Stogusian

Stogusian ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

08.07.2020 13:28
odpowiedz
Stogusian
2

Podróż do fortu nie zajęła im zbyt wiele czasu, ale była za to wyjątkowo nieprzyjemna. Zimny, przenikliwy wiatr i bezustannie siąpiący deszcz sprawiły, że dotarli na miejsce zziębnięci, przemoczeni i podirytowani. Rysująca się przed nimi kupa szarych kamieni nazywanych Greymoor idealnie uzupełniała ten obraz nędzy i rozpaczy.
- Sha’anks tęskni za słońcem Elsweyr
- Jak chcesz je jeszcze zobaczyć to zastanów się lepiej jak wejść do środka- odparła Micareth - Jakieś pomysły Bodil?
- Cóż... Pracowałem tutaj jako skryba od dłuższego czasu, strażnicy powinni mnie kojarzyć. Zresztą nie ma innej drogi niż przez główną bramę. Chyba, że ktoś potrafi wspinać się po śliskich kamieniach albo bardzo szybko kopać.
- Sha’anks potrafi! Znaczy się wspinać, nie kopać. Ciężko wygrzebuje się ziemię spod pazurów.
- Ale my nie potrafimy - burknęła wojowniczka - Idziemy przez bramę. Tylko proszę, choć raz się nie odzywaj i zostaw gadkę naszemu towarzyszowi, dobra?
- Sha’anks się postara - odparł khajiit - ...ale nic nie obiecuje - dodał pod nosem idąc w kierunku fortu.

Brama była otwarta, a ostra, pokryta rdzą krata zdawała się tylko czekać na nieszczęśnika, w którym mogła by zatopić swe żelazne kły. Tuż obok wejścia, dwójka opancerzonych wartowników opierała się leniwie o swoje halabardy. Wydawali się nie zwracać uwagi na przybyszy aż do momentu gdy znaleźli się oni kilka metrów od nich. Natychmiast wyprostowali się i chwycili oburącz swoją broń.
- Stać! - krzyknął jeden z nich, chudy Nord o rzadkim, rudawym zaroście - Kto wy!?
Skryba wystąpił przed swoich towarzyszy.
- Nazywam się Bodil. Od kilku miesięcy pracuję dla kapitana.
- Rzeczywiście, kojarzę cię chłopcze! - wtrącił drugi strażnik. Dobrze zbudowany mężczyzna o gęstej czarnej brodzie i pooranej bliznami twarzy stanowił jakby przeciwwagę dla swojego wątłego partnera. - Gdzieś ty się włóczył chłopie? I co to za obdartusów tu zaciągnąłeś?
- Sha’anks nie jest żadnym obdartusem - warknął khajiit ściągając na siebie wściekłe spojrzenie Micareth.
- Wracamy z Blackreach - kontynuował urzędnik - Gdyby nie oni to byłoby już po mnie.
- Aaaa, więc to Wy, parszywa ferajna Grimesa! - rzucił pierwszy z wartowników - Gdzie porucznik łachudry, co? Załatwiliście go żeby skrócić sobie wyrok i macie czelność się tu pokazywać?
- To nie tak - zaczęła Micareth - Przeciwnicy nas rozdzielili, porucznik nie wyszedł razem z nami, a wcześniej dał nam rozkaz żeby dostarczyć dowody…
- Opowiecie tą historyjkę kapitanowi!- wrzasnął drugi strażnik - Jeżeli oczywiście zechce Was odwiedzić w lochach…
Przerwał mu donośny, basowy krzyk dobiegający z głębi bramy.
- Co tu się dzieje! - Rudy strażnik momentalnie odwrócił się i zasalutował.
- Na rozkaz panie sierżancie. Melduję, że zatrzymaliśmy tych parszywców, których zabrał Grimes!
- Zostaw ich w spokoju, pójdą ze mną - odparł spokojnym, acz stanowczym głosem Gutrim.
- Ale panie sierżancie, kapitan kazał bezpośrednio…
- Czy ty szeregowy kwestionujesz właśnie polecenie przełożonego?
- Ależ skąd panie sierżancie, nie śmiałbym, ale kapitan powiedział...
- Jeszcze jedno słowo i zamiast zbijania bąków pod bramą będziesz zasuwał po lasach z kolejnym nocnym patrolem.
- Tak jest panie..
- No i się doigrałeś. Szykuj wygodne buty. A wy - zwrócił się w kierunku przybyszy - Za mną. Mamy do pomówienia.

