Wartownik wpatrywał się znudzonym wzrokiem w ciemną noc. Podejście do fortu oświetlały księżyce i gwiazdy, a korona murów rozświetlona była blaskiem pochodni. Żołnierz uznał, iż ma szczęście, że przydzielony został do spokojnego garnizonu, zamiast walczyć w kolejnych bitwach i kampaniach przetaczających się przez Tamriel. Ledwie dokończył myśl, a osunął się bez zmysłów. Nim bezwładne ciało padło na deski, Sha’anks pewnie je pochwycił, bezgłośnie układając na chodniku. Miał nadzieję iż sierżant, do którego wysłał ich porucznik, okaże się nieco bardziej kompetentny, niż jego towarzysz broni. Khajiit rozwinął linę, którą był obwiązany w pasie, i przerzucił ją nad krawędzią muru. Po dłuższej wspinaczce dołączyli do niego Micareth i Bodil. Wojowniczka spojrzała pytająco na nieprzytomnego wartownika oraz khajiita, który wzruszył ramionami.
- Musiał być nieprzytomny zanim Sha’anks go uderzył. Nawet ludzie nie dają się tak łatwo podejść.
- Mamy przekonać załogę – przypomniała – Gdy znajdziemy sierżanta postaraj się go nie napadać.
Związali i zakneblowali nieprzytomnego strażnika kawałkami liny użytej do wspinaczki, po czym cicho znieśli je z murów. Pozostawili skrępowanego żołnierza pod opieką Bodila, a sami zaczęli przekradać się przez dziedziniec, ku koszarom oddziału sierżanta Gutrima.
***
Beinarda obudziło walenie do drzwi. Przez wąskie okno kwatery widział, iż dzień na dobre jeszcze się nie zaczął. Klnąc pod nosem ubrał się, narzucił kolczugę i przypasał miecz – od chwili gdy pozbył się Angry nikt nie zawracał mu głowy. Podwładni dobrze rozumieli zależność między nadgorliwością porucznika a jego gotowością do wyruszenia na straceńczą misję. Kapitan otworzył szarpnięciem drzwi, wpuszczając do pomieszczenia chłód poranka. W przejściu widniała zwalista postać sierżanta Gutrima, w pełnym rynsztunku bojowym.
- Panie kapitanie, jest pan potrzebny w koszarach.
Beinard nie czekał na dalsze słowa sierżanta, zakładając iż chodzi o kolejną burdę lub oskarżenie o korupcję. Gdy minął Gutrima zobaczył, iż jego kwaterę kordonem otacza oddział sierżanta, który zamknął za nim drzwi i położył ogromną rękę na jego ramieniu. Kolejne słowa Gutrima wywołały w nim wściekłość i niedowierzanie, które jednak zdołał zamaskować.
- Kapitanie Beinard, aresztuję Cię pod zarzutem zdrady Paktu Ebonheart.
***
- Sha’anks od początku powtarzał, że to zły pomysł.
Micareth wyjątkowo nie spierała się z khajiitem, obserwując jak żołnierze przygotowywali główną izbę w koszarach do procesu. Gdy w nocy dotarli do Gutrima, z trudem zdołali przekazać wiadomość od Grimesa. Nawet gdy sierżant, z widocznym trudem, przeczytał wiadomość od porucznika, nie zamierzał stosować się do rad Sha’anksa i Micareth – zarzuty wobec zwierzchnika wydawały się podoficerowi niewiarygodne. Zamiast zabić i, dla pewności oraz zgodnie z sugestią Sha’anksa, poćwiartować Beinarda, postanowił on umożliwić kapitanowi odniesienie się do zarzutów. Jeszcze w nocy sierżant postawił swój oddział w stan gotowości – mimo wszystko wiedział, iż w odróżnieniu od niego większość żołnierzy nie miała poważnych zastrzeżeń wobec Beinarda. Część z nich przymykała oko na nadużycia i korupcję w forcie, a pozostali brali w nich czynny udział. Jednak Gutrim nie mógł na podstawie relacji dwóch byłych więźniów samodzielnie osądzić oficera Paktu. I tak zasiadał za długim stołem razem z pozostałymi czterema sierżantami garnizonu Greymoor, wpatrując się w stojącego przed nimi kapitana. Podkomendni sierżanta pilnowali porządku w koszarach, jednak wieść o aresztowaniu dowódcy szybko rozeszła się wśród reszty załogi, a izba wypełniła się niemal po brzegi.
Sam Beinard sprawiał wyjątkowo spokojne wrażenie. Odziany w zbroję oraz płaszcz oficerski bardziej przypominał sędziego, niż oskarżonego. Miarowym potupywaniem dawał upust irytacji, którą budził w nim trwający spektakl. Gutrim zresztą nie był pewien, czy zwołany przez niego sąd i proces mają jakąkolwiek podstawę prawną. Wiedział tylko, iż nie może zignorować zarzutów, a zarazem konieczne jest zachowanie dyscypliny w Greymoor.
Gwar w izbie natychmiast ucichł, gdy Gutrim powstał, by powtórzyć zarzuty. Następnie odczytał wiadomość od porucznika, który opisywał zdradę kapitana, los nieszczęsnego Miltena oraz złowrogi proceder odbywający się w Czarnej Przystani. Potem przyszła kolej na Sha’anksa i Micareth, którzy zrelacjonowali przebieg ich wyprawy, potwierdzając słowa Angry. Ponadto ukazali księgę i kryształy zabrane z wampirzej twierdzy. Wreszcie nadszedł moment, którego Gutrim najbardziej się obawiał.
- Jak odnosisz się do zarzutów, kapitanie?
Po słowach sierżanta w izbie zapadła kompletna cisza. Beinard rozejrzał się po izbie, po czym wbił lodowate spojrzenie w sierżanta.
