@Lordareon
Potwierdza to nawet Mirosław Filiciak w "Wirtualnym placu zabaw". O ile z perspektywy 2006 roku wiek graczy (w badaniach dotyczących EQ do których się odnosił) był zaskakujący (60% to osoby pełnoletnie) o tyle statystyki dotyczące płci nie budziły już żadnego zdziwienia (+80% mężczyźni).
Spostrzeżenie ciekawe z którym zgadzam się aż do ostatniego zdania. O grach nadal mówi się w dość niezręczny sposób w mediach tradycyjnych. Ich zrozumienie to wciąż domena ludzi młodych ciałem i duchem, ale szumne "biggest entertainment launch in history" w przypadku dwóch ostatnich częsci Call of Duty daje prawo do postrzegania zjawiska jako coś obszerniejszego niż wspomniana przez Ciebie nisza.
Co to za motyw muzyczny z pierwszych 3-4 minut gra w tle? Kojarzę go dobrze, ale nie jestem w stanie go znaleźć.
@ZENITHER1stPAD
Wszyscy, którzy mieli dłuższą styczność z WoTem są zgodni co do tego, że krytyka tego materiału jest jak najbardziej słuszna, ale sposób w jaki to zaakcentowałeś jest godny skomentowania. Wykazałeś się ignorancją i buńczucznością, na naszych oczach wręcz podtarłeś się netykietą. Troll-krasomówca wcale nie przestaje być trollem.

Rozdrażniło mnie to gramy. Kwestie dykcji - szczelamy, altyrelia. Poza tym przeszkadza dużo nieprecyzyjnych, albo nieprawdziwych informacji. Za dużo by wymieniać, ale praktycznie każde stwierdzenie jest do sprostowania. Pan JagdTiger nie jest ubawiony. Serio.
Najbardziej w tym roku zaskoczył mnie kompletny brak OnLive. Nie mówi się o nim ani w mediach, ani wśród graczy, nie ma serwisów poświęconych tej platformie. OnLive w zeszłym roku stosunkowo szybko zdążył namieszać (z oczywistych powodów), ale i również szybko zniknął.
Ci którzy w tym momencie zastanawiają się czym OnLive z pewnością zainteresują się krótka wikipedyjną notką:
"Cała gra odbywa się na zdalnym serwerze, a zrenderowana treść przesyłana jest do użytkownika za pomocą szybkiego łącza internetowego. Do gry wystarczy telewizor z prostą przystawką lub komputer o bardzo małej mocy obliczeniowej (jakikolwiek komputer z systemem XP, Vista lub Mac OS X). Wymagane jest łącze internetowe o szybkości 1,5 Mbps (dla rozdzielczości SD) lub 4-5 Mbps (dla rozdzielczości HD)."
Platforma została uruchomiona 17 czerwca tego roku i tak naprawdę nikt o tym nie mówił. Na chwile obecną większość dostępnych tytułów na OnLive są od UBI, a serwis zdaje się powoli porastać pajęczyną.
Jakiś musi być tego powód, prawda? Widzę to z kilku perspektyw.
Jako gracz z odrobiną doświadczenia jestem również bestią nawyków. Jednym z takich przyzwyczajeń jest posiadanie gry w namacalnej formie; możliwość dotknięcia pudełka, płyty. Nie chce „nie posiadać" gry za którą zapłaciłem. Mam świadomość, że cyfrowe rozprowadzanie gier to przyszłość, ale komfort jaki czuję z posiadania fizycznej kopii czegoś na co wydałem pieniądze jest o wiele większy.
Rynek sieciowej dystrybucji rozwija się w zastraszającym tempie, ale najważniejszym aspektem różnicującym granie na naszym sprzęcie od grania na OnLive jest to, że nawet jeżeli kupiliśmy coś online, pliki z daną grą czy filmem trafiają na nasz dysk twardy. Patrząc na OnLive mam drażniącą myśl związaną z tym, że mógłbym utracić kontrole nad swoim graniem. Nie chce by tak wiele czynników X wpływało na mój dostęp do gier i radość jaką z nich czerpię. Nie chce polegać na pewności funkcjonowania czegoś w czym nie jestem w stanie pogrzebać, sprawdzić. A co miałbym zrobić w sytuacji gdy podróżuje, nie posiadając możliwości podłączenia do Internetu? Handheldy, albo laptop zawsze się sprawdzą, OnLive niespecjalnie.
Ważnym faktem zdaje się kwestia podatności systemu na lagi. Zastanawia mnie jak cloud servering radzi sobie z niezbyt szybkimi łączami. O ile większość z nas zdążyła przyzwyczaić się już do okazjonalnych lagów w grach sieciowych, czy tolerowalibyśmy takie sytuacje grając powiedzmy w Wiedźmina, albo Cywilizacje? Czyste teoretyzowanie to jednak jest, bo styczności z OnLive nie miałem.
Co zdaje się być najważniejsze to jednak podejście twórców gier i sprzętu do tematu OnLive. Ciężko sobie wyobrazić, że firmy, które od lat budowały swoje imperium na przekonywaniu nas do zakupu coraz to lepszego sprzętu (nVidia, ATI) nagle będą siedzieć spokojnie i czekać jak banda nadmiernie optymistycznych wizjonerów mówi ludzia – „To jest przyszłość grania! Nie potrzebna ci nowa karta graficzna, sami odpalimy ci grę!”.
PC zdaje się jednak rządzić własnymi prawami. OnLive w takim przypadku idzie się mierzyć bezpośrednio ze świętą trójcą konsolowego grania – Microsoft, Nintendo i Sony. Nie będę nawet próbował udawać, że znam całą tą architekturę sprzedaży, skomplikowaną sieć licencji, które od kilku lat napędzają machinę o nazwie "next-gen gaming", ale idę sobie obciąć obie grabki, którymi w tym momencie pisze, że gdy sytuacja z OnLive by się rozwinęła, wszelakie ustalenia i plany pomiędzy wydawcami, a twórcami konsol wyskakiwałyby jak grzyby po deszczu. Ważną kwestią jest również to, że spora część studiów tworzących gry jest własnością producentów konsol, lub innych wydawców. Nintendo defekuje pieniędzmi, a w ciągu ostatnich kilku lat mieli wręcz niesamowity przypadek biegunki. Wyobraźcie sobie Nintendo, które w całej swojej osobliwości zgadza się na to, aby na tej samej konsoli można było odpalić zarówno najnowszego Mario jak i Assasin’s Creed. Donkey Kong z Gears of War. Przykłady można mnożyć, ale każdy kto bawi się grami nie od dziś widzi w tym pewne kuriozum.
Wygląda więc na to, że mimo chęci zabrakło tego czegoś. OnLive z założenia miało być konsolą absolutną – platformą jednoczącą to co od zawsze budziło podziały wśród graczy. Wyobraźcie sobie - na jednym sprzęcie najpierw wybić kilka bóstw Kratosem, postrzelać w Halo, a następnie przerzucić się w średniowieczne klimaty zdobywając zamki w Medieval: Total War. Brzmi fajnie? To gdzie jest w takim razie OnLive?