Dotarli do Greymoor późnym wieczorem. Ewidentnie podniesiony na duchu Bodil, raźnie ruszył w kierunku głównej bramy fortu.
- Poczekaj – zawołała go nagle zatrzymująca się w miejscu Micareth. - Nie wejdę do środka. I ty Sha’anks też nie powinienieś.
Khajiit zamyślił się na chwilę, ale w końcu pokiwał ze zrozumieniem głową i odparł:
- Racja. Sha’anks i Micareth nie mogą ufać nikomu. Ta sprawa ewidentnie ma drugie dno, zresztą pan generał sam mówił, aby uważać. Lepiej nie pakować się drugi raz prosto do śmierdzącego lochu.
- Co zatem proponujecie? - zapytał zdziwiony i ponownie roztrzęsiony ze strachu urzędnik. - Ja chcę tylko bezpiecznie wrócić do domu...
- Wrócisz przyjacielu, wrócisz – przerwała mu Micareth, siląc się na radosny uśmiech, co wyszło jej paskudnie. - Ale zanim znajdziesz się w bezpiecznym, ciepłym łożu, zrobisz dokładnie to co ci powiem. I lepiej nic nie pomyl, bo powodzenie tej misji leży również w twoim interesie. Pamiętasz co mówił porucznik? Już raz zostałeś oszukany. Ty również nie możesz ufać nikomu w Greymoor.
- Pamiętam - żachnął się Bodil. - Zrobię co trzeba, możecie na mnie polegać. Aha i jeszcze jedno... - mężczyzna przerwał, ale po chwili kontynuował zdecydowanym tonem. - Dziękuję wam. Dziękuje, za wszystko.
Micareth kiwnęła głową i przystąpiła do tłumaczenia swojego planu.
- Sha’anks nie jest pewien czy to był jednak taki dobry pomysł – stęknął khajiit, strzepując z futra kolejną wścibską mrówkę.
- Wolałbyś iść tam, do fortu? - warknęła Micareth. - I ponownie gnić w celi, bez możliwości ucieczki?
- Nie, ale...
- Cicho... patrz tam, idą – kobieta wskazała na dwie męskie sylwetki, wyłaniające się z mroku nocy i wchodzące na porośniętą gęstą trawą małą polankę, oświetlaną jedynie bladym światłem księżyca.
Kobieta oraz kot odczekali odpowiednio długą chwilę i upewniwszy się, że stojący nieopodal mężczyźni są sami, wyszli zza okalających polanę gęstych drzew, wśród których spędzili ostatnie kilka godzin. Powoli, ostrożnie rozglądając się wokół, podeszli do czekających na nich nieznajomych.
- W końcu zdecydowaliście się wyjść – powiedział pierwszy z mężczyzn, wysoki, przeraźliwie chudy jegomość, odziany w sięgającą ud kolczugę i znajdujący się pod nią, gruby, szary kaftan. - Na wszystkie dziwki Skyrim, przysięgam, że gdyby nie chodziło o Grimesa, już dawno kazałbym was wybatożyć i wtrącić do lochu. Zanim powiecie chociaż słowo, wiedźcie jedno. Nie ufam wam. Pomimo obszernych tłumaczeń urzędnika Bodila, kompletnie wam nie ufam. Zresztą jemu też nie ufam. Ale ponieważ chodzi o Grimesa, dam wam szansę. Tylko jedną. Tak jak chciał Bodil, przyszliśmy przed północą na polanę przy zmurszałym dębie, zaraz obok wschodniej bramy fortu Greymoor. I tak, jak chciał Bodil, jesteśmy sami. Mówcie więc, tylko jasno i do rzeczy.
Micareth bez słowa podeszła do mężczyzny i podała mu otrzymaną od porucznika złożoną kartkę papieru. Odziany w kolczugę jegomość skinął na swojego towarzysza, który szybko pstryknął palcami i mruknął coś pod nosem. Nad głowami nieznajomych pojawiła się niewielka łuna światła, o ewidentnie magicznym pochodzeniu. Wysoki mężczyzna uważnie przeczytał treść notatki od Grimesa, rozdziawił szeroko usta, przeklął szpetnie, po czym podał kartkę swojemu towarzyszowi.
