Mówię to szczerze, niewiele gier zniosło próbę czasu tak dobrze jak Underground 2. Dlaczego ta gra stała się tak legendarna?
Fabuła, no cóż jest kiepska, strasznie kiepska. Cutscenki wtedy jeszcze nie były z udziałem aktorów, oglądamy zamiast tego rysowany komiks z tekstem. Mamy jako główny cel pokonać jakiegoś tam Caleba który próbował się nas pozbyć. Dobra, kogo to interesuje skoro to gra wyścigowa.
Kampania jest dzielona na 5 stageów w których mamy do zaliczenia podaną ilość wyścigów. Otwarte miasto to ogromna nowość względem NFS U1. Undeground 2 to gra która próbuje kupić cię swoją otwartością. Albo zaliczasz zwyczajnie wyścigi albo pozujesz sobie na okładkę magazynu albo trenujesz swoje skille driftera. Po mieście albo w specjalnym trybie dyno.
Model jazdy to jeden z elementów który nawet w 1% się nie postarzał. Twórcy osiągnęli złoty środek. To jak przyjemne jest np. Wchodzenie w zakręty power slidem, tego trzeba doświadczyć bo nie da się opisać.
Tuning. EA idealnie wstrzeliło się w szał na własne modyfikowanie swoich samochodów i kulturę nocnego ścigania się, zapoczątkowaną przez serię Fast n Forious. Do tego wszyscy wtedy oglądali namiętnie "Pimp my Ride" więc Underground 2 był dla fanów takiego klimatu jak manna z nieba. Tuning, nie tylko ten wizualny ale i mechaniczny daje olbrzymie możliwości. Oczywiście dzisiaj peugeot 206 z gigantycznym spoilerem i lampami xenon to mocny kicz i obciach ale gra sama kusi do tworzenia takich potworków :)
Oczywiście nie ma gry idealnej.
Underground 2 po dłuższym czasie zaczyna być dosyć męczący. Głównie przez to, że do każdej lokacji na mapie musimy sami dotrzeć i dosyć szybko zaczyna to być żmudne. Nie pomaga brak jakkolwiek interesującej fabuły.
Przez długi czas Most Wanted był moim ulubionym Need For Speedem.
Obecnie dużo więcej sympatii mam do Carbona, mw zjechał trochę niżej.
Gra ma 20 lat, dokładnie tyle co ja. Jak trzyma się teraz tak wiekowy tytuł?
Fabuła jak to w grach wyścigowych. Przaśnie głupkowata, naiwna, banalna. No ale kto normalny gra w ścigałki dla historii. Skupię się na rozgrywce i innych aspektach. Naszym głównym celem jest wspiąć się na sam szczyt "czarnej listy" i pokonać 15 bossów. Żeby móc się z nimi zmierzyć, najpierw musimy wygrać określoną ilość eventów, zaliczyć kilka wyzwań z policją i nabić punkty notowań. I tak w kółko Macieju. Naturalnie z każdym pokonanym kierowcą wymagania do kolejnego starcia będą coraz wyższe. Wyścigu jest parę rodzajów - Klasyczny na okrążenia, eliminacje, Próba prędkości, wyścig z czasem, sprint i drag. Na początku dostępna jest jedna część miasta, z postępem fabuły odblokują się kolejne obszary. Pokonywanie zawodników z czarnej listy ma w sobie tą moc przyciągania. Zapewniam, że zaczynając granie można stracić poczucie czasu. Policja, najpierw pościgi wieją trochę nudą ale potem zamieniają się w emocjonującą walkę o przetrwanie. Najpierw będą nas ganiać standardowe patrole z drogówki. Potem dołączą agenci stanowi i federalni, dojdą kolczatki, blokady drogowe i śmigłowiec.
Tuning nie jest tak bogaty jak w poprzedniej części Underground 2 ale jest jak najbardziej dobrze wykonany. Każdemu pojazdowi możemy dodać do jego wyglądu własny charakter i to od naszej wyobraźni zależy jak odjechany projekt stworzymy.
Za model jazdy należą się wielkie pochwały. Wciąż czuje się ten pęd przy prędkości 350 km/h. Każdy pojazd ma swoje własne osiągi, nie można powiedzieć, że wszystkie prowadzą się tak samo.