Chwilę później cała czwórka zniknęła w ciemnych uliczkach Greymoor.

***
Sierżant rozwinął kartkę, którą wręczył mu Bodil. Stanął przy kominku i z uwagą czytał jej treść. W tym samym czasie mag, młody dunmer w czarnych szatach, badał kryształ znaleziony przez Sha’anksa w czeluściach Blackreach. Siedział przy ciemnym, dębowym stole, który stanowił w zasadzie jedyny element wyposażenia gabinetu i przyglądał się znalezisku, co jakiś czas drapiąc się po brodzie. Ze skupienia wyrwał go krzyk Gutrima.
- Niech to szlag! Jasne, że Beinard to kawał szui, ale marionetka pieprzonej pijawki?! - zgniótł trzymaną w ręce kartkę i cisnął ją o podłogę.
- Tak jak mówiłem - odezwał się Bodil - To on wysłał mnie prosto w pułapkę. A znikające patrole? To przecież kapitan ustalał ich trasy.
- Wiem, chłopcze. Wierzę wam, chociaż może bardziej Grimesowi niż wam. Cholera, sam miałem jutro iść z chłopakami na zachód! - sierżant odwrócił się w stronę maga - Co z tym kryształem Belas, jakieś pomysły?
- To coś chyba rzeczywiście przyspiesza rozwój wampiryzmu - dunmer po raz kolejny podrapał się po brodzie - Wydaje mi się, że mógłbym to nieco przerobić, tak żeby powodowało supresję choroby, przynajmniej na jakiś czas.
- Zrób to - odparł Gutrim - A co do was. Mam pewien plan, ale musimy działać natychmiast.
- Sha’anks zamienia się w słuch. Micareth również, prawda?
Skinęła głową.

***
Plan był dość prosty. Gutrim poszedł zebrać wszystkich pewnych ludzi. W tym czasie Sha’anks wdrapał się po cichu na wieżę strażniczą gdzie znajdował się dzwon, przygotowany aby bić na alarm. Z kolei Micareth czekała w ukryciu przy głównym placu - jej przypadła rola zlikwidowania Beinarda, kiedy przyjdzie odpowiedni moment. W ręku ściskała magiczny kryształ, którego wnętrze zdawało się pulsować. Czuła ekscytację przed zbliżającą się walką.

