Wieczór tonął w czerwieni zachodzącego słońca. Ostatnie promienie ześlizgiwały się po pokrytym gontem dachu karczmy, stojącej na rozstaju dróg. Wewnątrz panował półmrok, rozświetlany płomieniami tańcującymi w kominku. Bodila wyrwał z zamyśleniana trzask pękającego w ogniu polana. Jednym haustem wypił resztkę piwa, odstwaił kufel i utkwił w nim mętny wzrok.
– Jeszcze jeden kufelek ? – Karczmarz wyrósł przed nim z dzbanem pełnym piwa.
– Lej – westchnął urzędnik nie podnosząc wzroku.
– Może coś na ząb? Mamy świeżo upieczone żeberka w sosie grzybowym. Palce lizać.
– Dzięki, ale wystarczy piwo. – Bodilowi co prawda żołądek przywierał do kręgosłupa a zapach pieczystego wywoływał ślinotok, jednak intuicja podpowiadała, że nie będzie mu dane w spokoju nasycić się strawą.
Karczmarz uzupełnił kufel i zapalił świecę. Urzędnik w tym czasie wysupłał z sakiewki monetę i położył na stole. Złoto zaświeciło w blasku świecy. Oberżysta zerknął łapczywie na pękaty trzos znikający pod kaftanem gościa.
– To za kolejną noc. – rzekł Bodil nie podnosząc wzroku.
– Ależ oczywiście. Każę posprzątać izbę. – Karczmarz skłonił się, zręcznym ruchem schował monetę i oddalił się.
Na zewnątrz powoli zapadała noc. Na podjeździe rozległ się tętent kopyt i okrzyki jeźdźców, po czym do karczmy weszło trzech uzbrojonych mężczyzn. Zamówili po kuflu piwa oraz wychwalane przez karczmarza żeberka. Ten zaś, skłoniwszy się, mrugnął porozumiewawczo do jednego z nich i skinieniem głowy wskazał na siedzącego nad kuflem Bodila. Mężczyzna ruszył w jego stronę.
– Bodil, chłopcze! A ty skąd się tu wziąłeś?
Skryba podniósł wzrok i zesztywniał. Serce zabiło mu szybciej.
– Kapitan Beinard – stwierdził cichym i beznamiętnym głosem, siląc się na obojętność.
Beinard z gracją osuwającej się lawiny zasiadł na ławie naprzeciw urzędnika. Wlepił w niego badawczy wzrok.
– Dostałeś zadanie do wykonania. Możesz wytłumaczyć, dlaczego więc siedzisz od kilku dni w gospodzie upijając się w trupa?
– Skąd wiecie, kapitanie, że od kilku dni?
– Wiem wszystko, co się dzieje w promieniu pięćdziesięciu mil chłopcze. – odpowiedział oschle Beinard. – Wiem również, że sypiesz monetami na lewo i prawo, stawiając kolejki każdemu, kto przewija się przez tę spelunę. Mów, skąd masz złoto.
– Oni nie żyją, kapitanie… Nie żyją! – Jęknął skryba i ukrył twarz w dłoniach. Jego ciałem targnął szloch.
– Kto nie żyje?
– Ci, którym zawdzięczam życie. Sha’anks, Micareth i porucznik Grimes. Oni…
– Grimes nie żyje? – przerwał mu kapitan. – Spójrz na mnie!
Skryba podniósł wzrok i spojrzał w oczy kapitana. Poczuł na sobie przenikliwość szarych jak stal źrenic.
– Mów od początku wszystko – kontynuował Beinard rozkazującym tonem. – Gdzie byłeś i skąd wiesz o śmierci porucznika!