Oczywiście tytuł w wielu aspektach się zestarzał. Niestety gra pod sam koniec staje się niemożliwie upierdliwa, nabijanie punktów bounty i kamieni milowych zaczyna być męczące. Bardzo słabe AI, przeciwnicy jak i policja bez przerwy na czymś się rozbijają. Wyścigi mają strasznie nierówny poziom trudności, jedne zaliczy się niczym spacerek po parku a inne trzeba będzie powtarzać naprawdę wiele razy. Most Wanted ma też coś czego strasznie nie lubię - rubberbanding czyli "wyrównywanie szans" przeciwnika. Polega na tym, że jak sterowany przez komputer zawodnik sobie nie radzi to zaczyna jechać ze znacznie większą szybkością aby mógł nas dogonić. Nie bądźcie zaskoczeni kiedy przed samą metą jadąc maksymalnie ulepszonym Lamborghini, zawodnik w Fiacie Punto otrzyma nagle prędkość ponadźwiękową i was wyminie.
Grałem w to dawno, zawsze nazywałem ten tytuł "Simsy dla dojrzalszych". Rozgrywka to Simy wręcz 1:1, różnica polega na tym, że w Singles bardziej skupiono się na elemencie seksu i zbudowania swojemu awatarowi udanego życia miłosnego. Tak jak w serii od EA mamy za zadanie sterować postacią i poprowadzić jej życie tak by było wygodne. Załatwiać ich potrzeby życiowe, poprawiać zdolności i gonić do roboty. Ale ten produkt nie jest tak rozbudowany jak Simsy. Nie można wpłynąć na wygląd ani osobowość co mnie najbardziej rozczarowało. Jest dużo mniej do robienia. W Simach rozgrywka może toczyć się w nieskończoność jeśli dobrze wszystko rozgrywamy. Tutaj tak naprawdę jak już uda nam się umieścić 2 postacie w jednym łóżku to dalej nie ma nic do roboty. Za to jest coś czym Singles mogą potencjalnie zaciekawić - Nasi bohaterowie mogą paradować po domu jak ich pan Bóg stworzył, przy czym na konkretnych częściach ciała nie umieszczono jakiejkolwiek cenzury :)
Ukończyłem tą grę raz i więcej nie zamierzam do niej wracać. Widać że twórcy nie za bardzo mogli się zdecydować co właściwie chcą stworzyć. Najpierw to miał być tytuł startowy dla PS2, mieliśmy dostać ogromny, pieczołowicie odwzorowany Londyn do zwiedzania. Ostatecznie gra zaliczyła dwuletni poślizg i udało się wcisnąć do gry jedynie 16km powierzchni. W zapowiedziach Getaway miał być pogromcą Gta 3, dlatego często o tej grze się słyszy że to Gta w Londynie. Trochę tego nie rozumiem bo poza możliwością kradzieży dowolnego pojazdu z ulicy nie zauważyłem tu nic wspólnego z symulatorami gangstera od Rockstar. Już prędzej nazwałbym to klonem Drivera lub Mafii.
Zacznę może od tego co mi się podobało. Fajnie że wszystkie elementy gry łącznie z wozami są w pełni licencjonowane. Fabuła jest całkiem dobra i to głównie ona mnie motywowała do ukańczania kolejnych misji. Grywalne są dwie postacie - Mark Hammond, były gangster któremu dawni wspólnicy zabili żonę i porwali synka i Frank Carter, zawieszony służbowo gliniarz którego historia splata się z historią tego pierwszego. Klimat jest naprawdę super. Ta gra czerpie garściami z filmów Guya Ritchiego. Garnitury, dwururki, tłuste cygara i charakterystyczny brytyjski slang. Gta nigdy nie traktowało się w 100% poważnie, Getaway trzyma się twardo poważnego, mrocznego tonu. Zastosowano tutaj kilka ciekawych rozwiązań. Nic nie mamy na ekranie, więc do celu misji doprowadzą nas kierunkowskazy samochodu.
Niestety gra w wielu miejscach jest tak niedorobiona i drewniana, że ledwo ją ukończyłem po wielkich męczarniach. Przy pierwszym kontakcie z tym tytułem poległem na wprowadzającej misji gdzie musiałem strzelać. Nic nie było mi wiadomo, nie wiedziałem jak się strzela. Ekran gry jest zupełnie pusty. Nie ma celownika, nie ma radaru, paska energii, absolutnie żadnych podpowiedzi. Przy pierwszym starciu, śmierci zaliczyłem pewnie ze dwadzieścia. Dopiero potem jakimś przypadkiem znalazłem że pod R1 ukryty jest auto aim. Nie wiedziałem jak odzyskać zdrowie. Nie ma apteczek a po dostaniu paru kul na klatę bohater zaczyna kuleć, chodzić coraz wolniej aż w końcu prawie się czołga i praktycznie nie da się wtedy poruszać. Okazuje się że aby wyleczyć postać należy podejść do ściany, wtedy protagonista oprze się o nią i odzyska zdrowie. Ale brak podpowiedzi to jeszcze nic.