Rozległo się uderzenie dzwona, potem drugie i kilka kolejnych. Dudniący dźwięk odbijał się smutnym echem od murów Greymoor. Chwilę później na dziedzińcu zaroiło się od żołnierzy. Jedna grupa wydawała się nieco bardziej zorganizowania niż cała reszta tej zbieraniny.
- Niewielu ich - pomyślała Micareth patrząć na Gutrima i jego ludzi.
Zaraz potem przybiegł Beinard. Nie miał na sobie hełmu i jednej rękawicy, widać było, że się spieszył. Wszedł na pohybel i ryknął
- Co się do cholery dzieje! Wartownicy, meldować!
Nikt mu nie odpowiedział. Przed szereg wyszedł jednak sierżant.
- Kapitan nas zdradził chłopcy! - warknął. - Te wszystkie zniknięcia to jego sprawka i jego krwiopijczych mocodawców! Pomyślcie o tym jak kończyły ostatnio patrole!
Bodil stanął u jego boku. Zaprezentował dowody, które znaleźli.
- Mnie też wpuścił w zasadzkę. Gdyby nie Grimes, którego również zresztą wysłał na śmierć, to gniłbym teraz w Blackreach albo służył tym pijawkom!
Wśród żołnierzy nastąpiło poruszenie. Ludzie sięgali po broń, z wrzasków dobiegały takie słowa jak zdrada, bunt, zabić. Kapitan nerwowo rozejrzał się po tłumie. W jednej chwili jego twarz przybrała złowieszcze rysy i nienaturalnie zbladła, a oczy zapłonęły wściekłą czerwienią. Otworzył usta odsłaniając ostre i długie kły, a następnie wrzasnął
- Zabić ich wszystkich!
Upiorny okrzyk zjeżył włosy nawet tak doświadczonego wojaka jak Gutrim. Kątem oka sierżant dostrzegł jak jeden z jego żołnierzy wbija swojemu towarzyszowi miecz w trzewia. Zrobił to mechanicznie i bez emocji, jak marionetka, a za jego przykładem poszli następni. Rozpętała się krwawa jatka, w której ciężko było odróżnić wroga od przyjaciela.
Tymczasem Micareth ruszyła w stronę Beinarda. Patrzył się w kierunku sierżanta, a w jego dłoni materializowała się szkarłatna kula energii. Wojowniczka w pełnym biegu cisnęła kryształ pod nogi kapitana. Białe światło rozlało się po dziedzińcu oślepiając na moment wszystkich zebranych. Po chwili mogła obejrzeć twarz swojego przeciwnika. Jej rysy częściowo wróciły do normy, ale oczy wciąż płonęły pierwotną żądzą mordu. Beinard zdjął z pleców ciężki, dwuręczny topór i pognał prosto na nią.
- Zginiesz dziwko! Ale najpierw spuszczę z Ciebie całą krew! - ryknął, po czym wyprowadził potężny cios na odlew.
Micareth zwinnie odskoczyła. Wiedziała, że parowanie ciosów nie miało sensu, nie w walce z przeciwnikiem postury niedźwiedzia. Kontynuowała więc swój taniec. Wirowała wokół kapitana unikając kolejnych uderzeń. Ostrze topora pracowało jak wahadło nadlatując raz z lewej, raz z prawej strony. A ona czuła jego rytm. Markowała pchnięcia, po czym cięła wlew, nurkowała pod bronią Beinarda dźgając go boleśnie rapierem w łączenia zbroi, ale to nie wystarczyło. Mimo tego, że krwawił to wciąż nacierał na nią z tą samą siłą, a jej zaczęło tych sił brakować. Każde kolejne cięcie wymuszało na niej krok wstecz, pot zalewał jej oczy, w tle widziała błyski ognistych pocisków ciskanych przez Belasa. Trzymała się, ale przy którymś kolejnym uniku poczuła opór. Ściana. Chwilę później ostrze topora wbiło się w jej obojczyk, a ból rozlał się falą po całym jej ciele. Osuwała się nieprzytomna na ziemię. Zdołała usłyszeć jeszcze koci syk nim ogarnął ją mrok.

***
Micareth podniosła się na łóżku opierając się prawym łokciem o twarde posłanie. Kręciło jej się w głowie, a lewy obojczyk cały czas boleśnie pulsował. Obok, na niskim taborecie siedział khajiit. Widząc, że odzyskała przytomność ożywił się.
-Sha’anks bał się, że nie otworzysz już oczu. Że nie skosztujesz słodyczy wolności
- Wolności? Co się do cholery stało, pamiętam walkę z Beinardem, a potem nic, pustka. - odparła zdezorientowana Micareth.
- Oj tak, Sha’anks widział jak kapitan ciął Micareth toporem. Sha’anks wbił mu swoje sztylety w pierś, ale przeprasza, że tak późno.- smutno opuścił głowę - Khajiit może szybko wejść na wieżę, ale gorzej jest zejść.
- Cholera, żeby nie był pijawką to załatwiłabym go dwa razy. - zaklęła - A co z Gutrimem i resztą?
- Sierżant żyje i całkiem spora część jego ludzi też. Na oczach Sha’anksa porwał listy gończe Sha’anksa i Micareth.
- Czekaj, czekaj. To znaczy, że to koniec? A co z tym wampirzym lordem w Blackreach?
- Gutrim powiedział, że to sprawa Paktu. Sha’anks nie protestował. - mówiąc te słowa khajiit wyjął z torby całkiem sporej wielkości drożdżówkę i posypał ją duża ilością jakiegoś białego proszku. Wziął solidny kęs, po czym wyciągnął rękę w kierunku Micareth.
- Sha’anks myślał, że sama wolność wystarczy, ale te bułki wciąż są niesłodkie.
Nie mogła powstrzymać śmiechu. Obojczyk bolał ją teraz znacznie mocniej, ale mimo to przyjęła smakołyk i wgryzła się w miękkie ciasto. Słodycz rozlała się po jej podniebieniu, a chwilę później ogarnął ją głęboki i błogi sen.