- Na cyce mojej trzeciej żony... - zamyślił się jegomość. - A więc to prawda... w takim razie ty musisz być Micareth, a to Shkanks...
- Sha’anks – wtrącił khajiit.
- No przecież mówię... Na owrzodziałą dupę starego smoka... Ale mamy przeje... - mężczyzna przerwał, odchrząknął, podrapał się po głowie i kontynuował. - No ale nic, co ma być, to będzie. W każdym razie, ja jestem sierżant Gutrim, a ten milczący typ po mojej prawicy to nasz mag oddziałowy, Yrg Enilno.
Milczący typ po prawicy Gutrima właśnie skończył czytać notatkę od porucznika Angry, po czym wrzucił ją do magicznej łuny, która jaskrawo błysnęła, syknęła i zniknęła w mgnieniu oka. Mag był niskim, krępym, całkowicie łysym mężczyzną, o niezwykle muskularnej sylwetce i nieprzyjemnym, wręcz odpychającym wyrazie bladej twarzy. Stał nieruchomo i w milczeniu sondował wzrokiem kobietę i khajiita.
- Dobrze sierżancie, ale jakie mamy plany? Co teraz? - zapytała w końcu Micareth.
- Teraz – wtrącił wyłaniający się z ciemności za jej plecami kapitan Beinard. - Macie dwa wyjścia. Przyłączyć się do nas, albo zginąć.
Wojowniczka, khajiit, sierżant i mag błyskawicznie, niemal jednocześnie wyciągnęli broń i ustawili się frontem do Beinarda, obok którego właśnie zmaterializowało się dziesięć zakapturzonych, odzianych w czarne szaty postaci.
- Ty suczy synu – warknął Gutrim. - Zawsze wiedziałem, że kawał skurwiela z ciebie. Myślałem jednak, że najwyżej bierzesz w łapę czy tłuczesz żonę. Ale żeby bratać się z wrogiem? Co, może już jesteś jednym z nich? Chłepczesz wieczorami ludzką juchę, albo wyjesz do księżyca?
- Nie bądź naiwny sierżancie – zaśmiał się Beinard. - Mój pan potrzebuje też usług zwykłych ludzi. Wszak kto będzie dostarczał mu świeże mięso, prosto z Greymoor? A dobry handlarz, nigdy nie tyka swojego towaru – kapitan zaśmiał się ponownie, tym razem długo, głośno i bardzo paskudnie.
- Nie ujdzie ci to na sucho, powieszą cię kundlu! - krzyknął wściekły sierżant, z trudem hamując narastającą w nim wściekłość.
- Wątpię. Ale nie przedłużając, zdecydowałem, że zostało wam tylko jedno wyjście. Gińcie – powiedział Beinard, jęknął głośno i przeciągle, po czym upadł na wznak. Z jego roztrzaskanej i zalanej krwią czaszki, wystawał żeleziec masywnego, misternie inkrustowanego runami, dwuręcznego, nordyjskiego topora.
- Nie mogłem się powstrzymać – powiedział porucznik Grimes Angra, krzyknął wściekle, uderzył się pięściami w nagi tors i rycząc niczym szalony, rozjuszony niedźwiedź, z gołymi rękami rzucił się na najbliższego wampira.
To co wydarzyło się w następnej chwili przypominało nagły wybuch magicznej, destrukcyjnej siły. Micareth, Sha’anks i Gutrim z wrzaskiem skoczyli w stronę zdezorientowanych wampirów. Yrg Enilno wydarł się na cały głos, zmaterializował przed sobą ogromną kulę jaskrawoczerwonego ognia i z impetem cisnął ją w stronę zakapturzonych przeciwników. Wywiązała się straszliwa, chaotyczna, krwawa bitwa. Wykorzystując początkowe zaskoczenie krwiopijców, Micareth płynnym cięciem skróciła jednego o głowę, sierżant Gutrim przebił następnego mieczem na wylot, a Grimes dosłownie zatłukł kolejnego gołymi rękami, robiąc mu z pyska krwawą miazgę. Jednak po niedługiej chwili, wampiry odzyskały orientację na polu bitwy i wykorzystując przewagę liczebną, większą siłę, szybkość oraz nadnaturalne zdolności, zmusiły bohaterów do ratowania się desperacką obroną i wycofywaniem w stronę ciskającego kule ognia maga.
- Osłaniajcie mnie! - nagle krzyknął donośnie Yrg Enilno i wyczarował nad sobą zieloną poświatę.
- Co robisz?! - wydarł się sierżant, patrząc z przerażeniem w stronę maga.
- To jedyne wyjście przyjacielu. Nie mamy z nimi szans. To zaklęcie zabije wszystkich krwiopijców w pobliżu. A ty sierżancie, wiesz co dalej robić. Ocal pozostałych! - wrzasnął czarownik, kucnął i z całej siły uderzył pięściami w ziemię.
Z jego ciała wydarła się potężna, oślepiająca wiązka zielonej energii, która z głośnym sykiem rozlała się po całej polanie. Po kilku uderzeniach serca było po wszystkim, ciemność ponownie przysłoniła gęstą trawę i zmurszały dąb, a w miejscu w którym przed chwilą stał mag Yrg Enilno, pojawiła się duża kupka szarego, dymiącego popiołu.
- Przyjacielu... -stęknął Gutrim.
- Spójrzcie – odparł Sha’anks, trzymając się za zakrwawione ramię. - Oni wszyscy zginęli. Wszyscy są martwi.
- Właśnie... - powiedziała cicho Micareth, pochylając się nad ciałem porucznika Angry.
- Co? - zdziwił się sierżant. - On... on też? Jak to...
- Później ci to wyjaśnimy Gutrimie. Nie ma wiele czasu, zło nadchodzi. Musimy ostrzec pozostałych. Spróbować ocalić Greymoor. Póki mamy jeszcze jakiekolwiek szanse... Nie chcę już uciekać. Nie po tym co widziałam. Zresztą... ucieczka i tak nie ma sensu.
- Cholera! - krzyknęła Micareth, zatrzymując się przed zawalonym odłamkami skał korytarzem. - Tędy tu weszliśmy, co teraz?!
- Nie dobrze, nie dobrze... - Sha’anks przerwał i zaczął rozglądać się wokół, poprawiając przewieszonego przez ramię nieprzytomnego urzędnika. - Tędy! - wskazał nagle na wąski, odbijający w lewo, ciemny korytarz.
- Jesteś pewien? - zapytała wojowniczka z niepewnością w głosie.
- Nie! - warknął khajiit i popędził w stronę niknącej w mroku podziemnej ścieżki.
- Cholera! - ponownie krzyknęła Micareth i czym prędzej ruszyła za towarzyszem.
Przez dłuższą chwilę biegli niemal na oślep, kierując się tylko niezwykłą orientacją w terenie i zmysłami Sha’anksa. W końcu dotarli do lepiej oświetlonego, szerszego przejścia, kończącego się potężnymi, krasnoludzkimi wrotami.
- Poczekaj – powiedziała niespodziewanie Micareth.
- Co? Dlaczego? - zdziwił się khajiit. - Sha’anks czuje już powiew świeżego powietrza, jesteśmy niedaleko...
- Porucznik... - przerwała mu kobieta. - Grimes... Nie możemy... Na wszystkich bogów Skyrim, nie wierzę, że to mówię, ale nie możemy go tak zostawić! Zawracamy, prędko!
- Micareth – kot złapał wojowniczkę za rękę i patrząc jej prosto w oczy, odparł poważnym i smutnym głosem – Sha’anks wie co czujesz, ale już za późno... On... Pan generał, poświęcił się dla nas. Uratował nas i wydał nam jasny rozkaz. Mamy wydostać się z tego piekła i uratować urzędnika.
- Chędożyć rozkazy i ratowanie pieprzonego, cherlawego urzędnika! Rób co chcesz, ale ja wracam! Nie mogę go zostawić... Sama nie rozumiem dlaczego, ale po prostu nie mogę...
- Sha’anks rozumie – odpowiedział khajiit nie puszczając jej ręki i wciąż patrząc jej prosto w oczy. - Ale pan generał... On... Jakby to powiedzieć... Hmmm... Sha’anks myśli, że byłoby lepiej gdyby pan sierżant już nigdy nie wyszedł z tych podziemi.
- Co?! Co ty bredzisz? - krzyknęła kobieta, wyrywając ramię z uścisku kota.
