Tak, wiem. Early Access to taki system, w którym studio tworzące grę zamiast płacić testerom, bierze pieniądze od graczy, żeby mogli testować mu grę. Jeden z wielu poważnych kroków, które doprowadziły do bardzo złego stanu gaming industry, wespół z day-one-dlcs, cash shopami, kilkurocznymi preorderami, pay-to-win, zbrojami dla konia itp. Akceptując te kroki, jeden po drugim, głosujemy portfelem za dalszą degradacją i coraz gorszym dojeniem nas przez biznesmenów (bo to oni teraz stoją za większością dużych tytułów, a nie pasjonaci). Dostajemy coraz gorszy produkt, za coraz większe pieniądze. Wersję deluxe, gold albo ultimate ze złotą skórką na naszego mounta. Gry są tworzone 5, 6, 7, 10 lat, a mimo to i tak totalnie zbugowane na premierze i nikt już się nie dziwi i nie zadaje pytań.
Myślę, że to, że gry indie - ostatnia nadzieja i ostatni bastion - też już sięgają po te praktyki, to raczej nie jest coś, z czego należy się cieszyć.
A bycie banowanym fajnie jakby pozostało dla tych, którzy bluzgają innych w komentarzach, tylko dlatego, że mieli inną opinię.
Czyli gra wychodzi za kilka dni, ale ukończona będzie za rok? Fajne te nowe standardy w gamingu...
Proponuję nie kupować bezpośrednio na Steamie, tylko sprawdzać aktualne ceny na którymś z agregatorów promocji (np. gg.deals) i kupować gry na Steama w innych legitnych sklepach - jest ich pełno. Są jeszcze oczywiście keyshopy, ale to już jest pewne ryzyko, bo klucze z niewiadomych źródeł.
Pozostałe części są bardzo mocno przegadane i jest tam dużo filozofowania, a naprawdę niewiele akcji. To świetne książki, ale niespecjalnie nadają się na wielkie hity kasowe. No chyba, że chcieliby bezlitośnie zmasakrować materiał źródłowy jak Netflix Wiedźmina.
Do artykułu wkradła się pomyłka: Kynseed ma premierę we wtorek, 6 grudnia, a nie w czwartek 8.