01.07.2020 21:46
odpowiedz
Stogusian
2

Minąwszy wampirzycę nie oglądali się za siebie. Wiedzieli, że Angra jednym niemym rozkazem przemianował ich z żołnierzy na posłańców i zlekceważenie go nie wchodziło teraz w grę. Ruszyli co sił w nogach, na tyle szybko na ile pozwalał balast w postaci nieprzytomnego urzędnika. Przez pewien czas słyszeli jeszcze szczęk żelaza, przeszywające kobiece piski i niskie wrzaski porucznika, ale dźwięki te dość szybko ustąpiły innym, może nawet groźniejszym. Był to cichy pomruk trzęsących się skał i stukot drobnych kamieni spadających na ziemię. Micareth wrzasnęła.
- Niech to szlag! Musimy stąd wiać zanim ten przeklęty tunel zwali się nam na głowy!
- Sha’anks biegnie za dwóch!
Nie przebiegli kilkunastu metrów kiedy to ziemia zatrzęsła się po raz kolejny zmuszając ich do zatrzymania się i złapania równowagi. Widzieli spadające przed nimi stalaktyty.
- Obawiam się, że to może nie wystarczyć! Daleko jeszcze?!
- Jeżeli Sha’anksa nie myli jego pamięć do tuneli to zostało jakieś pół godziny drogi.
- Mamy góra dziesięć minut Sha’anks! Albo zostaniemy tu pogrzebani!
Pobiegli dalej. Okazało się, że nie mieli dziesięciu minut. Ani nawet pięciu. Wstrząsy błyskawicznie nabierały na sile aż w końcu strop korytarza przed nimi zaczął się walić. Instyktownie ruszyli w przeciwnym kierunku szukając rozpaczliwie drogi ucieczki. Kamienie spadały tuż obok nich zmuszając jedno jak i drugie do zwinnych uników. Do tego pot zalewał im oczy sprawiając, że łuna światła otaczających ich grzybów zdawała się być gęstą mgłą. Opadali z sił, a Blackreach opadało na nich. Wtedy to kątem oka Micareth zauważyła linijny cień na jednej ze ścian. Szczelina.
-Szybko! Tam! - wrzasnęła, ciągnąc jednocześnie za sobą Sha’anksa. Wcisnęli się w wąski korytarz w ostatnim momencie.