- Rozumiem, iż na podstawie słów dwóch więźniów, którzy pod osłoną nocy zakradli się do fortu, postanowiłeś uwięzić swego dowódcę, sierżancie. Nie przyszło ci do durnego łba, że twoi „świadkowie” bardziej ode mnie nadają się na oskarżonych w twoim teatrzyku?
- Ci więźniowie zostali wybrani przez porucznika Angrę, aby…
- Milcz, durniu! - nagły wybuch Beinarda, przełamujący pozorną fasadę spokoju kapitana, uciszył sierżanta. Pierwszy raz w życiu wojskowa rutyna zadziałała na niekorzyść Gutrima.
- Wszyscy słyszeliście, że Angra niczym nie różni się od stworzeń, którym rzekomo służę. – ciągnął Beinard – Postanowiliście dać wiarę wampirowi oraz dwójce przestępców, i aresztować kapitana wojsk Paktu. Nie widzicie, głupcy, że to na pozbyciu się mnie najbardziej powinno zależeć pobratymcom Grimesa?
Micareth nie wierzyła własnym uszom. Najwyraźniej porucznik i sierżant nie docenili Beinarda, który właśnie zręcznie tworzył świadectwo własnej niewinności, wykorzystując świadczące przeciw niemu dowody. W dodatku zdobywał przy tym posłuch części zgromadzonych, gdyż w izbie podniosły się głosy poparcia dla oficera, który jednak uniesieniem ręki ponownie uciszył podwładnych.
- Wiem, że nie powinienem się po tobie spodziewać zbyt wiele, jednak nie wierzę, sierżancie, by nie przyszło do głowy przesłuchać jedynego świadka służącego w Greymoor. Skrybo Bodil, wystąp.
Sha’anks z narastającą konsternacją spoglądał, jak młody urzędnik przepychał się między rzędami żołdaków. Zupełnie zapomnieli o młodzieńcu, zajęci z Gutrimem przygotowaniami do pochwycenia kapitana. Gdy skryba stanął pośrodku izby Beinard zwrócił się do niego z pytaniem, czy potwierdza doniesienia Angry oraz khajiita i wojowniczki.
- Nie, panie kapitanie – Micareth nie była pewna, czy bardziej zaskoczyła ją deklaracja Bodila, czy też nagła zmiana jaka zaszła w jego postaci. Mówił teraz donośnym, zdecydowanym głosem, dumnie wyprostowany przed oficerem – Zostałem uprowadzony do Czarnej Przystani, a następnie wzięty w niewolę przez Angrę i jego towarzyszy. Pod groźbą śmierci kazano mi potwierdzić ich wersję, by oczernić pana kapitana.
- A książka i te świecidełka?
- Angra wręczył im je przy ostatnim spotkaniu.
Micareth nie zwracała uwagi na harmider, który zapanował w pomieszczeniu, ani na wściekłe wysiłki Gutrima, próbującego przywrócić porządek. Zrozumiała, patrząc na Beinarda i Bodila, jakie zamiary wampirzy władca miał wobec fortu. Ruszyła naprzód, rozpychając awanturujących się żołnierzy, i przystąpiła do kapitana i urzędnika. Gdy uniosła wysoko dobyty zza pazuchy sztylet, uwaga zgromadzonych skupiła się wobec niej. Stała sama, pomiędzy sędziami, a oskarżonym oraz świadkiem. Gutrim gestem powstrzymał żołnierzy, którzy ruszyli ją zatrzymać. Micareth wpatrywała się w Beinarda, który spoglądał na nią z mieszaniną tryumfu i rozbawienia. Bez słowa opuściła ostrze, rozcinając swe przedramię.
Noxiphilic Sanguivoria różniła się od pozostałych szczepów wampiryzmu. Nosiciele nie cierpieli w promieniach słońca, oraz mogli bez trudu kryć się pośród zwykłych ludzi. Jednak nienasycony głód krwi, zwłaszcza ludzkiej, pozostawał właściwy dla każdego nieszczęśnika przeklętego „darem” Molag Bala. Gdy tylko pierwsze krople krwi spłynęły z ręki Micareth, rozbryzgując na posadzce, oblicza Beinarda i Bodila ściągnęły się w okrutnym, pierwotnym grymasie. Jeszcze zanim skoczyli ku niej wiedziała, iż nie zdoła powstrzymać obu przeciwników. Mimo to nie ruszyła się na krok, z całej siły wrażając sztylet głęboko w bok jednego z wampirów, nim ogarnęła ją ciemność.
W izbie zapanował całkowity chaos. Sha’ank, Gutrim oraz kilku żołnierzy rzuciło się natychmiast ku Beinardowi oraz Bodilowi, jednak zanim zadali pierwszy cios, urzędnik zwalił się ciężko na ziemię obok Micareth, a krew płynąca z ich ran łączyła się w jedną, szkarłatną strugę.
Beinarda tymczasem spowiła gęsta mgła, która niemal natychmiast wypełniła pomieszczenie. Sha’anks wytężał wszystkie zmysły, jednak nawet khajiit dostrzegał zaledwie zarysy postaci. Pośród oparów rozbrzmiewały krzyki bólu oraz dźwięk padających ciał. Nagle Sha’anks bardziej wyczuł, niż zobaczył zmierzający ku niemu zarys postaci. W ostatniej chwili uniknął cięcia Beinarda, który następnie zasypał go lawiną ciosów. Sha’anks nie widział nigdy, by ktoś walczył tak błyskawicznie i zaciekle, jak jego przeciwnik – nie miał wątpliwości, iż zdoła przeciwstawić się wampirowi najwyżej przez kilka chwil.