Kiedy jedziemy samochodem zaczyna się istna masakra. Wozy przeciwników które nas gonią, w tym radiowozy to prawdziwe tarany, które jak przyrobią w nas z całym impetem to nasz wóz jest w połowie zniszczony. Policja atakuje jak wściekła szarańcza, zawsze jedzie szybciej od ciebie i co najgorsze nie ma w tej grze zbytnio sposobu aby strząsnąć ich z ogona. Czasem do tego kabaretu dorzuconą nam jeszcze towarzysza który oczywiście nie może umrzeć albo dostaniemy limit czasowy. I nie wiadomo ile go mamy bo jak mówiłem gra niczego nie podpowiada. Kończący się czas symbolizuje jedynie dzwonek w tle, który przyspiesza tempo coraz bardziej.
Ale to nadal nie wszystkie problemy Getaway. Prawie wszystko jest niedopracowane i nie działa poprawnie. Bardzo zauważalny jest spam wrogów. Często pojawia się ich kilku naraz jak z maszyny klonującej. Jest taka misja w której wpadamy w środek bitwy gangów. Jest punkt którego nie wolno ci przekroczyć bo to pewna śmierć. Dopiero jak dojdziesz do tego jednego punktu który ustalił deweloper to wszystko zadzieje się jak powinno. No to jest jakaś tragedia. Strzelanie też nie jest dobrze zrobione bo często auto celowanie się po prostu nie włączy jeśli facetowi którego widzimy wystaje zza skrzyni tylko sama głowa. Często nie wiadomo co właściwie robić i gdzie się kierować podczas kiedy napierają na nas wszystkie jednostki policji z londynu lub goni nas limit czasu.
W dzisiejszych czasach nie polecam Getaway komuś przyzwyczajonemu do nowoczesnego sterowania i rozwiązań bo szkoda jego nerwów i czasu. Właściwie, nikomu tej gry bym nie polecił. Ona niczym nie zaskakuje poza dobrą historią i dojrzałym, mrocznym klimatem. W 2002 roku były już produkcje które miały o niebo lepsze rozwiązania i sterowanie niż Produkt Team Soho. Mi koniec końców nie grało się wcale tak źle, były nawet chwile gdzie czerpałem z tego radość ale nietrafione decyzje, błędy i archaizmy skutecznie zniechęcają do tej produkcji. No ale jak ktoś jest wielkim fanem klasyków z czasów PS2 I po prostu czuje, że musi tą grę przetestować to śmiało można dorwać ją na portalach aukcji za jakieś grosze.
Gta IV to część, która podzieliła fanów jak żadna inna. Jedni tej gry nienawidzą, inni są w niej bez pamięci zakochani. Ja uważam tę grę za arcydzieło, które można było jeszcze trochę dopracować. Spędziłem w tej grze 300h więc teraz czas się o niej wypowiedzieć.
Fabuła
Jesteśmy tym razem Niko Belliciem, weteranem wojennym pochodzenia serbskiego. Przybywa bez wizy do fikcyjnego Nowego Jorku - Liberty City. Skusiły go do tego listy i maile od kuzyna Romana, który nawciskał mu bajek o sportowych samochodach, pięknych kobietach i drogich apartamentach. Zderzenie z rzeczywistością jest bardzo bolesne. Okazuje się, że kuzyn zamiast mieszkać w willi z basenem mieszka w rozsypującej się kamienicy, prowadzi firmę taksówkarską i zadłużył się u gangsterów. Gta 4 to satyra na Amerykańskie społeczeństwo, nic tego nie oddaje tak dobrze jak umieszczona w grze parodia statuy wolności z kubkiem kawy w ręce i twarzą Hillary Clinton. Roman jest stereotypem człowieka, który widzi w tym miejscu raj i pieniądze na ulicy mimo że wcale tak nie jest. Rockstar jak zawsze perfekcyjnie skrytykował i wyśmiał amerykański konsumpcjonizm i piorące mózgi społeczeństwu media. Historia w grze niestety momentami za mocno zwalnia i stopniowo zaczyna nużyć. Poza tym scenarzyści trochę za mało skupili się na dodaniu spójności tej opowieści i czasem nie wiadomo kto kim jest. Nie zmienia to faktu, że przez większość czasu gra trzyma poziom dobrego dramatu gangsterskiego, Niko to mój ulubiony bohater w serii. Jest inny niż taki np. Carl Johnson. Jest bardziej ludzki, dręczą go demony przeszłości które stara się pokonać.