Ogarnęła ich zupełna ciemność. Pochodnie zostały gdzieś z tyłu, pogrzebane na zawsze, a tunel, w którym się znaleźli pozbawiony był fluorescencyjnych grzybów.
- Było blisko - powiedziała zdyszanym głosem Micareth - Koty przodem.
- Sha’anks kiedyś umrze, ale obsypany księżycowym cukrem, a nie stertą kamieni.
Ruszyli przed siebie. Niedługo potem na ścianach zaczęły pojawiać się grzyby, a khajiit poczuł, że dłoń jego towarzyszki opuściła w końcu jego bark. Tunel stopniowo rozszerzał się, a z jego głębi dobiegał szum.
- Słyszysz to? Jeżeli to strumień to może prowadzić na powierzchnię. Może tu nie zginiemy!
- Sha’anks nie lubi wody, ale jest gotowy zrobić wyjątek.
Dźwięk stawał się coraz wyraźniejszy i nie mieli już wątpliwości, że to podziemny potok. Niestety do szumu dołączyły się dziwne pojękiwania i czyjeś kroki. Po pokonaniu kolejnego zakrętu dowiedzieli się do kogo należały. Przed nimi rzeczywiście znajdował się strumień, ale grota, którą tutaj przecinał była zamieszkana przez falmerów. Kręcili się wśród swych prymitywnych zabudowań, jakby zaalarmowani przez wstrząsy, które chwilę wcześniej nawiedziły Blackreach.
- Cholera, za dużo ich.
- Sha’anks ma pomysł. Może nie będziemy musieli walczyć.
Khajiit wskazał palcem w stronę strumienia. Znajdowało się tam coś co przypominało prymitywną pychówkę. Podobne widywali wzdłuż rzek Skyrim, jednakże tamte były z drewna, a nie z płyt pancerzy chaurusów, kości i jakiegoś innego, dziwnego budulca.
- To może się udać. O ile damy radę się tam przekraść z tym urzędasem na karku. Cholera, dlaczego dla niego ryzykujemy?! - syknęła podirytowana Micareth.
- Bo porucznik kazał. Zresztą nawet jeżeli go uratujemy to w rachunkach Sha’anksa wychodzimy na minusie z tej wyprawy. Zróbmy choć tyle dobrego.
Wojowniczka westchnęła i przyczajona ruszyła przed siebie.

Nie szło im źle, falmerzy byli ewidentnie czymś zaaferowani i nie zdołali usłyszeć ich kroków. Zdradziło ich co innego. Kiedy byli już raptem kilkanaście kroków od łodzi urzędnik na plecach Sha’anksa zaczął się wiercić i wydał z siebie głośny jęk. Wystarczająco głośny żeby grupa upadłych elfów ruszyła w ich kierunku. Micareth wrzasnęła.
- Niech Cię szlag! Przygotuj łódź! Zatrzymam ich.
Khajiit rzucił się w kierunku pychówki. Wrzucił Bodila do środka i zaparł się o rufę próbując wepchnąć ich okręt do wody. Opór był znacznie większy niż się spodziewał. Tymczasem przeciwnicy doskoczyli na zasięg rapiera Micareth. Kolejno starali się przekroczyć granicę wyznaczoną przez czubek jej oręża, ale każda taka próba kończyła się szybkim pchnięciem. Było ich jednak zbyt wiele. Szybko zmusili ją do obrony i zamiast śmiercionośnych ciosów popisywała się teraz niesamowitymi paradami. Z każdą kolejną musiała się jednak cofać i czuła, że nie wytrzyma tego dłużej. Wtedy to usłyszała głośny plusk i wołanie Sha’anksa.
- Wszyscy na pokład!
Sparowała ostatni cios i z gracją wskoczyła do łodzi. Pychówka niebezpiecznie się zakołysała, ale chwilę później płynęli już wraz z wartkim nurtem zostawiając za sobą napastników.
- Ha! Sha’anks mówił, że dzisiaj nie umrze!
- To jeszcze nie koniec! - Micareth widziała kolejnych falmerów biegnących wzdłuż brzegu, który teraz nieco się podnosił. Jeden z nich skoczył w ich kierunku. Wylądował jednak za rufą, cięty w locie rapierem. Kolejnemu wyszło to niestety lepiej. Zwalił się na nich z impetem nabijając się na oręż Micareth i odrzucając ją do tyłu. Uderzyła plecami o burtę, ale mimo bólu dała radę przerzucić falmera nad sobą tak żeby wylądował w wodzie po drugiej stronie. Łódź ponownie się zakołysała nabierając wody i podtapiając głowę urzędnika, który w tym momencie odzyskał przytomność.
- Co….co to za miejsce, gdzie….?
- Blackreach i lepiej się nie ruszaj głupcze! - syknęła Micareth podnosząc się z pokładu i masując plecy.
- Sha’anks widzi tunel. Uciekliśmy im!
-Jaki tunel... Blackreach? Nie rozumiem… - powiedział Bodil po czym jego głowa znowu opadła mu bezwładnie na tors.
Przez kilka minut płynęli jeszcze z prądem strumienia, kiedy im oczom ukazało się światło. Nie była to jednak słaba łuna podziemnych grzybów tylko oślepiający blask prawdziwego słońca. Sha’anks uśmiechnął się szeroko, ale po chwili jego źrenice rozszerzyły się, a na twarzy zagościł strach. Przed nimi rysował się bowiem wodospad.
- Sha’anks radzi abyś trzymała się bardzo mocno
-Co?
W tej chwili runęli w dół i z hukiem uderzyli o taflę wody, która ogarnęła ich ze wszystkich stron. Na szczęście łódź wytrzymała upadek. A oni wytrzymali wyprawę do Blackreach. Przynajmniej ich troje.