Jednak z mgły wyłoniła się kolejna, ogromna sylwetka. Sierżant Gutrim, bez broni, rzucił się na kapitana, nie zważając na wściekłe pchnięcia, którymi Beinard przebijał jego zbroję. Wampir po chwili zrzucił z siebie sierżanta, jednak wystarczyło to Sha’anksowi, który przemknął obok oficera, bezbłędnie uderzając ostrzem. Gdy się odwrócił, Beinard klęczał, zaciskając dłonie na szyi. Gdy kolejne krwawe strumyki przepływały przez palce kapitana, mgła zasnuwająca pomieszczenie zaczęła się rozwiewać. Nim ciało wampira padło na posadzkę, Sha’anks klęczał już obok Micareth, spoglądając na jej blade, spokojne oblicze. Wokół nich żołnierze wpatrywali się w sierżanta Gutrima wpatrującego się niewidzącym wzrokiem w sklepienie izby.
Sha’anks bez słowa powstał i ruszył ku wyjściu, nie oglądając się za siebie. Gdy stanął na dziedzińcu ogarnęły go promienie słońca, budzące nadzieję, iż poświęcenie Very, Micareth, Gutrima oraz Angry rozjaśni ciemność, spowijającą serce Skyrim.
Micareth i Sha’anks nie mieli wyboru – wampirzyca zasłaniała korytarz, którym przybyli do Czarnej Przystani. Pozostawało im tylko jedno wyjście, a przynajmniej nadzieja, iż tym właśnie okaże się drugi chodnik. Wojowniczka nie zapomniała, mimo iż tamta chwila zdawała się już tak odległa, że nadciągające stamtąd istoty zmusiły ich wcześniej do ucieczki w głąb podziemi. Teraz jednak zdecydowana była wyrąbać sobie drogę przez szeregi nieprzyjaciół, by poświęcenie Very i Porucznika nie poszło na marne. Wkrótce korytarz przeszedł w jaskinię, w której znajdowało się duże obozowisko Falmerów. Prymitywne namioty rozciągały się na całej szerokości groty oświetlonej luminescencyjnymi grzybami, uniemożliwiając dalszą ucieczkę. Pośród Falmerów Sha’anks dostrzegł stworzenia przypominające wielkie, czarne owady, których błyszczące małe ślepia pozbawiały ich nadziei na wykorzystanie ślepoty ich panów. Micareth i Sha’anks spojrzeli po sobie i porozumieli bez słów. Wojowniczka pewniej chwyciła rapier, a kocur ułożył pod ścianą bezwładnego młodzieńca. Stanęli w wylocie wąskiego korytarza, by uniemożliwić przeciwnikom zajście ich z flanki. Micareth, z braku lepszego pomysłu i szacunku dla dramatyzmu sytuacji, zwyczajnie wrzasnęła, przyciągając uwagę stworzeń.
Początkowo wszystko szło po ich myśli. Dzięki dogodnej pozycji mierzyli się jednocześnie z trzema, najwyżej czterema przeciwnikami. Pazury szarpały tchawice i tętnice z bezlitosną precyzją, a rapier bezbłędnie odnajdywał szczeliny w chitynowych pancerzach ogromnych insektów. Kolejni nieprzyjaciele potykali się o ciała swych poprzedników, które zaczęły tworzyć niewielką zaporę u stóp kota i wojowniczki, balansujących na śliskim od posoki podłożu. Śpiew klingi, krzyki Falmerów oraz łoskot padających ciał tworzyły straszliwą symfonię, rozbrzmiewającą echem w Czarnej Przystani.
Micareth wyprowadzała kolejne sztychy, nie zważając na rany i znużenie, niczym jeden z dwemerskich mechanizmów. Sha’anks nie ustępował wojowniczce w wysiłkach. Jego łapy były tak zbroczone krwią, iż każdemu ciosowi towarzyszyła szkarłatna mgiełka, znacząca błyskawiczne ruchy khajiita.
Nagle w pieczarze zapanował przejmujący chłód. Micareth pomyślała, iż ciepło opuszcza jej ciało razem z krwią spływającą z ran. Jednak za szeregami nieprzyjaciół dojrzała widok niezwykły, nawet jak na Czarną Przystań. W podziemiach szalała zamieć śnieżna, pośród której kroczyła samotna postać, spowita śniegiem i mgłą. Lodowata aura, rozchodząca się w jaskini, błyskawicznie wywołała popłoch wśród Falmerów, którzy rzucili się do ucieczki, nieomal tratując Sha’anksa i Micareth. Towarzysze usunęli się pod ściany korytarza, przepuszczając spanikowanych nieprzyjaciół. Ostatni pozostały przy życiu owadzi stwór skoczył ku skrytej pośród śniegu sylwetce, jednak zamarzł w powietrzu, roztrzaskując się na tuziny kawałków przy uderzeniu o ziemię.
Gdy pobojowisko opustoszało, Micareth i Sha’anks w napięciu czekali na kolejne posunięcie nieznanej istoty. Nim jednak dotarła do nich choć jedna drobina śniegu, zamieć momentalnie ustała. Przed nimi stał elf o śnieżnobiałym obliczu, odziany w proste szaty. Otaczający go żywioł nie pozostawił na nim najmniejszego śladu. Nim któreś z nich zdołało przemówić, ostrze wypadło z dłoni Micareth, a ona sama osunęła się bez zmysłów.
***
Z oddali słyszała wołanie Very i porucznika, jednak oddzielały ją od nich zastępy wampirów, Falmerów i innych bestii. Zadawała pchnięcia jak oszalała, rapier tańczył w jej ręce, lecz nawała stworów unosiła ją niczym prądy Morza Duchów. Po chwili straciła równowagę i padła na zimną posadzkę. Z wysokości spoglądały na nią dwa ogromne ślepia, jaśniejące w ciemności. Gdy pogodziła się już z nieuniknionym, posłyszała następujące słowa:
- Zobaczcie obudziła się. Sha’anks mówił, że się wyliże.