Rozgrywka
Czwórka kompletnie zmieniła charakter grania w symulatory gangstera. Jest system osłon, wozy są trudniejsze do opanowania, fizyka poszła w stronę mocnego realizmu. Teraz przygrzanie w mur z prędkością 100 km/h na godzinę skończy się wypadnięciem bohatera przez szybę. Wozy mają mocno miękkie zawieszenie i wyczuwalny środek ciężkości. Nowego gracza zapewne to zirytuje ale ja po tylu rozegranych godzinach pokochałem te pływające wozy i przyjemność sprawia mi zwykła przejażdżka po mieście. Trzeba w tej grze nauczyć się jeździć. Poza tym zabawa ragdollami postaci to coś co nigdy się nie nudzi. Czwórka została niestety ogołocona z większości aktywności, które miało San Andreas. Ale za to są inne. Można bawić się w policjanta, jeździć po pijaku albo grać w bilard. Ja do gier sandboxowych podchodzę jak do piaskownicy w której mam plastikową łopatkę - wyobraźnia sama ci coś podsunie. Jest jeszcze coś, co dodaje grze malutkiego smaku, choć jest tylko drobnostką - można podnieść jakieś śmieci i rzucać nimi w innych. Szkoda że brakuje tego w piątce.
Miasto
Może jest teraz wielokrotnie mniejsze ale za to niepowtarzalne. Po tylu latach nadal robi wrażenie. Oświetlone nocą Liberty wciąż wygląda ładnie i klimatycznie, przechadzając się po ulicy usłyszmy dzięsiątki rozmów przypadkowych ludzi, o określonych godzinach zobaczymy mieszkańców wykonujących codzienne czynności. Zwyczajny spacer po liberty city nadal jest przyjemny. Trafimy też na dziwaków wykrzykujących zabawne brednie, a pod mostem znajdziemy bezdomnych, którym możemy rzucić jałmużnę!
Muzyka
Jak w każdym gta, robi doskonałą robotę. Kilkanaście stacji radiowych z różnymi gatunkami muzyki, każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Ja Jako, że mam duszę metalowca najczęściej wybieram Liberty Rock. Stacja Lchc jak dla mnie trochę za ostra ;)
Wady
O trochę nieskładnej fabule wspomniałem. Ale najgorsze jest sterowanie postacią. Ruchy bohatera są strasznie sztywne i jakby opóźnione co często prowadzi do głupiej śmierci. Misje, w nich się nie popisali. Przeważająca część to pościgi lub strzelaniny. Na szczęście nie brakuje misji kipiących adrenaliną lub takich gdzie robimy coś nietypowego jak zabawa w śmieciarza. Denerwuje, że ograniczeni jesteśmy do kilku kryjówek przez całą grę więc zawsze trzeba dojeżdżać daleką drogę do safehousea, dobrze że można wezwać taksówkę. Wkurwiający znajomi - Dzwonią najczęściej gdy mamy 6 gwiazdek lub jesteśmy w trakcie strzelaniny. Poza tym bonusy które nam dają są bardzo mało przydatne, właściwie jedynym wartym uwagi jest tańsza broń od Jacoba. Do tego wątek ekonomiczy w tej grze nie istnieje. Dosyć szybko dochodzi się do momentu gdy broń kosztuje jakieś śmieszne pieniądze, a kryjówki odblokujemy z postępem fabuły więc prawie nie ma na co wydać forsy, jedynie na ciuchy, jedzenie i taksówki.
Optymalizacja
Kompletnie spartolony Pctowy port, jeden z najgorszych jakie znam. Żeby 17 letnia gra gubiła fpsy na rtx 2070 to jakiś dramat. A w dniu premiery było zdecydowanie gorzej.