23.06.2020 23:38
odpowiedz
Stogusian
2

Grimes mocniej zacisnął zęby. Jednym płynnym ruchem ściął głowę Miltena, która potoczyła się kawałek dalej zastygając w swym przeklętym, drwiącym grymasie. Angra wziął głeboki wdech, po czym odwrócił się w kierunku swoich towarzyszy. Byli zdyszani i zakrwawieni, ale ku pewnemu zaskoczeniu porucznika wszyscy wciąż żyli. Pierwszy odezwał się khajitt.
- Sha’anks docenia piękno malunków naszego martwego przyjaciela, ale wolałby nie poznać jego mecenasów.
- Ja również - powiedziała zdyszanym głosem Micareth. -Skąd dobiegł ten huk?
- Wydaje mi się, że stamtąd - odparła Vera wskazując palcem tunel po ich lewej stronie.
Grimes zarzucił topór na plecy i bezzwłocznie ruszył w przeciwnym kierunku. Gestem dłoni nakazał reszcie podążać za nim. Chwilę później cała drużyna zniknęła w mroku kolejnego tunelu.

* * *
- Czy mogłabyś do cholery nie machać tak tą pochodnią? - syknęła podirytowana Vera, która po raz kolejny potknęła się na śliskich kamieniach wyściełających ciemny korytarz.
- Och, nie marudź już. Nie moja wina, że brakuje Ci sprytu - rzuciła Micareth pokonując z niezwykłą lekkością kolejne przeszkody i doganiając idących z przodu towarzyszy.
Ich ucieczka trwała już dobre kilkanaście minut, jednakże ograniczona widoczność i zdradliwe podłoże sprawiały, że poruszali się w tempie co najwyżej szybkiego marszu. Nie pomagała też wilgoć i stęchły, grzybowy zapach drażniący nozdrza przy każdym oddechu. Elfka przeklinała w myślach wszystkie te niedogodności przez co prawie wpadła na plecy swoich kompanów, którzy z jakiegoś powodu się zatrzymali. Usłyszała przekleństwa płynące z ust Grimesa.
- Niech to szlag! Wygląda na to, że wasza służba wkrótce dobiegnie końca parszywce. Chyba że któreś z was potrafi fruwać, psia mać!
Jego wypowiedź skwitował przeszywający wrzask dobiegający zza ich pleców.
- Do diabła, są coraz bliżej - syknęła Vera po czym podeszła do pozostałych.
Od dalszej części korytarza oddzielała ich szeroka przepaść. Wyglądało to tak jakby w tym miejscu spadła kiedyś wielka gilotyna dzieląc ten tunel na dwie części. Z otchłani dobiegał cichy szum podziemnego strumienia, ale jeżeli rzeczywiście tam był to przesłaniała go bezdenna ciemność.
- Matka Sha’anksa mówiła, że jeżeli gdzieś nie można wejść to można tylko trzeba mieć dobry wytrych. Sha’anks chyba ma dobry wytrych. - powiedział spokojnym głosem khajiit, po czym wyciągnął zwiniętą w równe pętle solidną, konopną linę.
- Co chcesz zrobić? - zapytał Angra przyglądając się z zaciekawieniem swojemu towarzyszowi.
Ten zignorował pytanie, podszedł do najsolidniejszego, jego zdaniem, stalagmitu i przywiązał do niego jeden koniec sznura. Resztę zarzucił sobie na ramię, cofnął się kilka kroków wstecz, a następnie ruszył biegiem w kierunku przepaści.
- Stój, zginiesz idioto! - wrzasnęła jeszcze Micareth, ale nim zdążyła dokończyć zdanie, wyciągnięty jak struna khajiit leciał już nad ciemną otchłanią. Grimes i pozostali byli już pewni, że spadnie, kiedy to Sha’anks chwycił jedną ręką wystającą półkę skalną i zwinnym ruchem wspiął się na górę. Szybko przywiązał linę po drugiej stronie, po czym odwrócił się, oparł ręce na biodrach i z zadowoleniem krzyknął,
- Sha’anks mówił, że ma dobry wytrych.
* * *