Micareth zrozumiała, iż wpatruje się w Massera i Secundę, błyszczące pośród gwiazd. Leżała przy niewielkim ognisku, u podnóża strzelistych gór. Wokół ognia zasiadali Sha’anks, blady, lecz przytomny Bodil, a także elf, którego spotkali w podziemiach. Wszyscy trzej spoglądali na nią – khajiit z wyraźnym samozadowoleniem, urzędnik widocznie zdezorientowany, a mer… Micareth po raz pierwszy miała okazję przyjrzeć się ich wybawcy. Oświetlone blaskiem płomieni oblicze oraz długie włosy przywodziły na myśl elfa wysokiego rodu, jednak nawet Altmerowie nie mieli tak szlachetnej, a zarazem surowej fizjonomii. Odziany był w prostą szatę, ozdobioną na piersi haftowaną ośmioramienną gwiazdą. Elf uśmiechnął się, widząc czujne i badawcze spojrzenie wojowniczki, po czym przemówił łagodnym, głębokim głosem:
- Twój przyjaciel rzeczywiście zapewnił nas, iż nie ulegniesz odniesionym ranom. Z pomocą Auri-Ela zdołałem również powstrzymać klątwę Molag Bala toczącą Waszego młodego towarzysza. Wkrótce nabierzecie dość sił, byście mogli ruszyć w dalszą drogę.
- A Grimes? - Micareth zwróciła pytające spojrzenie ku khajiitowi, który w odpowiedzi smutno pokręcił głową.
- Sha’anks i Risarthfil długo nieśli Was ku powierzchni. Poza tym Porucznik chciał, żeby dowody trafiły gdzie trzeba.
- Jakiekolwiek starcie przyszło stoczyć Waszemu dowódcy, niestety będzie musiał uczynić to samotnie – dopowiedział współczującym głosem Risarthfil. Micareth poznała już imię elfa, jednak uważała, iż jej kolejne pytanie wciąż było nad wyraz zasadne.
- Kim jesteś?
- Falmerem – odparł krótko, z ledwie dostrzegalnym, melancholijnym uśmiechem.
Micareth znała opowieści o tym jak Śnieżne Elfy, pradawni i okrutni władcy Skyrim, przeistoczyły się w prymitywnych Falmerów. Wątpiła jednak, by ktoś mniej przypominał trupioblade bestie, niż elf, którego cera kojarzyła się z wiecznym śniegiem, zdobiącym najwyższe szczyty Skyrim. Jej zaskoczenie nie uszło uwagi Risarthfila, który zaczął snuć opowieść.
- Nim ludzie zaczęli spisywać swe dzieje, mój lud panował nad krainą, którą wasi przodkowie nazwali Mereth. Gdy pierwsi synowie Mory osiedlili się pośród nas, przez lata żyliśmy z nimi w pokoju. Wkrótce jednak doszły nas wieści, iż w siedzibie Atmoran odkryte zostało źródło wielkiej mocy. Starsi naszych rodów postanowili, iż nie możemy pozostawić takiej potęgi we władaniu ludzi. Tragiczne następstwa tej decyzji do dziś pozostają żywe w pamięci Nordów.
- Noc Łez. – wtrącił słabym głosem Bodil, przyciągając smutne spojrzenie elfa.
- Byłem wówczas młodzieńcem ze szlachetnego rodu. Rozkazano mi zająć z mą drużyną przełęcz wiodącą ku wybrzeżu, pozbawiając ludzi szansy na ucieczkę. Z oddali widziałem jak nasze wojska runęły na Saarthal. Żadna z waszych pieśni nie oddaje grozy, jaka towarzyszyła zagładzie tego miasta. Przez całą noc nikt z mieszkańców nie zdołał dotrzeć do naszych pozycji. Dopiero gdy łuna płomieni złączyła się z krwawym brzaskiem, ujrzeliśmy trzech ludzi uchodzących z rzezi. Gdy tylko nas spostrzegli stanęli, nie mając sił na dalszą walkę lub ucieczkę. Przystąpiliśmy do nich z dobytą bronią, jednak gdy spojrzałem w oczy starszego z Atmoran, przepełnione pełnym rezygnacji cierpieniem, zrozumiałem, jakiej zbrodni się dopuściliśmy. Nakazałem mym zbrojnym pozwolić im przejść, samemu błagając Auri-Ela, by wybaczył nam nasze okrucieństwo.
Micareth, jak każdy wojownik, znała historię największego spośród ludzkich bohaterów, który prowadził Pięciuset u zarania dziejów ludzkości. Bodil, mimo wycieńczenia uważnie przysłuchujący się opowieści, niemal z nabożną czcią wypowiedział imię, o którym myślała.
- Ysgramor.
- Oraz jego synowie, Yngol i Ylgar. Minęło wiele lat, naznaczonych cierpieniem i śmiercią, nim uzmysłowiłem sobie kogo wówczas oszczędziłem. Gdy Atmoranie powrócili, nie było armii ani twierdzy, które mogłyby im się przeciwstawić. Nasi wojownicy tysiącami ginęli na polach bitew, a mieszkańcy naszych miast dzielili los Saarthal. Byłem świadkiem poświęcenia bohaterów, o których nie wspomina żadna z pieśni; widziałem pobojowiska, których dziś nie zdobią pomniki ani grobowce. Ujrzałem wreszcie dumną stolicę synów Mory, wzniesioną śmiertelnym wysiłkiem zniewolonych Falmerów – gdy Risarthfil wspominał dawne krzywdy, Sha’anks mógł przysiąc, iż szare oczy elfa zasnuły się mrokiem, niczym burzowe chmury.