Podsumowując, choć Gta 4 choć nie jest tak popularne jak np. Piątka i wielu tej gry nie lubi oraz ma też swoje liczne wady, to wspaniała gra do której zawsze chętnie wracam. Polecam zagrać każdemu kto nie grał. Jest to kompletnie inne doświadczenie od gta 5.
Vice city przebiło gta 3 pod każdym względem. Bohater nabrał charakteru dzięki temu, że zaczął mówić. Dużo bardziej zróżnicowane misje zamiast tylko - zabij kogoś bo ci każemy. Więcej pojazdów, od teraz doszły motocykle, wózki golfowe i największa nowość - wreszcie można latać, jest kilka pojazdów powietrznych, w przeciwieństwie do Gta 3 gdzie dostępna była jedynie awionetka Dodo i w dodatku sterowało się nią fatalnie. Wątek ekonomiczny nabrał teraz sensu, kasy nie wydajemy tylko na bronie bo
możemy kupować nowe kryjówki i biznesy. Trochę poprawiono strzelanie choć dalej mocno czuć, że to jeszcze nie gta 5. Niektóre mechaniki w misjach dość źle przemyślane i przez to irytujące, wiadomo zawsze coś da się zrobić lepiej. Da się przeżyć, nie ma tragedii jak na tak wiekowy tytuł. No i nie wspomniałbym o legendarnym klimacie. Rockstar odstawiło genialną robotę, atmosfera jak z najlepszych gangsterskich filmów lat 80. Każdy kto widział Człowieka z Blizną albo serial Miami Vice wyłapie w grze tonę nawiązań do tych dzieł. Do obsady aktorskiej zaproszono nawet Philipa Michaela Thomasa, który występował w roli jednego z bohaterów wspomnianego serialu, a tutaj wcielił się w Lance'a Vance'a.
Mogę doczepić się jedynie do historii. Zdejmując różowe okulary, Vice City jest bardzo sztucznie wydłużone. W jakiejś 1/4 gry następuje zupełnie nagłe przerwanie fabuły i właściwie będzie ona zamrożona w miejscu dopóki nie wykupimy minium 6 biznesów i nie wykonamy dla nich kilka misji. Pewnie oburzam teraz wszystkich największych fanów gry ale takie mam po prostu odczucie, że początek gry i jej epilog to jeden wątek, jakby złączony śliną i papierem.
Ale cóż, fabuła w gta nigdy nie była najistotniejsza. Vice City bardzo polecam i uważam że dosyć dobrze zniosło próbę czasu. I mimo, że trzeba się czasem przygotować na frustrację, ja bawiłem się świetnie, zupełnie jak kiedyś.
Gta 3 jak dla mnie, to najbardziej przełomowa gra 21 wieku. Przeskoczyć nagle z głupiutkiej, dwuwymiarowyej jednynki i dwójki w "dorosłą" grę akcji w pełnym widoku 3D to było wtedy niesamowite. Trzeba przyznać, że gra się bardzo mocno zestarzała i to uderza nas w twarz już od pierwszych minut. Ale trzeba być wyrozumiałym - 24 lata szczególnie w gamingu to więcej, niż kawał czasu. Trójeczka jest naprawdę biedna jeśli porównamy ją nawet do Vice City, które jest tylko rok młodsze. Wszystko w tej grze świeci prymitywnością. Mechanizmy misji są bajecznie proste - najczęściej zadanie trwa góra 5 minut i praktycznie zawsze trzeba jechać z punktu a do b i kogoś zabić by dostać pieniądze choć zdarzą się wyjątki. Linia fabularna też jest przaśnie głupkowata, w połowie gry najpewniej zapomnisz do czego ty w ogóle dążysz, poza tym protagonista to milczek. Prowadzenie aut oraz ich fizyka to też absolutny banał. Strasznie wnerwiające kolizje - wozy zachowują się dosłownie jak baloniki wypchane helem. Wystarczy jedno, konkretne przywalenie aby wywalić wóz na dach. Najbardziej irytowało mnie od zawsze, że nie ma czegoś takiego jak podgląd na mapę. Jeśli nie znasz Liberty City bardzo dobrze to jest to gigantyczny ból w dupie, w tym brakuje też zaznaczonych kluczowych miejsc na radarze jak np. Warsztat lakierniczy. Ale na szczęście, mimo wszystkich bolączek tej gry, wciąż można w niej spędzić czas całkiem miło. Otwarty świat, który pełni rolę wielkiej piaskownicy i mówi - proszę bardzo, baw się tylko użyj wyobraźni, to wciąż robi swoje. Setki sekretów, tajemnic, ukrytych smaczków. No i Rockstarowi udało się wytworzyć dosyć przyjemny klimat Pseudo - Nowego Jorku lat 2000, szczególnie w połączeniu z muzyką która nam przygrywa w stacjach radiowych. No i jak w każdym gta, pod spodem kryje się fenomenalny humor. Świat jest tak głupi jak to tylko możliwe, lecz jest to ukryte w stacjach radiowych. Perfekcyjnie satyryczne audycje z Dj'ami które gracza obeznanego z językiem Angielskim doprowadzą do łez. Oczywiście ze śmiechu.