Dalsza część korytarza okazała się znacznie krótsza niż poprzednia. Już po kilku minutach marszu tunel zaczął się rozszerzać, a mrok powoli ustępował światłu docierającemu z niewiadomego źródła przed nimi. Zapach stęchlizny powoli ustępował znacznie przyjemniejszemu, ziołowemu aromatowi, a skalne ściany otaczające drużynę co raz częściej były przeszywane przez różnego kalibru rury i inne krasnoludzkie konstrukcje.
- Nie podoba mi się to - warknął Grimes. Skąd to światło do licha.
- W wielu miejscach krasnoludzkie mechanizmy wciąż są sprawne - wtrąciłą Vera - To nie musi oznaczać kłopotów.
- Sha’anks ufa słońcu nad Elsweyr, ale nie słyszał o żadnym słońcu ani księżycu pod Elsweyr. To martwe światło. Sha’anks nie jest zdziwiony, że Ci nie przeszkadza elfko.

Chwilę później tunel zaczął gwałtownie się rozszerzać odsłaniając rozpościerająca się przed nimi grotę wielkości całkiem sporego targowiska. Angra przywarł do ściany i rzucił do pozostałych
- Do mnie! Widać nas tu na jak na dłoni.
Reszta posłuchała rozkazu i wszyscy zaczęli rozglądać się po okolicy. Jaskinia przypominała stare, opuszczone miasteczko. Większość domów była zrujnowana, pozostawiając po sobie jedynie fundamenty i resztki ścian. Charakterystyczne dla Blackreach grzyby rosły jedynie na obrzeżach, natomiast cały plac porastały najróżniejszej maści rośliny, teraz przypominające jedynie chwasty w dawno zapomnianym ogrodzie. Uwagę zwracał jeden budynek znajdujący się po lewej stronie. Był większy niż pozostałe, a jego dach był w całości wykonany z dziwnego, zielonego kryształu. Grimes wskazał ręką w jego kierunku
- Dobra, tam chyba możemy się na chwilę schować. Za mną. Tylko po cichu.
Pozostali skinęli głowami i ruszyli za porucznikiem. Kiedy minęli pierwsze budynki ich oczom ukazał się strop jaskini, a wraz z nim źródło dziwnego światła. Był to sporej wielkości kryształ jarzący się białym blaskiem na tyle silnym, że pozwalał na poruszanie się bez pochodni. Miasto wydawało się być puste, więc drużynie szybko udało się dotrzeć pod tajemniczy budynek. Grimes wyciągnął swój topór i zdecydowanym ruchem otworzył drzwi. Nie widząc bezpośredniego zagrożenia pokazał reszcie żeby szli za nim. Ich oczom ukazało się wnętrze czegoś co przypominało laboratorium. Część sprzętów takich jak kamienne meble z pewnością pamiętało czasy krasnoludzkie, ale niektóre elementy wyposażenia musiały trafić tu niedawno. Była to między innymi aparatura alchemiczna, rozmaite narzędzia, ale i coś jeszcze. Coś znacznie mniej przyjemnego dla oka. Przy drzwiach znajdowały się bowiem trzy żelazne klatki. W dwóch z nich spoczywały ludzkie, aczkolwiek nienaturalnie blade zwłoki. Truchło spoczywało również w ostatniej z nich, ale nie przypominało ono żadnej rozumnej istoty. Bliżej mu było do jednej z tych bestii, z którymi przyszło im wcześniej walczyć. Grimes rozejrzał się z obrzydzeniem i ryknał
- Co to ma być?! Niech to, tutaj trafiają ci biedni ludzie?!
- Sha’anks tylko przypomni, że tęskni za przytulną celą.
- Wiesz co, ja też zaczynam tęsknić za Greymoor - wydusiła Micareth zasłaniając rękawem usta i nos.
Vera jako jedyna nie wydawała się przytłoczona tym co zastali. Przez jej głowę przebiegła myśl, że mimo wszystko jest chyba tą dobrą nekromantką.
- Jeżeli znikający ludzie rzeczywiście skończyli w tym miejscu to może znajdziemy tutaj coś istotnego- rzuciła po czym zaczęła przeszukiwać laboratorium. Nie zajęło jej to długo, gdyż przy aparaturze znalazła to czego szukała. Dziennik z notatkami kogoś kto tutaj pracował. Natychmiast zaczęła go kartkować