– Niewiele pamiętam… Zostałem napadnięty na trakcie i ogłuszony.. – Bodil nerwowo ściskał w dłoniach drewniany kufel. – Wiem tylko, że gdy odzyskałem świadomość, to ogarnęło mnie przerażenie. Znajdowałem się w samym środku walki w sercu Blackreach. Jak się okazało, porucznik Grimes wraz ze swoimi ludzmi wykonywali jakąś misję, a mnie odnalezli przez przypadek. To porucznik wydał rozkaz, aby mnie uratować i wyciągnąć z tego przeklętego miejsca, To dzięki niemu tutaj jestem, chociaż on sam poświęcił swoje własne życie.
– Jak zginął Grimes? – chciał wiedzieć kapitan.
– Stoczył śmiertelną walkę z wampirem. Zrobił to, aby jego towarzysze mogli uciec a przy tym uratować mnie. Oni jednak również zginęli.
– A złoto? – chciał wiedzieć kapitan. – Skąd masz złoto?
– Podczas przedzierania się przez jaskinie Blackreach natknęliśmy na skrzynię pełną złotych monet – wyjaśnił skryba. – Wypchaliśmy nimi sakwy, ale tylko mnie dane było z tego złota skorzystać. Ale ja już nie chcę tego złota, bo jest przeklęte. Jest splamione krwią. Dlatego je zakopałem, a sobie zostawiłem tylko tyle, by móc przez chwilę o tym zapomnieć.
Bodil chwycił kufel i przytknął do ust. Pił wolno, a płyn spływał mu strużkami po brodzie kapał i na kaftan. Beinard skrzywił się, po czym dał znak towarzyszom, a ci , oderwawszy się od szynkwasu, podeszli natychmiast.
– A teraz chłopcze – rzekł kapitan, wstając od stołu – wskażesz nam miejsce, gdzie ukryłeś złoto.
* * *
– Jest! Jest złoto! – zakrzyknął jeden z obstawy Beinarda, rozgrzebując sztyletem ziemię.
Znajdowali się pod wiekowym, rozpostartym dębem, na niewielkiej, leśnej polanie, niecałą milę od gospody. Kapitan stał z założonymi rękoma. Bodil chwiał się na nogach. Zatknięta w ziemię pochodnia oświetlała ich migotliwym blaskiem.
Po chwili cztery ciężkie sakwy wypełnione monetami leżały u stóp kapitana. Oczy zapłonęły mu chciwością a na usta wypełzł obrzydliwy grymas zadowolenia.
– Jak, na bogów, takie chuchro zdołało przytargać ze sobą tyle kruszcu – mruknął do siebie Beinard, schylając się i rozwiązując jedną z sakw. Zanurzył dłoń w pobrzękujących monetach.
– Wykopcie teraz większą dziurę – rozkazał swoim ludziom, po czym spojrzał na Bodila – on tutaj zostaje.
– Nie… Nie! – wyjąkał skryba głośno. Odpowiedział mu tylko złowieszczy szum wiatru w koronie dębu oraz wesoły rechot kopiących.
– Kapitanie Beinard, litości. – błagał skryba. – Wskazałem Ci, gdzie jest złoto. Jest twoje. Dlaczego nie pozwolisz mi odejść?
– Nie możesz tak po prostu odejść, chłopcze – odpowiedział lodowato. – Twoje życie należy do mnie. Udało ci się uniknąć gorszego losu, także możesz mi teraz podziękować. Skończcie z nim.
Ruszyli ku niemu ze sztyletami w dłoniach. Bodil wystawił przed siebie dłonie i zaczął się cofać. Oprawcy byli coraz bliżej.
– Kapitanie! – wykrzyczał rozpaczliwie urzędnik. – Nie ma w twoim sercu chociaż odrobiny litości?!
– Litości? – zagrzmiał Beinard. – Litości?! Nie ma litości dla takich jak ty! Nie ma litości dla słabeuszy! Nie ma litości dla tchórzy! Świat należy do tych, którzy mają wrodzone prawo do władzy i odwagę, aby po nią sięgnąć. Kiedy władca nieumarłych zapanuje w końcu nad całym światem, wtedy pozbędziemy się wszystkich, którzy zechcą postawić jakikolwiek opór. Bo to ja będę panem życia i śmierci. Twoje życie należy do mnie!