Jeśli grałeś tylko w gta 5, zagraj w trójkę i zobacz jak ewoluowała ta seria. Warto ten tytuł sprawdzić nawet ze względu na sam fakt, że jest to tytuł który nadał właściwy kierunek wszystkim obecnym sandboxom.
Gta 1 w 97 roku było ciekawe. Dziś to kloc drewna, którego nikomu bym nie polecił. Okropne sterowanie, drętwe rozwiązania. Niby tytuł który jak na swoje czasy oddawał niespotykaną wtedy swobodę w ręce gracza ale poza tym nie oferuje dużo więcej. Nie ma fabuły, misje szybko stają się żmudne bo opierają się z grubsza na podobnych schematach. Ciężko poruszać się po mieście bo nie ma żadnej minimapy, jedynym remedium byłoby wydrukować sobie fizyczną mapę, bez tego utoniesz. Postępu w planszy nie da się zapisać więc musisz przejść cały chapter na raz - tj. Kilka godzin grania. No i oczywiście jak zginiesz po 5 godzinach to tyraj od samego początku. Polecam pograć sobie ewentualną godzinkę - maksimum dwie, wpisać cheaty, poszaleć po mieście, porobić rozróbę, poodkrywać sekrety. Inaczej nie ma co do tego tytułu podchodzić bo żaden dorosły człowiek, mający życie i obowiązki już go dziś nie skończy w całości.
Jestem młody i naprawdę lubię gta 2. Choć słyszałem, że podobno recenzenci zmasakrowali ją po premierze. Głównym powodem był szał na erę gier 3D, tytułem który wygryzł gta dwójkę był Driver. Takie to były czasy, że to co było w pełnym trójwymiarze z automatu uważano za lepsze. Z perspektywy czasu uważam, że produkt Rockstara (wtedy DMA Design) zestarzał się o niebo lepiej niż Driver, który dziś już naprawdę pachnie zbutwiałym, zemszałym drewnem (jest niegrywalny). A gta 2 to nawet dziś po 26 (!) latach tytuł fun to play, poprawiono PRAWIE wszystkie bolączki poprzednika i dodano mnóstwo nowości. Celowo podkreśliłem prawie bo dużo rozwiązań z jedynki (słabych) pozostało i tu. Przede wszystkim nadal kamera działa paskudnie, faluje nieustannie w dół i w górę, można dostać nudności. Fabuła wciąż nie istnieje choć zadania są teraz sensowniej przemyślane i spójniejsze, w przeciwieństwie do jedynki gdzie misje przypominały trochę rozsypane, nie pasujące do siebie klocki. Fatalnie zbalansowany poziom trudności. Nie wierzę, że ktoś tą grę testował przed premierą. Niektóre misje, szczególnie te z czerwonych budek telefonicznych to prawdziwa mordęga której zaliczenie graniczy z niebiańskim cudem. Prawdziwy horror zaczyna się na ostatniej mapie, kiedy po wkroczeniu na teren nie lubiącego nas Zaibatsu, z każdej strony atakują nas pociski z wyrzutni rakiet. No i glitche. Jak myślicie, że Cyberpunk w dniu premiery miał mnóstwo błędów to jeszcze nic nie wiecie. W GTA 2 jest bug na bugu na bugu.
Chamska kopia Crazy Taxi. Do tego stopnia, że Sega wytoczyła proces sądowy o plagiat
The Simpsons h&r jest grą powszechnie uwielbianą, ma wciąż aktywną społeczność fanów a jej miłośnicy domagają się remastera mimo, że w czasie premiery zarzucano jej łatkę chamskiego klona Grand Theft Auto III i krytykowano za rzekomo zbyt wiele przemocy jak na grę skierowaną do dzieciaków. Ocenię grę obiektywnie, według własnych odczuć.