2E 582 Dzień pierwszy
Pajęczaki z gatunku Ixodes Marxi wydają się być idealnym nośnikiem hemofilii porfirycznej. Po nakarmieniu wampirzą krwią nie obserwowano żadnych reakcji niepożądanych. W końcu mogę zacząć testy

Dzień szósty
Zainfekowane szczury wykazują niepohamowaną agresję i chaotyczność w działaniu. Wszystkie próby ich poskromienia zawiodły. Może przez swoje zwierzęce instynkty nie stanowią wiarygodnych modeli badawczych. Muszę jak najszybciej rozpocząć testy na istotach rozumnych.

Dzień dwunasty
W końcu mój Pan zgodził się na oddanie pod moją opiekę trzech Nordów. Efekty są jednak niezadowalające. Narządy obiektu nr 1 uległy całkowitej deformacji. Obiekty nr 2 i nr 3 demonstrowały natomiast zachowanie podobne do szczurów, nie okazywały posłuszeństwa wobec dawcy krwi. Coś musi się dziać w organiźmie Ixodes Marxi.

Pozostałe stronnice zostały wyrwane z dziennika. Vera zbladła i drżącym głosem zrelacjonowała reszcie treść notatnika. Grimes uderzył pięścią w stół
- Do jasnej cholery elfko! Chcesz mi powiedzieć, że te plugastwa będą w stanie zarażać wampiryzmem bez wychodzenia z pieprzonego Blackreach?!
- Nie wiadomo poruczniku, według tego co tu jest napisane nie… -zaczęła nekromantka.
- Nieważne! - przerwał jej Angra - prędzej czy później im się uda, a wtedy skończymy jak biedny Milten!
W pomieszczeniu zapadła cisza. Grimes pogrążył się w myślach próbując znaleźć jakieś rozwiązanie tej beznadziejnej sytuacji. Z zadumy wyrwało go stukanie czegoś o szkło.
- Sha’anks chyba coś znalazł i wcale mu się to nie podoba. Sha’anks myśli, że komary są wystarczającym nieszczęściem dla świata. - powiedział khajiit prezentując wszystkim szklany pojemnik z zamkniętym w nim czymś, co przypominało przerośniętego kleszcza. Owad wściekle uderzał o ściany naczynia jakby chciał ich wszystkich pożreć.
<c.d.n.>

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl