Kroki były ciężkie, nieco wolniejsze, niż by oczekiwał.
Grimes szybko połączył fakty, i bazując na wczorajszej rzeczowej, męskiej dyskusji podczas stania w porannej kolejce do wychodka, podniósł pochodnię wyżej. Przewidywał, że jego potencjalny rekrut może być tym rosłym Nordem, który podobno tak się rzucał kilka dni temu. Bydlak niby pobił trzech żołnierzy gołymi pięściami, napluł karczmarzowi prosto w oko (i to z czterech metrów), a jak już go wynosili, to panienka podbiegła zobaczyć czy to czasem nie jej chłop, i zemdlała od samego smrodu alkoholu w powietrzu. To dopiero lokalna legenda, psia mać. Durny, ale przywalić pewnie potrafi.
Kapryśny, trzaskający płomień pochodni szybko rozwiał jego przypuszczenia.
– Panie złoty generale, toż to pomyłka, jestem zwykłym kupcem... – zaczął gorączkowo chlipać niski, okrąglutki, różowy jak dobrze utyty knur Breton – … akurat przejeżdżałem żem w złym momencie przez trakt! Mówiliście, że mnie zaraz wypuścicie, a już od rana tu siedzę, uryną tu tak śmierdzi, jak za tą tanią karczmą tu na rozstajach...
Kilku więźniów wydało cichy wyraz oburzenia, ktoś się przemieścił, a grubas zaczął nerwowo się obracać, podskakując do żelaznej kraty z ohydnym sapnięciem. Grimes skrzywił się z odrazą, i splunął wymownie na bok. Znowu zrobiło się cicho.
– To nie moja sprawa, i nie mi cię sądzić. Szukam zdolnych do wojaczki, a ciebie nawet pijany ślepiec by o to nie oskarżył, więc łaskawie przesuń się na bok, a swoje żale i cudowne oblicze zachowaj dla kogoś innego.
Czoło Bretona zaczęło połyskiwać od potu, zacisnął dłonie mocniej na kratach, i wyszeptał:
– ...Słuchaj... mam skrytkę, tu niedaleko... dostaniesz roczny żołd… moi przyjaciele... oni załatwią ci...
Otyły mężczyzna nie zdążył dokończyć, gdy druga salwa z ust Angra zamknęła z pluskiem dyskusję. Tym razem nie celował w bok.
Angra przejechał masywną dłonią po ogolonej głowie, próbując odegnać wątpliwości.
– Czy znajdzie się tu ktoś, kto mięśniami, a nie ozorem, chce zapracować na drugą szansę? Nie będę was prosił, jak nie chcecie, to idę.
Grimes zaczął się powoli, wręcz teatralnie odwracać ku wyjściu, lecz ku jego zdziwieniu, nikt nie zaprotestował. Wiedział, że to nie jest normalne, w ich sytuacji, tonący brzytwy się chwyta. Czyżby ten stary buc Beinard…
– W Blackreach… – usłyszał, i otworzył szerzej oczy, a zimny dreszcz przebiegł mu po plecach – ...czeka cię śśmierć...
Grimes odwrócił się dynamicznie, a pochodnią uderzył z impetem w kraty, aż iskry strzeliły i rozbiegły się, znikając w zimnej, kamiennej posadzce. Przez ułamek sekundy zobaczył więźniów, skulonych po obu stronach celi, obserwujących kucającą w bezruchu postać, podpierającą się jedną dłonią o podłoże, zaskakująco blisko niego. Nie słyszał żadnego ruchu.
Płomienie odbijały się w drapieżnych, Argoniańskich oczach.
– Skąd wiesz o Blackreach?
– To całkiem prosste. – postać odpowiedziała cicho, ledwie ruszając ustami, wysuwając swój długi, jaszczurzy język. Mężczyzna. – przecież oboje wiemy, że wszystkie… drogi… tam prowadzą.
– Podejdź bliżej gadzie, albo ci pomogę. Nie należę do cierpliwych.
Przez kilka sekund nikt nic nie powiedział, było słychać jedynie trzaskający ogień pochodni. Jaszczur obrócił lekko głowę, patrząc na niego pod kątem, jak ciekawski pies.
– Nie naplujessz?
– To się okaże. Gadaj.
– Lepiej mi się dyskutuje, gdy nad głową widzę gwiazdy.
– To zamknij oczy, i sobie wyobraź. To nie takie trudne.
Tajemniczy Argonianin wstał, nie wydając żadnego dźwięku. Podszedł zwinnie, dynamicznie, lecz cicho. Zwiadowca, doświadczony. Solidnie zbudowany, blizny. Dobrze balansuje swoim ciężarem. Co on tu robi? Porucznik nigdy o nim nie słyszał. Może maskował się, udawał prostaczka?
– Mówią, że Grimes Angra, to nadęty gbur, który sssłynie ze złych decyzji. Jak będzie tym razem?
Angra spojrzał dłużej na Argonianina, jaszczur wydawał się być wyższy. Nie spuścił wzroku. Grimes już wiedział. Paskudny uśmiech wykrzywił mu twarz.
– Niech będzie, muszę dbać o moją reputację. Reszta, odsunąć się, gadzina idzie ze mną.