Fabuła
Jest wyjątkowo prosta. Ponieważ scenariuszem zajęli się ludzie odpowiedzialni za serial, historia przypomina typowy odcinek Simpsonów. W Springfield mają miejsce tajemnicze zjawiska, w niewyjaśniony sposób znikają ludzie, mieszkańców szpiegują czarne vany z satelitami i robotyczne pszczoły - kamery, a po nowym napoju typu Cola spożywający go dziwnie się zachowują. Okazuje się, że za wszystkim stoją dwaj źli kosmici - Kang i Kodos chcący zniszczyć Springfield.
Wierność w odwzorowaniu
Tutaj należy studio Radical jak najbardziej pochwalić. Występuje tu większość bohaterów którzy w tamtym czasie pojawiali się w serii animowanej, ponad to każda postać mówi głosem oryginalnego aktora odgrywającego ją w serialu. Wiernie przeniesiono do gry miasteczko Springfield, są znane budynki, każdy fan będzie z tego zadowolony. Dialogi między bohaterami to istne złoto, są pełne rozbrajającego poczucia humoru znanego z serialu. Problem stanowi jedynie brak jakichkolwiek napisów w trakcie rozmów więc jeśli chce się zrozumieć wszystkie ukryte dowcipy i gry słowne, trzeba mieć język angielski w małym paluszku.
Zbieractwo
Aspekt Kolekcjonerski to najmocniejszy punkt hit n run zwłaszcza dla obeznanych z Simpsonami. Na każdym poziomie są do zebrania karty i każda to nawiązanie do jednego z odcinków serialu. Jest mnóstwo różnorodnych pojazdów do oblokowania, strojów do założenia. H&R to prawdziwa uczta dla fanów kolekcjonowania.
Kampania czyli samo sedno
Tak chwalę i chwalę tą wiekową już grę ale cały czas omijam temat kampanii. Wspomniałem, że Hit n Run nazywane było klonem Gta 3. To moim zdaniem nie do końca prawda.
Według mnie jest to gra zbliżona bardziej do Drivera. Gra to nic innego jak walka z czasem. Mamy 7 poziomów i na każdym mamy 7 głównych zadań do wykonania. Przeważająca większość misji polega na zrobieniu czegoś w określonym limicie czasu. Trochę to zaczyna nudzić mniej więcej od połowy. Im głębiej w las tym coraz mniej widać próby jakichkolwiek urozmaiceń. Dlaczego Studio Radical zamiast silić się na próby małpowania GTA nie zrobiło z tej gry bardziej platformera? Przecież tutaj jest cała sekcja ruchów platformowych a mimo to 99% misji to jazda z punktu A do B na czas. Dowodem na to, że Hit n Run zostało dokończone zbyt szybko jest chociażby to jak wygląda plansza nr 7. Wspomniałem wcześniej, że w każdym etapie jest siedem zadań do zrobienia. To delikatne kłamstwo. Dlaczego? Bo ostatni poziom gry to poziom niedokończony i praktycznie niegrywalny. Ucięte i niedostępne jest całe pół mapy bo jak sami twórcy przyznali nie zdążyli tej drugiej połowy skończyć. A cztery misje z siedmiu... To to samo zadanie. Tak, to prawda. Cztery razy wozimy na czas do statku kosmicznego radioaktywne odpady. Jak powiedziałby pewien youtuber - Za ten ostatni poziom twórcy powinni tyrać na galerze. Rozumiem goniący czas ale to już przesada.
Jeśli miałbym dziś polecić komuś Hit N Run to tylko w wersji PC utrzymującej przyzwoitą płynność, a do tego polecam zainstalowanie trainera - Lucas' Simpsons Hit And Run Mod launcher. Można włączyć mnóstwo udogodnień dzięki którym ta stara gra staje się znacznie przyjemniejsza.
Gra dobra. Ale coś mi w niej zawsze nie grało i nie potrafiłem odpowiedzieć co. Teraz już wiem - Miejscówki które zwiedzamy. Wystarczy przypomnieć sobie Jedynkę. Klub satanistów, opanowane zimą stulecia ulice Nowego Jorku, burdele. Co zaś czeka nas w dwójce? Szare blokowiska, więcej szarych blokowisk, budowa. Klimat jest nieporównywalnie gorszy.