy — Bodil nabrał śmiałości i odezwał się do Micareth.
-Spadaj młody !
-Micareth co cię ugryzło? - Sha'anksa parchnoł śmiechem. Ciągle odreagowywał. Wspomnienie o gryzieniu po przygodzie z wampirami i wydało mu się świetnym dowcipem.
-Co? Po tym całym zamieszaniu PAN PORUCZNIK ANGRA GRIMES wpada do nas wesolutki i przemieniony. Oznajmia nam prawdy objawione o wielkiej intrydze, które wyciąga jak magik z kapelusza. Mówi nam co mamy zrobić kogo oskarżyć i sobie odchodzi, łamiąc swoje rozkazy. Skąd wiesz, że to wszystko prawda, może być dokładnie na odwrót. Może ten kapitan z garnizonu jest po właściwej stronie. Koniec tej historii jest jakiś taki dziwny, tajemnicze fakty wypływają znikąd, zero wyjaśnień. Ja odchodzę, a ty rób co chcesz.
Sha'anksa i Bodil długo jeszcze stali bez słowa, z rozdziawionymi ustami, pazbawieni dobrego humoru i zaskoczeni patrzyli się na plecy odchodzącej wojowniczki.
Przemykali od zasłony do zasłony. Omijajali grupki potworów , niespiesznie patrolujące podziemia. Szło im to bardzo sprawnie. Do tego stopnia ,że powoli zaczęła się budzić w nich nadzieja, że im sie uda.
- Sha'anksa, już nie ma siły ten czlowiek jest bardzo ciężki.
- Siedz cicho kocie, do tej pory przebierałeś tymi swoimi nogami jak natchniony. Nie mogłam czasami za tobą nadążyć - Micareth usmiechnęła sie do niego krzywo - masz wielki talent do uciekania.
-Nie uciekam tylko wykonuje rozkaz - Sha'anksa zatrzymał się cieżko sapiąc i zaczął nasłuchiwać - skonczyli walczyć.
-O czym ty mówisz?
- Myślę o wspaniałym człowieku, którego rozkaz Sha'anksa wykonuję. Zamiast uciekać jak druga połowa oddziału. Cisza, nie słyszę już odgłosów walki.
-Gadasz bezsensu, jaka cisza? Przecież wokól nas kręci się mnóstwo poworów.
Sha'anksa westchnął wywracając oczami, dając Micareth do zrozumienia, że ta rozmowa z nią zaczyna go irytować. Połozył chłopaka na ziemie i się przeciągnął się teatralnie.
-Porucznik i ta kobieta już nie walczą. Nie słyszę już ich.
-To może znaczyć wszystko, albo Angra ją pokonał i za nami idzie. aby nam pomóc, albo robi to ta wariatka.-Micareth przyjrzała się towarzyszowi. Był czujny i wyglądał też na zmęczonego. Podjęła decyzję. Lepiej, żeby on się skupił na tym co mu najlepiej wychodzi, czyli na przemykaniu w cieniach. Ona ,jak do tej pory nie jest przydatna , ponieście tego cholernego chłopaka. Podeszła do nieprzytomnego i go podniosła.
- Prowadż nas do wyjścia kocurku, a ja poniosę tego chłopaka, żeby nie słuchać już twoich jęków. Swoją drogą coś z nim chyba nie tak, skoro jest nieprzytomny, pomimo tego całego zamieszania.
-Ten musi przystać na twą mądrość. Kiedy ma się do czynienia z wampirami wszystko jest możliwe.
Sha'anksa nie mial zadnych problemów z przeprowadzeniem ich przez rozległe podziemia. Dobrze wiedział, że to zadanie jest poniżej jego godności. Widać też było, że potworom brakuje inicjatywy. Zazwyczaj stały w miejcu, wpatrując się przed siebie i wydając ciche bełkotliwe warknięcia i dzwięki.
- Czuję swieże powietrze - Micareth ożywiła się - dobrze, że to juz prawie koniec. Cały czas mam wrażenie, że ten chłopak obudzi się i pierwsze co zrobi to wgryzie mi się w gardło. To wszystko przez te twoje gadanie o wampirach.
- Sha'anksa nie podziela twojego optymizmu, ale się z tobą zgadza. Ten chłopak może być problemem i powinniśmy go zostawić jeśli chcemy przeżyć.
- Porucznik powiedział ....
-Posłuchajmy jego rozkazów.Nie mamy zbyt wiele czasu.
-Ty samolubny szczurze chcesz go tu tak po prostu zostawić - kobieta powoli zbliżała się do miejsca gdzie stał Sha'anksa. Była na niego wściekła, wszystko co kiedykolwiek słyszała o kotowatych potwierdzało się w tym momecie. Samolubni zaćpani złodzieje, którzy poderżną ci gardło kiedy tylko nadarzy sie sposobność. Z drugiej strony ciężar chłopaka przekonał ją, że kot może mieć rację. Wydostanie się z nim z tego miejsca z nim na plecach może być niemożliwe. Musieli go obudzić. Ułożyła go obok siebie i podeszła wściekła do Sha'anksa. -Musimy ocucić tego chłopaka.
-Sha'anksa , zgadzam się z tobą, ale w tej chwili mamy większy problem . Micareth zaklnęła siarczyście.Właśnie sobie zdała sprawę, że za szybko zaczęła wierzyć, że im się uda. Nie docenili wroga. Natychmiast zapomniała o chłopaku, którego niosła tu całą droge, zrozumiała. -Nie uda nam się-pomyślała.
Podeszła do zasłony za którą chował się Khajiit. Przyjrzała sie grupie potworów przed nimi i zaklnęła jeszcze raz. Całe to przemykanie i skradanie się do wyjścia, było stratą czasu. Naiwnie wierzyła, że idzie im tak dobrze, bo potwory nie cieszą sie inteligencją. Teraz wiedziała, że się myliła.
-To był ich plan, co? Odpuścić sobie patrolowanie tych kilometrów korytarzy i po prostu obstawić wyjścia. Micareth czuła jak narasta w niej frustracja.
-Chyba Micareth ma rację, Sha'anksa musi pomyśleć , że ma szanse sie przebić?
- Nie, ta nie ma szansy. Dlaczego Khajiit nie mówią ludzkim językiem?
-Bo Khajiit to nie ludzie - Sha'anksa wyszczerzył kły w uśmiechu - A ta zaczeła sie nagle czepiać zeby zająć swoją głowę czymś innym niż naszym problemem. - machnął reką w stronę wyjścia.
-Przepraszam...
Rozmowę przerwał im dżwięk dobiegający z tunelu za nimi. Obejrzeli się i zobaczyli dwie postacie ludzkie i potwora. Ukryli się i obserwowali nowych.
-Niech to , dosłali im posiłki teraz to już naprawdę nie mamy szans. - wojowniczka spostrzegła, że Sha'anksa przygląda sie nowo przybyłym.
-Tam jest troll. Ten ma pomysł żeby obudzić naszego przyjaciela i sprawdzić czy on nie zna innych dróg ucieczki.
-Świetny pomysł.
Podczołgali sie do chłopaka, miał otwarte oczy ale widać było, że nie może pojąć co się dzieje wokół niego. Na szczeście nie krzyczał kiedy się zbliżyli.
- Cześć, Sha'anksa ma pytanie. Jak się stąd wydostać?
- Eeee - chlopak błysnął inteligencją.
- Hej, wiesz kim jesteś i co się tu dzieje?
Wciąż sie w nich tępo wpatrywał, kiedy dobiegły ich dzwieki walki.
Khajiit natychmiast pobiegł sprawdzić co się stało - Posiłki z zewnątrz? - zapytał Micareth.
-Może?
Nim slończyli rozmawiać ktoś zmaterializował się koło nich. Chłopak jęknął ze strachu.
-Możecie już wychodzić, droga wolna - nieznajomy zaskoczył ich tak mocno, że nawet nie zdążyli wyciągnąć broni.
-Yyyyy, Co? -odpowiedział Milten- chyba tak działają materializujące się koło ciebie wampiry.
-Droga wolna uciekajcie. - wampir nie pokazywał po sobie irytacji ich zachowaniem. Starał zachowywać sie niegroznie, chodz to, że ociekał krwią potworów nie pomagało mu.
- My jesteśmy wdzięczni za pomoc, ale cieżko się ją przyjmuje od nieznajomych - pierwszy otrząsnął się Sha'anksa.
-O, przepraszam - to słowo ociekało sarkazmem w ustach nieznajomego. Drużyna otrząsneła się i przygotowała do obrony.
-Znam Cię. Jesteś jednym z nich , nie ufajcie mu.
-O, napewno mnie nie znasz marionetko, wyczuwam w tobie Wampirzą magię i jej źródło. Czas się ciebie pozbyć.
- Nikt sie nikogo nie pozbędzie on jest z nami -wojowniczka postawiła sprawę jasno. Wampir zamarł w półkroku. - Kim jesteś i czemu nam pomagasz?
-Dobrze jak chcecie, ale miejcie na niego oko - wskazał chłopak - za parę dni bedzie z niego wampirzy pomiot, a i teraz to niezłe z niego ziółko. Pomagamy wam, bo wraz z przyjaciółmi reprezentujemy tą bardziej konserwatywną część rady. Nie odpowiada nam kierunek, w jaki zmierza nasza społeczność.
- A poprzedni wam odpowiadał - Khajiit prychnął.
-Tak - wampir odpowiedział spokojnie - wy się trzymaliście z daleka od naszej siedziby, a my od waszej. Wszyscy byli szczęśliwi. Taki sobie wszyscy wypracowaliśmy układ nawet jesli tylko nieświadomie. Nikt nie chce umierać.
-Akurat - kobieta prychnęła -to czemu to miejsce jest owiane tak złą legendą?
-Bo mieszkają tu potwory - prychnięcie Sha'anksa ją zaskoczyło - Ten rozumie układ, każdy miał względny spokój. Potwory nie nękają ludzi w ich domach, a ludzie nie organizują łowów na potwory. A co sie zmieniło?
-Powiedzmy, że pewien nowy nabytek naszej społeczności przekonał wiekszość z nas że czas na zmiany. Zmiany, które zakłócą równowagą i doprowadzą do eskalacji przemocy. -Wampir zaczął przemawiać z pasją.
-Rozumiem, rozumiem - wojowniczka odłożyła rapier Khajiit.
- Pospieszcie się tam. Ile można na was czekać?- rozległ się dudniący głos mężczyzny koło wyjścia.
-To nie wszystko wampirze, prawda? Ten układ wcale nie był taki naturalny- znam was, macie swoich stronników w mieście. - ostrza Sha'anksa dalej spoczywały w jego rękach.
-Tak, to prawda, ale powinno martwić o coś innego, Kocie. Mianowicie to, że są wsród was tacy którzy są za połączeniem naszych społeczności. To już trwa i chyba nie jesteście zadowoleni z efektów. A teraz się wynoście nie macie wiele czasu.
Nikogo nie trzeba było długo przekonywać.
Wykonanie rozkazu porucznika było dla łatwym zadaniem. Dzięki fosforyzującej florze było dla niego wystarczająco jasno. Szybko omiótł podziemia wzrokiem, zajrzał w kilka najbliższych zakamarków. Był ostrożny, ale nie spodziewał się pułapek. Kręciło się tu za dużo tych głupich stworów. Pewnie by w nie tylko wpadały — pomyślał — nie Sha'anksa na pewno nie znajdzie tu żadnych niespodzianek. Bardziej go zastanawiało czy to, że spotkali „Przyjaciela” Angra było przypadkiem? Czy może było w tym coś więcej? Pewne było to, że za zaginięcia w Greymoor odpowiadały wampiry, a on się nimi brzydził. Słyszał jakie te stwory potrafią być podstępne i jaka sieci intryg potrafią pleść. O tak Sha'anksa wiedział, że to nie był przypadek i że musi nie ufać wszystkim jeszcze bardziej.
Usłyszał krzyk bólu, dochodzący z kierunku gdzie pozostawił swoich Toważyszy i postanowił wóciś. Angar i Micareth, która stała nad zrekapitulowanymi zwłokami, patrzeli się w przeciwnym kierunku.Vera zaś siedziała na podłodze, masowała sobie skronie i chyba też chichotała obłąkańczo. Ok wszyscy zwarjowali — pomyslal i sykną krótko. Grimes i Wojowniczka spojrzeli na niego, a potem Micareth podbiegła do Very.
-Chciałem go przesłuchać — oczy porucznika kipiały złością.
-A co miałam zrobić -Micareth podniosła się znad Elfki.
-Sha'anksa melduj — Angar odetchną głęboko.
-Ten nie znalazł tutaj żadnego niebezpieczeństwa Panie poruczniku, za nami droga czysta jeszcze, chyba a co przed nami, Khajiit spodziewa się najgorszego.
-Zbieramy się stąd jak najszybciej, wiemy co tu siedzi, trzeba o tym zameldować. Już — Grimes wydał rozkaz — co jest Verze?
-Nie wiem poruczniku chyba coś z głową — wyzuciła z siebie Micareth.
-Co za brak poszanowania dla zwłok — z kierunku, w którym leżała głowa doleciał mrożący krew głos. Angara i Sha'anksa ostrożnie podeszli do głowy — Witam poruczniku Angra Grimesie, dziękuje za odpowiedzenie na moje zaproszenie, AAAA silna ta elfka ehh, liczę na to, że wkrótce spotkamy się w bardziej dogodnych okolicznościach... - twarz głowy zastygła w groteskowym wyrazie.
- Nareszcie łajdaku wynoś się z mojej głowy- krzyk Very wytrącił ich z osłupienia.
-On jest skołowany i ma bardzo złe przeczucia i bardzo się martwi, że z Panem porucznikiem chcą porozmawiać takie osobistości, co to gadają przez martwa głowy.
-Mnie się to też nie podoba -odparł Angar.
-Co robimy ?
-Zdobyliśmy informacje — wiemy, mniej więcej co tu siedzi i zostaliśmy zdemaskowani. Pozostaje nam tylko powrót i niedoprowadzenie do tych dogodnych okoliczności, o których mówił.
-Ten sobie myśli, że głowa używała dziwnych słów, kiedy do pana mówiła i Sha'anksa ma pytanie.
-Jakie? - choć Angara już się domyślał.
-Kto Porucznikowi Angrze Grimes wręczał ostatnio jakieś zaproszenie?
Po długiej chwili milczenia, Grimes usłyszał pierwsze kroki.
Przyjrzał się stanowiącej obraz nędzy i rozpaczy Argoniance i westchnął. Kobieta była niezdrowo chuda i a jej ubranie brudne i zniszczone. Tylko to, że była wykonane z materjałów wysokiej jakości sprawiało, że dalej jej ubiór utrzymywał się w jednym kawałku. W jej oczach kryła się determinacja i nadzieja.
Podeszła do krat i powiedziała.
- Powiedz mi człowieku co to za szansa na odmienienie mego losu się przedemną otwiera? - Powiedziała chrapliwym głosem.
Angra przyjrzał się jej próbując ocenić jej przydatność w wyprawie. A fakt ze była Argonianką w tej sytuacji przemawiał na jej korzyść. Natomiast buńczuczność i śmiałość pytania postanowił zignorować.
- Jak masz na imie?
Westchnęła wiedząc co się za chwile stanie - Strzała-W-Kolano - powiedziała w swym języku.
-"Szzczalulono " ? Co to w mordę ogóle znaczy?
-Hej, kiedy się pytasz bądz gotowt na odpowiedz - powiedziała rozkładając rece - najbiższe znaczenie to będzie "wymówka do pozostania w domu".
-W porządku Wymówka- Grimes rozejrzał się po wiezieniu. Na razie nikt oprócz niej nie garną się do rozmowy z nim postanowił wiec naświetlić im sytuacje. Mówił do Wymówki, ale tak, żeby go wszyscy słyszeli. - wybieram się do Blackreach z misją zwiadowczą. Czy znasz jakieś umiejetności, które mogły by mi się przydać?
Oczy Wymówki lekko się ożywiły, a potem powróciły do poprzedniego stanu, po czym parsknęła śmiechem — A jak myślisz człowieku, który się jeszcze nawet nie przejawiłeś, Mam ? Po czym wykonała powolny obrót machając ogonem.
- Myślę, że masz - usmiechnoł się pod nosem, jaszczuroludzie byli znani ze swojego poczucia humoru. - a gdyby się okazało, że jednak nie poradzisz sobie na bagnach zawsze mogę cię utopić.
Oboje wybuchli gromkim śmiechem a atmosfera w celach się rozluźniła. Jeden rzut oka pozwolił Porucznikowi stwierdzić, że reszta więźniów podjęła już decyzje i że zaraz zgłosi się ktoś jeszcze.
-Mam ma Imie Porucznik Angra Grimes. Przyjmuje twoje zgłoszenie na ochotnika.