Wtem rozległ się cichy szelest i w okamgniniu jeden z ludzi Beinarda wylądował na ziemi, uderzając o nią tak, że powietrze uszło z niego z głośnym świstem. Leżał na plecach trzymając się za gardło, z którego pulsującym strumykiem wypływała krew. Poruszał ustami w niemym krzyku, a w mętniejących oczach widać było uchodzące wartko życie. Na jego brzuchu siedział Sha’anks. Kompan konającego rzucił się z sztyletem na Khajita, jednak ten zrobił unik., odskoczył w bok i zanim zniknął w ciemnościach, zdąrzył jeszcze wesoło zakrzyknąć.
– Nie zabiorę ci tej przyjemności, Micareth.
Micareth wyłoniła się z cienia jak zjawa. W ręku lśniło długie i ostre jak żądło ostrze. Wykonała nim dwa krótkie cięcia w powietrzu, a rozlegający się ostry świst zmroził kości faceta ze sztyletem. Odrzucił krótkie ostrze na ziemię i dobył miecza. Przyjął postawę defensywną i zaczął iść bokiem po okręgu zmniejszając także dystans do dziewczyny. Wykonał uderzenie mieczem z góry na dół. Micareth sparowała atak, jednak celowo na tyle słabo, aby wykorzystać siłe oręża żołnierza, do wyprowadzenia kontrataku. Ostrze dziewczyny zawirowało w powietrzu przerazliwie szybko i zatrzymało się w czaszce mężczyzny. To było niczym atak węża. Szybko, precyzyjnie, skutecznie. Żołdak osunął się na ziemię.
– Rzuć broń, kapitanie Beinard – rozległ się męski głos, po czym w świetle pochodni pojawił sierżant Gutrim. Na jego twarzy błąkał się nonszalancki uśmiech a w rękach trzymał załadowaną kuszę. – To już koniec. Jesteś aresztowany.
Zaskoczony kapitan rozejrzał się nerwowo. Głębię lasu dookoła niego zaczęły rozjaśniać zbliżające się pochodnie. Zrozumiał, że to potrzask. Rzucił się do ucieczki w kierunku, z którego nie dochodziło żadne światło, licząc, że uda mu się przedrzeć.
– Łapać go! – rozległ się czyjś okrzyk.
– Niech ucieka – rzekł głośno Gutrim – Niech ucieka. – dodał jeszcze raz, po czym się roześmiał.
* * *
Beinard przedzierał się przez krzaki niemal po omacku. Wcześniej dwa razy upadł i lekko skręcił nogę. Stał oparty o drzewo i przyglądał się karczmie, do której udało mu się dotrzeć, zastanawiając się, na ile może zaufać karczmarzowi. Wszystko przybrało zły obrót. Już od dawna wiedział, że sierżanta również trzeba się pozbyć. Nie mógł teraz wybaczyć sobie tego zaniechania. Jak zbiorę ludzi, to urządzę w jednostce taką czystkę, że…
– Witaj kapitanie.
Beinardem wstrząsło. Głos rozległ się niemal obok niego.
– Kto… Kto to? Kto tu jest?
Najpierw ujrzał dwoje czerwonych oczu a potem ukazała mu się twarz. Pobladł natychmiast i znieruchomiał.
– Grimes! – wyrzucił z siebie z rezygnacją.
Grimes uśmiechnął się i wyszczerzył ostre i długie kły.
– Twoje życie należy do mnie…
Angra zaś widział jak podkomendni przemykają bokiem, nieniepokojeni, a schodząca na dalszy plan część niego była zadowolona.
* * *
Stal pragnie krwi, niczym łaknący wampir. Pragnie jej tym bardziej, im większe do walki serce wojownika. Zimne ostrze topora rozcięło powietrze a bojowy okrzyk Grimesa zabrzmiał niczym wojenna pieśń . Micareth i Sha’anks oddalali się pośpiesznie, przylgnięci do skalistej, pokrytej wilgocią ściany. Odgłosy starcia pomiędzy ich dowódcą a wampirem cichły w miarę pokonywania kolejnych jardów. Byli czujni a ich ruchy płynne i zdecydowane. Przemykali przez jakiś czas nie niepokojeni, rozświetlając drogę pochodnią, jednak coraz szybszy i płytszy oddech Khajiita zwrócił uwagę Micareth.
– Stój! – syknęła szeptem, odwracając się do Sha’anksa, po czym przykucneła. – Połóż ten cholerny balast na chwilę. Musisz złapać oddech.
Khajiit położył ostrożnie urzędnika na ziemi, bacznie obserwując jego twarz, ta jednak była zastygła w bezruchu, jakby wyrzeźbiona z alabastru.
– Ciężko będzie się stąd wydostać, taszcząc go ze sobą – stwierdziła wojowniczka obrzuciwszy wzrokiem nieprzytomnego mężczyznę.
– Nie możemy go tutaj zostawić! – wysapał Sha’anks marszcząc czoło.
– Nie chcę go zostawiać, kotku – westchnęła Micareth, kładąc mu dłoń na ramnieniu. Khajiit ujrzał w jej oczach nikły ślad rozczarowania. – Jednak osłabłeś a ja nie jestem w stanie walczyć za nas dwoje. Musimy przekraść się do wyjścia niezauważeni możliwie jak najciszej, to może ujdziemy z życiem.
Sha’anks przytaknął skinieniem głowy. Był pewien swoich umiejętności poruszania się w ciemności oraz trudnym terenie i chociaż dźwiganie bezwładnego ciała pogarszało tylko jego kocią zwinność, to zdecydowanie nie tracił ducha. Odpoczywali jeszcze przez chwilę, wsłuchując się we własne oddechy. Stawały się coraz głebsze i spokojniejsze.
– Gaś pochodnię – nakazał Khajiit, podnosząc się. – Ja będę naszymi oczami.
Przemieszczali się wolno. Sha’anks zatrzymywał się co kilkanaście kroków, nasłuchując i lustrując kocim wzrokiem skalne złomy i ich kontury w poszukiwaniu wroga. W oddali mieniły fluorescencyjne łuny grzybów oraz pnączy, porastających grotę. Otoczenie było ciche i sprawiało wrażenie opustoszałego. Pomimo ich rozgrzanych ciał, skórę otulał delikatny niczym jedwab dotyk zimnego powietrza. Krople wilgoci na futrze Khajiita mieniły się w blado błękitnej poświacie.
Sha’anks nagle znieruchomiał.
– Micareth! – szepnął gwałtownie – Na ziemię, szybko!
W mgnieniu oka przywarli do zimnego podłoża, nieruchomiejąc. Bezwładny urzędnik leżał pomiędzy nimi. Micareth milczała, starając się tłumić własny oddech, nasłuchując. Wewnątrz groty rozległ się niski, głuchy pomruk. Potem kolejny.
– To wilkołaki! – stwierdził Khajiit głosem zdradzającym bladą wściekłość, po czym wyszeptał pośpiesznie. – musimy wracać, czym prędzej, wracać. One już węszą, nie mogą nas zwietrzyć! Jest ich całe stado i jak nas dopadną, rozszarpią nas na kawałki!
Zdołali się wycofać kilkanaście jardów, do miejsca, w którym stracili z oczu lśniące błekitem rośliny, aż spowiła ich całkowita ciemność. Przytłumione powarkiwanie rozlegały się co chwilę, gdy nagle powietrze w grocie rozdarło przejmujące, wilkołackie wycie.