- Micareth nie rozumie, ale Sha’anks wie. Sha’anks to wyczuł – khajiit przerwał, ewidentnie starając się bardzo dokładnie dobierać kolejne słowa. - Zapach pana komendanta się zmienił. Bardzo delikatnie, ale Sha’anks to wyraźnie wyczuł. Ciało pana porucznika nie śmierdziało już jak pan porucznik. Jego woń była zbliżona do... Była taka sama, jak swąd tych potworów z którymi tu walczyliśmy...
- Aha – powiedziała powoli Micareth robiąc długą pauzę. Po chwili, dalej milcząc, ruszyła w stronę rozległych krasnoludzkich wrót.
Minęli drzwi i stanęli na szczycie długich, wąskich schodów. Stopnie wpadały w krótki korytarz, zwieńczony małym, ale wyraźnie widocznym wyjściem z mrocznych podziemi. Świecące na zewnątrz słońce, nieśmiało wpadało do środka, rozświetlając swoimi promieniami fragment tunelu. Nagle, nie wiedzieć skąd, na dole schodów pojawiło się pół tuzina odzianych w czarne, skórzane pancerze maszkar, które wykrzywiając swe blade twarze w groteskowy, nieludzki sposób, złowieszczo patrzyło na stojących ponad nimi Sha’anksa i Micareth. Nie zastanawiając się ani chwili, kot i wojowniczka błyskawicznie się odwrócili i ruszyli w kierunku krasnoludzkich wrót, które z głośnym łoskotem zamknęły się prosto przed ich nosami.
- Zamknięte, ani drgną! - krzyknęła kobieta, dokonawszy pobieżnych, ale dokładnych oględzin zatrzaśniętych drzwi. - Została nam jedna droga Sha’anks.
- Tak... - khajiit delikatnie położył wciąż nieprzytomnego urzędnika na kamiennej posadzce i odwrócił się w stronę stojących nieruchomo bladych postaci. - To będzie po trzech na głowę Micareth! - zaśmiał się wymuszenie i nerwowo. - Damy radę?
- Wątpię – bezceremonialnie odparła wojowniczka.
- Sha’anks również – kot ściszył głos. - I pomyśleć, że Sha’anks już nigdy nie zobaczy swoich dzieci.
- Masz potomostwo? - zdziwiła się Micareth, w duchu dziwiąc się samej sobie, że w ogóle zainteresowała się gderaniem kota.
- A tak, tak, ale tylko dwie dziesiątki i jedynie z trzema partnerkami. Sha’anks nigdy nie miał szczęścia do kobiet.
- Ale z pewnością miał szczęście do pakowania się w kłopoty – szczerze zaśmiała się Micareth, w duchu dziwiąc się samej w sobie, że w ogóle zdobyła się na jakikolwiek, choćby bardzo słaby, żart.
- Giń dobrze wojowniczko – powiedział w końcu khajiit.
- Ty również kocie.
Spotkali się w połowie schodów. Jako pierwszy zginął potwór, który zbyt szybko i pewnie zbliżył się do Micareth mającej wyższą i lepszą pozycję. Jego głowa z głośnym dudnieniem potoczyła się w dół, po wąskich kamiennych schodach. Czując pobudzający adrenalinę zapach juchy, Sha’anks ryknął wściekle i skoczył na kolejnych dwóch przeciwników. Trupio blade bestie walczyły dobrze. Zbyt dobrze. Były szybkie, silne, bezlitosne i nieustępliwe. Wykute w ciemnoszarej skale przez krasnoludzkich budowniczych schody, spłynęły krwią.
Po bardzo długiej, ciągnącej się w nieskończoność chwili, Micareth stęknęła i upadła na ziemię. Jednak wciąż krążąca w żyłach adrenalina, nie pozwoliła kobiecie stracić przytomności. Po kilku głębszych oddechach, jęcząc z bólu i chwytając się za głęboko rozcięte ramię, wstała i z grymasem niezadowolenia rzuciła na ziemię złamany w połowie ostrza rapier. Szkoda. Lubiła tę broń. Spojrzała na dyszącego ciężko, kuśtykającego Sha’anksa, który taszcząc ze schodów chudego urzędnika, uśmiechnął się do niej niemrawo, odsłaniając połamane i powybijane zęby. Nie odwracając się więcej za siebie, skierowali się w stronę oświetlonego promieniami słońca, wyjścia z przeklętych podziemi. Wyjścia, które niosło ogromną ulgę, radość, pocieszenie, ale i dziwnie nieprzyjemny niepokój oraz niepewność co do nieuchronnie nadchodzących wydarzeń.
Biegli. Pomimo graniczącego z wyczerpaniem zmęczenia, biegli, nie odwracając się za siebie. Podążający ich tropem pościg był w dosyć znacznej odległości, ale mimo tego nie zwalniali. Wiedzieli, że nie mogą sobie pozwolić na kolejne starcie z przeważającą liczebnie grupą oszalałych z nienawiści i żądzy mordu potworów. Mijane przez nich korytarze były ciemne, ale znajdujące się na ścianach fosforyzujące grzyby oświetlały wnętrza wystarczająco, aby nie musieli błądzić całkowicie po omacku. W czasie wcześniejszego starcia zgubili wszystkie pochodnie, a nie było czasu na stworzenie zastępczych, prowizorycznych źródeł ognia.
Kiedy dotarli do rozwidlającego się długiego korytarza, Grimes zwrócił uwagę na znajdujące się po prawej stronie, duże, masywne, na wpół otwarte drzwi. Kojarzył wrota tego typu. Za ich działanie odpowiadał stary, ale dosyć powszechny krasnoludzki mechanizm. Angra kompletnie nie miał pojęcia, jak w razie potrzeby taką bramę otworzyć, ale za to doskonale wiedział, jak ją zamknąć.
- Tędy! - krzyknął, wskazując na rozległe wrota – Do środka, szybko!
Kiedy upewnił się, że wszyscy towarzysze znaleźli się po drugiej stronie, wziął potężny zamach dwuręcznym toporem i z całej siły uderzył w znajdujący się z prawej strony drzwi fragment krasnoludzkiego mechanizmu, miażdżąc go niemal doszczętnie. Wrota zaskowyczały i zamknęły się z głośnym hukiem.
- To kupi nam trochę czasu – odparł zadowolony z siebie Grimes. - Tędy raczej nikt nie wejdzie.
- Ani nie wyjdzie – mruknął półgłosem Sha’anks, dysząc ciężko ze zmęczenia.
Angra wzruszył ramionami i ruszył w głąb kolejnego mrocznego, złowieszczo rozpościerającego się przed nim korytarza. Reszta drużyny niechętnie podążyła za nim. W powietrzu unosiła się woń grzybów, stęchlizny, rozkładu oraz czegoś jeszcze. Był to ledwo uchwytny fetor, nieznany i nierozpoznawalny dla zwykłego zjadacza chleba. Jednak Grimes znał go aż za dobrze. Wiedział, że drażniący nozdrza i ściskający za gardło zapach, to zapach śmierci.
Mijali kolejne korytarze, kręte, długie i ciemne. Niektóre z nich były zachowane w praktycznie doskonałym stanie, natomiast inne niemal całkowicie zawalone gruzem, ziemią i kamieniami. Nagle Grimes usłyszał cichy, niewyraźny głos, dochodzący z nieokreślonej strony.
- Grimes Angra... - powiedział głośniej, chrapliwy, obcy i nieprzyjemny głos.
Porucznik nerwowo rozglądnął się wokół, podejrzliwie spoglądając na swoją drużynę. Zajęci przedzieraniem się przez sypkie rumowisko towarzysze Angry nawet nie zwrócili na niego uwagi.
- Grimes Angra... - powtórzył nieznajomy, niepokojący głos. - Nie wyjdziesz stąd żywy...
Porucznik mimowolnie mocniej zacisnął dłonie na rękojeści dwuręcznego topora i żwawo ruszył przed siebie.
- Ruszać się – warknął. - Chyba widzę światło pochodni, zachowajcie czujność.
Po chwili drużyna znalazła się w okrągłym pomieszczeniu, doskonale oświetlonym przez światła umieszczonych na ścianach licznych pochodni. Na środku znajdował się niewielki, czarny niczym smoła kamień, o nieregularnych kształtach. Ze wszystkich stron otaczały go klęczące, zakute w kajdany ciała ubranych w łachmany ludzi. Zwłoki były ususzone niemal na wiór, z niektórych pozostały wręcz same kości z gdzieniegdzie przyczepionymi ledwo trzymającymi się kawałkami suchej skóry.
- Kapitanie, na wszystkich bogów! - jęknął przerażony Sha’anks. - Co to ma być?!
- Ktoś dosłownie wyssał z nich wszystkie siły życiowe – rzeczowo powiedziała Vera z zaciekawieniem przyglądając się klęczącym trupom.
- Hmm, czyli chyba znaleźliśmy część zaginionych z Greymoor – ponuro odparł Angra.
- Ten kamień... – kontynuowała wyraźnie podekscytowana Vera. - Ten kamień to źródło mocy, poruczniku! I to o potężnej sile! Za jego pomocą ktoś pochłonął całą energię życiową tych nieszczęśników i przetransferował ją dalej! Niezwykłe...
- Przetransferował? - Grimes skrzywił się paskudnie. - Gdzie? Do kogo? Co to wszystko ma znaczyć...
Dalszą część wypowiedzi Angry zagłuszył nagły, donośny krzyk Sha’anksa.
- Panie generale... - wymamrotał khajiit tępo gapiąc się na wystający z jego piersi zakrwawiony sztych sztyletu. - Pomóż...
Ostrze z głośnym, nieprzyjemnym dla ucha chrzęstem opuściło ciało Sha’anksa, a nieprzytomny kot osunął się na kamienną posadzkę.
- Nie bierzcie tego do siebie – spokojnie powiedziała Micareth, wycierając o spodnie zakrwawiony sztylet. - Po prostu właśnie usłyszałam lepszą propozycję.
- Zginiesz suko... - warknął przez zaciśnięte ze złości zęby Angra. - Nawet jeżeli uda ci się nas zabić, to nie wydostaniesz się ze Skyrim. Moi ludzie cię w końcu wytropią. Znajdą cię wszędzie, masz na to moje słowo.
- Rzecz w tym, poruczniku – odparła Micareth, patrząc Grimesowi prosto w oczy. - Że nie będą musieli szukać. To my przyjdziemy do nich...
Kobieta urwała i z wrzaskiem rzuciła się na Angrę. Kiedy znajdowała się w połowie dystansu, uderzyła ją jasnoniebieska kula energii, ciśnięta przez stojącą po lewej stronie Norda Verę. Micareth wrzasnęła i z głośnym świstem poleciała na drugi koniec pomieszczenia, z trzaskiem uderzając o wykładaną marmurem ścianę. Grimes chwycił oburącz rękojeść długiego topora i zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku podnoszącej się z ziemi wojowniczki. Nagle coś donośnie huknęło, podłoga zatrzęsła się na wszystkie strony, a z sufitu posypały się kamienie. Porucznik nie zdołał zachować równowagi i z impetem zwalił się na ziemię. Zanim zdołał wstać, znajdująca się pod nim kamienna posadzka głośno pękła i zapadła się w błyskawicznie powstałą, mroczną rozpadlinę.
Angra usłyszał rozpaczliwy krzyk Very i runął w dół. Po krótkiej niczym trzy uderzenia serca chwili, z donośnym chlupnięciem wpadł do lodowatej wody. Podziemne jeziorko nie było rozległe i już po chwili stał na kamienistym brzegu, pomagając wygramolić się na suchy ląd roztrzęsionej Verze. Kobieta ciągnęła za długie, kosmate łapy wciąż nieprzytomnego khajiita.
- Żyje – odparła po chwili. - Miał dużo szczęścia, ostrze nie przebiło serca, a ja zdążyłam go złapać zanim utopił się w wodzie. Ale jest z nim bardzo źle.
- Możesz mu pomóc? - cicho zapytał Grimes.
- Tak... nie wiem... może... - Vera przerwała, ale dodała po chwili zdecydowanym głosem. - Zrobię wszystko co w mojej mocy, poruczniku.
Angra kiwnął głową i wstał rozglądając się wokół. Znajdowali się w rozległej jaskini, jasno rozświetlanej światłem licznych fosforyzujących grzybów.
Z odległego, skąpanego w ciemności rogu celi wyłoniła się sylwetka wysokiego, muskularnego, łysego mężczyzny. Więzień odziany był w znoszoną lnianą koszulę, skórzane spodnie i sięgające kolan, wysokie buty. Jego brodata, pociągła twarz nie wyrażała żadnych emocji, w przeciwieństwie do pary wpatrzonych w porucznika błękitnych oczu. Zdecydowanie, koncentracja, odwaga, agresywność, brawura i pewność siebie. Głębokie, liczne blizny pokrywające szyję, twarz, ręce i prawdopodobnie resztę ukrytego pod ubraniem ciała, dobitnie świadczyły, że mężczyzna nie zdobył tych charakteryzujących go przymiotów grając w karczmie w kości lub hnefatafla.
- Gratuluję decyzji - Grimes uśmiechnął się półgębkiem. - Jak cię zwą?
Odpowiedziała mu głucha cisza, przerywana jedynie cichym piskaniem wygłodzonego szczura.
- Zadałem pytanie - odparł w końcu porucznik. - Rad byłbym więc usłyszeć na nie odpowiedź.
- Chyba raczej nie usłyszysz szefie - powiedział głos, należący do wylegującego się na jednej z drewnianych pryczy więźnia. - Ten Nord jest niemową. Ale siłę w łapskach to ma za trzech, możesz być pewien.
- Yrg Enilno... - skrzywił się Grimes. - Jeszcze cię nie powiesili, ty kupo smoczego łajna?
Leżący do tej pory Argonianin wstał i głośno się roześmiał.
- Porucznik Angra - powiedział z uśmiechem. - Jak dobrze znów cię widzieć! Miło w końcu porozmawiać z kimś na odpowiednim poziomie, towarzystwo złodziei i morderców, źle na mnie wpływa - Yrg uśmiechnął się jeszcze szerzej, odsłaniając niemal wszystkie gadzie zęby. - A powiedz, co u Trygwe? Nauczył się już trzymać topór lewą ręką? Wciąż chowa do mnie urazę za odchudzenie go o te kilka kilogramów zacnej prawicy?
- Nie prowokuj mnie, synu plugawej, śmierdzącej ropuchy i siadaj na ogoniastym zadzie, pókim dobry - warknął porucznik. - Moja oferta dotyczy wszystkich, za wyjątkiem ciebie. No, dalej chłopy, jeszcze jacyś chętni?
Z umiejscowionej po drugiej stronie celi pryczy wstał chudy, długowłosy mężczyzna. Jednak w momencie kiedy stawiał drugą stopę na zimnej, nierównej i zabrudzonej zakrzepłą krwią kamiennej podłodze, zamarł w bezruchu. Jego żylasta, odziana w proste i potargane szmaty sylwetka, wyglądała niczym groteskowa, cudaczna, ale niewyobrażalnie wręcz realistyczna rzeźba. Po krótkiej niczym mrugnięcie chwili, dołączyły do niej następne rzeźbiarskie dzieła, autorstwa najbardziej zdolnego artysty świata. Rzeźbiarz ten, z idealną, niemal boską precyzją, stworzył idealnie uchwycone sylwetki nieruchomego, śmiejącego się bezczelnie Argonianina, stojącego dumnie niczym ogromna góra, łysego, brodatego, muskularnego Norda z niewyrażającym żadnych emocji wyrazem twarzy oraz kilku zamyślonych, nieobecnych, skrytych w półmroku celi oprychów. Grimes szeroko otworzył oczy, popatrzył po zastygłych w bezruchu, zamienionych w kamienne rzeźby więźniach i zaklął szpetnie.
- Co do... - dodał po chwili, ale nie dokończył, gdyż przerwał mu nagły huk, wstrząs i oślepiający wręcz rozbłysk światła.
Obok Angra, gwałtownie i niespodziewanie otworzył się ciemny niczym nocne, bezgwieździste niebo, magiczny portal. Po chwili wyszła z niego kobieta. Wysoka, szczupła, odziana w ciemnozieloną, elegancko podkreślającą talię i sięgającą ziemi szatę. Jej długie, jasne, misternie zaplecione w wyszukany warkocz włosy, przyjemnie kontrastowały z dużymi, zielonymi oczami i charakterystycznie szpiczastymi uszami.
- Schowaj sztylet poruczniku Angra - powiedziała elfka. - I chodź ze mną, jeżeli chcesz żyć.