- Gdy Śnieżny Książę poległ w ostatniej z wielkich bitew, moi bracia i siostry, pozbawieni ducha i nadziei, postanowili szukać schronienia u Dwemerów, zapomniawszy, iż panowie podziemi byli równie litościwi, co ich bezduszne machiny. Nielicznych, którzy walczyli do końca znajdując śmierć, spotkał los mniej okrutny, niż ten który stał się udziałem nieszczęśników zdanych na litość krasnoludów. Pokolenia upodlenia i niewolnictwa zmieniły ich w istoty, którym stawiliście czoła – nienawistne i bezlitosne. Minęły wieki, które spędziłem samotnie w zapomnianej świątyni Pana Czasu, gdy w wizji ujrzałem zniknięcie Dwemerów. Odtąd zacząłem odwiedzać Czarną Przystań w nadziei, iż pewnego dnia będę mógł przekazać mym upadłym braciom straszną prawdę o Śnieżnych Elfach – iż nasze okrucieństwo w Saarthal u szczytu naszej chwały przyćmiewa jakąkolwiek niegodziwość, której dopuścili się od tego czasu Falmerowie. Wówczas pozostanie mi tylko ufność, iż pewnego dnia odzyskają oni ducha swych przodków, i nie popełnią naszych błędów.
Po ognisku pozostał zaledwie słaby żar. Risarthfil po chwili powstał, skłonił się trójce towarzyszy, i bez słowa odwrócił się, odchodząc ku zaśnieżonym szczytom. Jego ścieżka wiodła pośród rozpadlin równie głębokich, co zapomniane cierpienie.
Micareth, rozmyślając w duchu nad opowieścią, której nikt z postronnych nie dałby wiary, spojrzała po swoich kompanach. Sha’anks chwycił torbę z księgą i kryształami, pomógł wstać Bodilowi, po czym skierował się ku widocznej w szarości brzasku wiosce, gdzie miał zamiar wywiedzieć się o drogę do Fortu Greymoor. Wojowniczka zwróciła się jeszcze ku poszarpanym wzniesieniom, jednak nie dostrzegła sylwetki Śnieżnego Elfa. Przeszło jej przez myśl, iż podobną samotność odczuwać może tylko Grimes, w pojedynkę mierzący się z grozą Czarnej Przystani. Ruszyła za towarzyszami, stawiając kroki pośród pierwszych promieni światła, mając nadzieję iż położą one kres ciemności, z którą musieli się mierzyć.
Nie czekając na kolejnych pobratymców Miltena, popędzili w głąb korytarza. Angra biegł ostatni, zaciskając zęby nad własnymi ranami oraz losem podkomendnego. Po jakimś czasie dźwięki pogoni zaczęły zanikać. Wreszcie, gdy nawet do jego uszu docierało tylko echo ich własnych kroków, pędzący na czele Sha’anks się zatrzymał. Podczas gdy trójka jego towarzyszy, wyczerpanych walką i ucieczką, z trudem łapała dech, khajit rozglądał się wokoło. Stali w podziemnej komnacie obramowanej ślepymi arkadami, będącej swoistym przystankiem na podziemnym trakcie. Odchodziły z niej dwa korytarze, prowadzące w przeciwnych kierunkach. Grimes, wsparty ciężko na stylisku topora, rozważał ich następne posunięcie. Podczas ucieczki stracił poczucie kierunku i dystansu – nawet gdyby zdołali odnaleźć drogę powrotną, co było mało prawdopodobne przy licznych rozgałęzieniach oraz jednolitym wyglądzie podziemnych chodników, nie zdołaliby stoczyć kolejnej walki z zastępem bestii. Potrzebowali schronienia, w którym mogliby odpocząć i opatrzyć rany. Skrzyżowanie kamiennych szlaków z oczywistych względów nie wchodziło w rachubę. Porucznik zrozumiał, iż została im jedna droga – wiodąca w głąb dwemerskich podziemi, w nadziei iż doprowadzi ich do celu misji lub chociaż wyjścia na powierzchnię. Spojrzał po swoich towarzyszach. Micareth wciąż zaciskała rapier w dłoni, rzucając dookoła niespokojne spojrzenia. Sha’anks nie zdradzał wiele wyrazem twarzy, lecz najeżona sierść oraz wysunięte pazury zdradzały wzburzenie. Nawet Vera była wyraźnie zasępiona. Angra zastanawiał się, którą drogę wybrać. Nim jednak podjął decyzję, dobiegł go głos Sha’anksa, wskazującego na wejście do prawego korytarza.
- Widzicie to, generale?
Veranque, mając na względzie przewagę khajickich zmysłów, posłała niewielką kulę światła, która oświetliła wcześniej niewidoczny w półmroku łuk, zwieńczony kamienną płytą z wyrytym runicznym napisem.
Porucznik, mając nadzieję iż znaki nad ich głowami zwiastowały schronienie, a nie okrutną śmierć, poprowadził oddział naprzód ku nieznanemu. Gdy zniknęli za załomem korytarza, jedynym ich śladem było dogasające światełko, oświetlające starożytne runy.
***
Początkowe wrażenie szybko ustąpiło pewności – im głębiej się posuwali tym przestronniejszy stawał się korytarz. W końcu dotarli do największej sali w jakiej się dotychczas znaleźli. Idealnie symetryczna, nie pozostawiała wątpliwości, iż była dziełem podziemnych budowniczych. Z każdej ściany wpatrywały się w nich wielkie metalowe oblicza, odbijające niezwykłe światła zawieszonych pod sklepieniem kryształów. Po drugiej stronie widniały wysokie wrota, stworzone z tego samego materiału co otaczające ich rzeźby. Ruszyli naprzód po idealnie gładkiej posadzce. Veranque zauważyła, iż na skrzydłach widniały identyczne symbolem co na poprzedniej tablicy. Angra bez przekonania naparł na odrzwia – zgodnie z oczekiwaniami nawet nie drgnęły. Wszyscy razem nie mieli dość sił by poruszyć liczącą kilkanaście stóp bramę. Micareth szybko spostrzegła niewielką dźwignię w kamiennej wnęce. Nie namyślając się długo pociągnęła za nią zdecydowanym ruchem, po czym, razem z resztą towarzyszy, przezornie odstąpiła w tył. Po krótkiej chwili ciszę w komnacie przerwał syk pary, dobywający się zza metalowych posągów. Zaraz potem rozbrzmiał pojedynczy, przeciągły dźwięk, po którym wrota rozwarły się bezszelestnie. Stojąc na progu nie wierzyli własnym oczom. Przed nimi rozciągało się skryte pod ziemią miasto. Skupiska kamiennych budynków przecinały prostopadłe, brukowane ulice. W oddali widzieli przestronny plac, pośrodku którego wznosiła się monumentalna budowla, przypominająca nordycki kurhan zwieńczony pojedynczą wieżą. Wokół miasta i wzdłuż niektórych ulic ciągnęły się rzędy rur, przypominające podziemną rzekę. Jednak wzrok przyciągała przede wszystkim zawieszona wysoko pod sklepieniem kula, jaśniejąca złotym światłem. Angra nie był nawet w stanie ocenić, jak wysoko pośród strzelistych stalaktytów się ona znajduje. Mimo wyjątkowych widoków pozwolił sobie tylko na chwilę podziwu, po czym poprowadził oddział w dół schodów wiodących ku wylotowi najbliższej ulicy. Uznał iż od razu powinni udać się ku centralnej budowli, szacując iż zapewni im ona największą przewagę nad ewentualnymi mieszkańcami podziemi. Po drodze nie mogli się nadziwić, iż mimo swego splendoru, miasto sprawiało niezwykle surowe wrażenie – jego twórcy najwyraźniej przedkładali funkcjonalność nad piękno. Przebywszy nieco ponad milę pośród starożytnych budynków dotarli do składającego się ze stopni zbocza „kurhanu”. Wspinając się w górę zauważyli pogięte, nadtopione płaty dwemerskiego metalu, niektóre przypominające nawet niewielkie rzeźby. Po krótkiej wspinaczce dotarli do wejścia do przysadzistej wieży – ku ich konsternacji dwuskrzydłowe, bogato zdobione drzwi były uchylone. Uchwycili pewniej broń, i ruszyli do wnętrza. Rozejrzawszy się dookoła Angra nie dostrzegł nic niepokojącego. Podłoga usiana była tu i ówdzie stertami poskręcanego metalu, za którymi znajdowały się metalowe kręcone schody – co niezwykłe były one bardzo wąskie, i zamiast biec wzdłuż ścian wieży, znajdowały się w samym jej centrum. Sha’anks szedł pierwszy, mijając dwie metalowe kule na postumentach, o średnicy jakichś trzech stóp. Gdy tylko następna w szyku Micareth się do nich zbliżyła, przy akompaniamencie uchodzącej pary sfery przemieniły się w humanoidalne postaci. Micareth natychmiast pchnęła jedną z nich rapierem, który tylko ześlizgnął się ze zgrzytem po metalu. Machina w odpowiedzi zadała cios zakończonym ostrzem ramieniem, posyłając wojowniczkę na kamienny pawiment. Angra natychmiast rzucił się na drugiego przeciwnika, gdy ten jednym ruchem uniósł kuszę i wypuścił bełt, minimalnie chybiając. Grimes zadał wówczas straszliwy cios toporem, bezlitośnie tnąc metal, niczym pancerz na polu bitwy. Gdy się odwrócił Sha’anks dobijał już drugą machinę, porażoną przez Verę strumieniem iskier. W ciągu kilku sekund było po walce. Micareth na szczęście trafiona została płazem, dzięki czemu bardziej niż zdrowie ucierpiała jej duma. Vera z konsternacją zauważyła, iż pozostałości ich przeciwników są nad wyraz podobne do mijanych przez nich wcześniej szczątków. Trzymając broń w pogotowiu ruszyli po schodach na szczyt wieży. Na górze stanęli przed otwartymi na oścież drzwiami. Za nimi rozciągało się prawdziwe pobojowisko. Komnata, do której weszli bez wątpienia była siedzibą władcy miasta – naprzeciw drzwi stał prosty, surowy tron. Pod ścianami ustawione były rzędy kamiennych ław, nad którymi znajdowały się metalowe płyty zdobione pięknymi reliefami. Cała posadzka zasłana była szczątkami krasnoludzkich machin. Część ścian nosiła ślady sadzy, a niektóre reliefy były nadtopione, jakby miejscami w kamiennym wnętrzu szalał pożar. Pośrodku sali, otoczony przez zniszczone machiny, leżał szkielet odziany w tradycyjne szaty maga. Czarna plama na piersi oraz wystające z tkaniny bełty nie pozostawiały wątpliwości co do końca, jaki spotkał ich poprzednika. Veranque zauważyła leżący na podłokietniku tronu dziennik. Zdmuchnąwszy kurz otworzyła wolumin, i zaczęła czytać zapiski towarzyszom.
"Zapiski Risarthfila Welfa z Akademii Zimowej Twierdzy, rok 480 Drugiej Ery
Zimowa Twierdza. W trakcie studiów nad dawną cywilizacją Dwemerów natknąłem się na manuskrypt pochodzący zapewne z Pierwszej Ery, który pozwoliłem sobie roboczo zatytułować „Lament Dwemerski”. Napisany zapewne wkrótce po Bitwie o Czerwoną Górę, przez, sądząc po dość bezpośrednim i mało wyszukanym stylu, mieszkańca mego rodzinnego Skyrim. Przytaczam w tym miejscu jego treść:
Podziemne słońca,
Dźwiękiem i myślą poczęte,
Oświecały bez końca,
Pragnienie bezbrzeżne,
Flotylle pośród obłoków,
Ogrody pary w głębinach,
Pięćdziesiąt i jeden Tonów,
Brzmiało w dwemerskich krainach,
Nie znali wdzięczności,
Gdy udzielili schronienia,
Zdradzonym, w ciemności,
Pośród grodów z kamienia,
Gdy po latach Upadli powstali,
W Najczarniejszych Głębinach,
Echem niósł się szczęk stali,
W podziemnych dziedzinach,
W Resdayn sporem rozdartym,
Klan stanął przeciwko Domowi,
Zaginieni wbrew Przemienionym,
W blasku bitewnej pożogi,
Nim w Czerwonej Wieży,
Zgasły Księżyc i Gwiazda,
Wśród starcia przymierzy,
Dopełniła się zdrada,
Zagrzmiał Bęben Zagłady,
Wzruszony ręką Pana Muzyki,
Poszukiwanie prawdy,
Zwiodło Krasnoludów szyki,
Mosiężna Wieżyca,
ostateczne bluźnierstwo,
Z Góry strąciła w niebyt,
Dwemerskie Królestwo.
O ile strofy pierwsza, trzecia i czwarta nie stanowią większej zagadki, tak nieznana tożsamość „Zdradzonych” lub „Upadłych” pchnęła mnie do poszukiwań. Dzięki pomocy Thelwe Gelaina utożsamiłem „Najczerniejsze Głębiny” z Fal’Zhardum Din, Czarną Przystanią w Skyrim. Natknąłem się również na wskazówki dot. tzw. Arkngdua-Zel, w moim tłumaczeniu „Miasta Naszej Łaski”.
Czarna Przystań. W drodze do Arkngdua-Zel natknąłem się na, jak przypuszczam, przedstawicieli „Upadłych”. Ciężko mi sobie wyobrazić, by tak podłe istoty mogły być kiedykolwiek rozumną, cywilizowaną rasą. Po ich ślepocie oraz odcieniu skóry wnioskuję, iż od zawsze byli stworzeniami podziemnymi. Nie ukrywam, iż nie przychodzi mi na myśl lud dostatecznie okrutny, by zmusić tak okropne kreatury do szukania schronienia. Ponadto dziwię się, że Dwemerowie dopuścili do siebie tak nikczemną rasę.
Arkngdua-Zel. Na wejściu do miasta musiałem stawić czoła kilku dwemerskim strażnikom. Po drodze do cytadeli znalazłem więcej szczątków tych mechanizmów, możliwe, iż zniszczonych przez „Upadłych”.
Cytadela Arkngdua-Zel. Piękną ironią jest, iż badacz cywilizacji dwemerskiej, unicestwionej przez swe butne dążenie do doskonałości, spotka swój koniec z tożsamych powodów. Gdybym pomimo chęci zdobycia całości zasług za dokonane odkrycia zaprosił któregoś z moich kolegów do uczestnictwa w ekspedycji nie czekałbym na tak marny koniec. Jeśli tylko nie pozwoliłbym ciekawości przytłumić roztropności nie udałbym się do najbardziej strzeżonego budynku w całym mieście. Zostałem zaskoczony w cytadeli przez strażników, którzy odcięli mi drogę na zewnątrz. Zdołałem przebić się do sali tronowej i zamknąć wejście. Raniony, nie zdołam wydostać się z Arkngdua-Zel. Pozostaje mi tylko otworzyć drzwi i mieć nadzieję, iż moja ostatnia walka wynagrodzi me niedoskonałości w oczach Ośmiu Bóstw oraz Tsuna.
Risarthfil Welf"
W milczeniu spoglądali na leżącego pośród przeciwników nordyckiego uczonego. Nim zaczęła doglądać towarzyszy, magią przywracania ujmując im ran i bólu, Veranque schowała dziennik za pazuchę. Miała cichą nadzieję, iż Auri-El pozwoli jej przeżyć wyprawę, chociażby po to, by zachować pamięć o ich dzielnym poprzedniku. Angra również w zamyśleniu spoglądał na poległego rodaka, w którego grobowcu znaleźli tymczasowy azyl, nim przyjdzie im kontynuować wyprawę w głąb Czarnej Przystani. Najwyraźniej oprócz kompanów nieszczęsnego Miltena przyjdzie im natknąć się na jeszcze bardziej tajemniczych nieprzyjaciół.
C.d.n.
P.S. "Poemat" własnego autorstwa :) Ze względu na jego układ zgłoszenie może wydawać się nieco dłuższe, za co przepraszam.
Jeden z więźniów wystąpił naprzód. Odziany w tradycyjne szaty maga, odróżniał się od reszty towarzystwa – jego twarzy nie szpeciły blizny, a równo przycięte ciemne włosy oraz dumne spojrzenie wskazywały, że przeważnie obracał się w lepszych kręgach niż mieszkańcy fortecznego więzienia. Otaksował wzrokiem porucznika i krótko się przedstawił:
- Ventus Pollio, z Uniwersytetu Gwylim.
Grimes uważniej przyjrzał się młodemu cesarskiemu. Początkowe zdziwienie, wywołane przynależnością więźnia do cyrodylijskiej uczelni, wzmagały dalsze szczegóły. Ozdobna fibula, spinająca szaty uczonego, oraz amulet Kynareth natychmiast przyciągały wzrok. Fakt, iż pozostał on ich posiadaczem, pomimo luźnego podejścia współwięźniów (oraz strażników) do kwestii własności, świadczył o pewnej zaradności.
Zaskoczenie porucznika najwyraźniej nie uszło uwagi więźnia, który ironicznie uniósł brew, a jego szare oczy spoglądały na Grimesa z mieszaniną rozbawienia i pobłażania. Myśl o reakcji więźnia na czekające ich zadanie natychmiast przywołała na twarzy Angry szeroki uśmiech i zły błysk w oku. Wykonał zapraszający gest i poprowadził ochotnika na zewnątrz.
- Dziękuję za zgłoszenie. Na kwaterze dopełnimy formalności.
Światła pochodni oraz ostatnie promienie słońca oświetlały dziedziniec fortu. Po krótkim marszu dotarli do niewielkiego służbowego pokoiku porucznika. Po drodze Ventus opowiadał, w zdecydowanie zbyt wielu słowach, o swej podróży do Akademii Zimowej Twierdzy oraz niesłusznym, jego zdaniem, zatrzymaniu pod zarzutem szpiegostwa. Angra zdawał sobie sprawę, iż część garnizonu zatrzymuje podróżnych, by ci mogli dowieść swej niewinności dzięki szczodrej opłacie. Jednak możliwość wykorzystania zdolności jednego z uczonych, którzy przeważnie pozostawali lekceważąco neutralni podczas kolejnych konfliktów, nie budziła w nim większych zastrzeżeń.
Gdy oboje zasiedli przy udającym biurko stoliku, Grimes dopytał Ventusa o kwalifikacje. Dowiedział się, iż był on szkolony w każdej z pięciu szkół magii, a zajmował się „studiowaniem dziejów dokonanych magii”. Angra przystąpił następnie, z niemałą satysfakcją, do wyjaśnienia szczegółów zadania.
- W ramach swej rehabilitacji będziecie mieli okazję wykorzystać swe zdolności w służbie Paktu, oraz, kto wie, może nawet dokonać odkryć na własny użytek.
Wyniosły, lub, zdaniem Grimesa, pyszałkowaty wyraz twarzy Pollio ustąpił miejsca zaintrygowanemu spojrzeniu. Porucznik kontynuował.
- W celu zbadania przyczyn zjawiska znanego jako Morowe Burze, udacie się z moim oddziałem do Blackreach.
O ile Angra spodziewał się protestów, oburzenia oraz przestrachu ze strony rozmówcy, ten tylko odchylił się na chybotliwym krześle i skupiony spoglądał na oficera. Przez chwilę jedynym dźwiękiem w izbie było krzątanie się starej pokojówki, niezainteresowanej toczoną rozmową.
- Panie oficerze, – odezwał się Ventus – zdaje pan sobie sprawę, iż Czarna Przystań, nawet w obecnych, tragicznych czasach, zapewne pozostaje jednym z najniebezpieczniejszych miejsc w Tamriel?
- Nie wahajcie się podzielić wiedzą dotyczącą celu naszej misji, Pollio. Poza tym od teraz zwracajcie się do mnie panie poruczniku.
- O Czarnej Przystani nie wiemy, lecz przypuszczamy. Panie poruczniku. Utożsamia się ją z Fal’Zhardum Din, tak zwanymi „Najczarniejszymi Zakątkami Królestwa”, opisanym przez Thelwe Geleina. Przypuszcza się, że była to dwemerska metropolia, lecz nie znamy jej granic, planu, historii ani ewentualnego przeznaczenia. Osobiście nie poznałem lokalizacji możliwego wejścia.
- O to się nie martwcie, mędrcy Paktu zapewnili nam konieczne wskazówki – Grimes pomimo braku sympatii do uczonego zaczął nabierać przekonania, że może okazać się on bardziej użyteczny, niż zakładał – Wiadomo wam coś o możliwych zagrożeniach?
- Cóż, pomimo że wszyscy Dwemerowie zniknęli przed 2802 laty ich automaty strażnicze niezmiennie pozostają funkcjonalne. Tylko one sprawiają, iż eksploracja nawet niewielkich i mniej istotnych dwemerskich ruin do dzisiaj pozostaje niebezpieczna, poruczniku. Ponadto… - Ventus zawiesił głos. Dopiero napotkawszy wyczekujące spojrzenie jednego oka Grimesa kontynuował – Ponadto elfy głębinowe nie są jedyną rasą merów, która zniknęła z kart dziejów. W czasach poprzedzających Pierwszą Erę upadła cywilizacja Falmerów, a ich los pozostaje nieznany. Możliwe, że w Czarnej Przystani możemy napotkać zarówno Dwemerów, jak i śnieżne elfy, poruczniku. Ponadto mogą tam żyć istoty, o których wcześniej nie słyszeliśmy.
Grimes rozważał naprędce meldunek Ventusa. Beinard zapewne nie był nawet świadom, jak skuteczny sposób wybrał, by pozbyć się swego porucznika. Szarpiąc w zamyśleniu brodę wydał rozkaz swemu nowemu podwładnemu.
- Zameldujcie się u kwatermistrza i pobierzcie wyposażenie – pancerz i, jeśli umiecie nią władać, broń. Noc spędzicie w koszarach, spotkacie tam resztę oddziału. Wyruszamy o świcie, odmaszerować.
Ventus Pollio wstał, skinął porucznikowi i wyszedł na dziedziniec fortu. Gdy zamyślony maszerował w błocie i mroku, towarzyszyły mu uwiecznione przez mędrca słowa:
„Od ludzi z daleka, w głębokiej jaskini,
Pusta Czerwona Góra, dziwaczni kuzyni,
Wiwat kamieniom i pojętności,
Krasnoludzka duma mocniejsza od kości”
cdn.