– Chyba nas zwąchały, parszywe kundle! – wyszeptał gorzko Khajiit.
Odgłosy dochodzące ich uszu zdradzały, że wataha jest coraz bliżej. Warkoty stawały się coraz głośniejsze i agresywniejsze. Micareth ścisnęła rekojeść miecza.
– Tanio skóry nie sprzedam, kotku – jej delikatny głos zdradzał stalową determinację.
Sha’anks uśmiechnął się w duchu. Miło będzie zginąć w tak doborowym towarzystwie. Już chciał jej to wyznać, gdy raptem zadrżał i złapał Micareth za ramię.
– Bierz tego urzędasa za nogi i wynosimy się stąd – niemal wykrzyknął.
* * *
Sha’anks wyczuł delikatny ruch powietrza, który dochodził z wąskiej szczeliny w ścianie, przy której przycupnęli w oczekiwaniu na ostateczną walkę. Z trudem udało im się do niej wcisnąć, wciągając ze sobą urzędnika. Zagłębili się w rozpadlinę na kilkanaście stóp, grunt opadał coraz stromiej, Khajiit wyczuwał nieustannie prąd powietrza, co utwierdzało go w przekonaniu, że trafili na jakąś jaskinię, więc niewykluczone, że udałoby się wymknąć wilkołakom. Były zdecydowanie zbyt duże, aby podążyć ich śladem.
Wtem poczuł, jak obsuwa mu się stopa na stromym, miałkim gruncie i zsuwa się ostro w dół. Próby złapania się czegokolwiek spełzły na niczym, pazury wbijały się w żwir nie dający żadnego oparcia. Dosłyszał tylko ciche stęknięcie Micareth i odgłos szurania ich ciał po żwirowym nasypie. Wylądowali z pluskiem w płytkiej wodzie, a ułamek chwili później dołączyło do nich bezwładne ciało nieprzytomnego towarzysza.
– Oddycha – stwierdził z opanowaniem Sha’anks – Jesteś cała?
– Tak.
– Pomóż wrzucić mi go na plecy. Zmykamy stąd.
Ruszyli w milczeniu, Khajiit prowadził, opierając się na swoim instynkcie. Czuł prąd świeżego powietrza, jednak posuwali się powoli nieomal w całkowitej ciemności oraz w wodzie sięgającej kostek. Odpoczywali dwa razy, nie rozmawiając w ogóle, wyrównując tylko oddechy i wsłuchując się w rozkołatane serca, gdy w oddali pojawił się blask ognia.
Przez chwilę przyglądali się w bezruchu płonącej pochodni, zatkniętej na żelaznym uchwycie na ścianie.. Mieli przed sobą długi korytarz, obudowany drewnianymi belkami i legarami. Drugi koniec korytarza tonął w ciemności.
– Opuszczona kopalnia! – stwierdziła Micareth, rozglądając się na boki. W jej głosie rozbrzmiała nadzieja. – Ten chodnik musi prowadzić do wyjścia.
– Wygląda mi to na sztolnię wydrążoną w zboczu góry. – Sha’anks postawiwszy uszy, przesunął powoli wzrok na wojowniczkę – Wyczuwam delikatny prąd świeżego powietrza. Nie ma na co czekać.
Ruszyli żwawym krokiem. Podłoże było już suche, mogli iść szybciej. Korytarz piął się nieznacznie pod górę a Sha’anks zaczynał dosyć poważnie odczuwać ciężar, który taszczył na plecach, jednak myśl o wydostaniu się z Blackreach dodawała mu nieustannie sił . Micareth maszerowała kilka kroków przed nim z mieczem w dłoni i czujnym wzrokiem lustrującym otoczenie. Po czasie ich oczom ukazała się drewniana brama do sztolni, a w niej dwa zakratowane okienka, przez które prześwitywało nocne niebo. Czuli, jak ich twarze omiata powiew świeżego powietrza, gdy nagle inny podmuch ze świstem niemal rozwiał włosy Micareth.
– Strzała ! – krzknęła wojowniczka, robiąc susa w bok i chowając się za pionową belką podtrzymującą strop chodnika.
Khajiit w tym czasie padł na ziemię przy przeciwległej ścianie wraz z nieszczęsnym balastem. Wytężył wzrok. W półmroku, z małej wnęki z boku korytarza zamajaczyła idąca powoli sylwetka Falmera. Szedł w ich stronę.
– Micareth, musisz zwrócić na siebie jego uwagę. Jak podejdzie wystarczająco blisko, zrobię z niego miazgę!
Po chwili falmer leżał z rozszarpanym gardłem niecałe trzy stopy od nieprzytomnego urzędnika. Kot i wojowniczka stali nad jego truchłem szczerząc zęby.
– To było łatwe – mruknął z satysfakcją Sha’anks, szturchając delikatnie łokciem Micareth.
– Zbyt łatwe, Khajiicie! Zbyt łatwe! – rozległ się donośny głos od strony bramy wyjściowej. Spojrzeli w mgnieniu oka w tę stronę napinająć mięśnie i dobywając broni.
Wampir. Dumnie wyprostowany, idący leniwie w ich stronę. Ujrzeli bladą twarz, wykrzywioną w aroganckim uśmiechu oraz oczy płonące czerwienią żądzy , głodu i nienawiści.
– Jakież to tragiczne – westchnął ironicznie wampir, szczerząc kły i rozkładająć ręce. – Być tak blisko a zarazem tak daleko.
Sha’anks zrobił kilka wolnych kroków do przodu, trzymając ostrze z tyłu. Mięśnie były w napięciu, niczym sprężyny, gotowe do dynamicznego skoku. Micareth w tym czasie przemieszczała się w bok, próbując zajść wampira z drugiej strony.
– Żałosne – stwierdziłniedbale wampir, po czym wymamrotał zaklęcie, a jego dłoń rozbłysła zimno niebieskim blaskiem. Nim Khajiit zdążył zaatakować, rozbłysł nagle w łunie błękitnej plazmy i znieruchomiał. Oczy zaszły mu mgłą i po chwili kołysania się w przód i w tył, rzucił się z impetem na Micareth.
Wojowniczka cudem uniknęła ostrza w nią wymierzonego, zaskoczona nagłym atakiem ze strony Khajiita, jednak błyskawicznie odzyskała rezon. Zręcznie udało jej się wytrącić kotu broń z ręki, a ten począł atakować rękoma, próbując dostać się do jej gardła. Skoczył gwałtownie i z taką siłą, że Micareth pod naporem jego ciała i szaleńczej furii padła na plecy Kot usiadł na niej i zaczął dusić. Próbowała ugodzić go mieczem w plecy, jednak poczuła, że ma unieruchomioną rękę. Wampir nadepnął jej na dłoń i z uśmiechem przyglądał się, jak spazmatycznie próbuje złapać powietrze. Jak oczy jej mętnieją. Jak powoli Uchodzi z niej życie. Więc to będzie jej ostatni widok, pomyślała. Wampirzy wzrok wpatrzony w nią z szyderczym uśmiechem.
Wtem szyję wampira gwałtownie przeszyła falmerska strzała. Jego twarz zesztywniała i usta rozwarły się szeroko, po czym nadleciała druga strzała, wbijając się w oko i zatrzymując się głęboko w czaszce. Zanim straciła przytomność, ujrzała jeszcze, jak wampir osuwa się na ziemię, a zaraz potem Khaita jednym ciosem w głowę obezwładnia urzędnik.
* * *
Obudził ją świt na zboczu góry. Khajiit siedział obok trzymając się za głowę. Urzędnik podszedł do niej i rzekł z uśmiechem.
– Cześć. Jestem Bodil. Musimy porozmawiać